Tajny plan Tuska. Jak leniwy wędkarzTajny plan Tuska. "Tusk zachowuje się jak leniwy wędkarz, który zanurza kij w wodzie i czeka, aż się coś złapie"

Lepiej nie mieć żadnych planów i niczego nie zapowiadać. I to właśnie robi Donald Tusk jesienią 2021 r. Jego tajny plan to brak jakiegokolwiek planu.
Największym błędem przewodniczącego PO było posiadanie planów rządzenia w latach 2005–2014. Teraz już nie chce, by go z czegokolwiek rozliczano.
Przez kilka miesięcy przed powrotem Donalda Tuska do polskiej polityki w Platformie Obywatelskiej panowało przekonanie, że za wszystkimi posunięciami byłego premiera stoi precyzyjny plan. Tylko jest ukrywany, żeby rządzący nie mogli go udaremnić. Gdy już Tusk został szefem PO, miał kilka wystąpień programowych i wywiadów, tyle że nie było w nich żadnego programu. No, może poza hasłem „przywrócenia normalności”, czyli demokracji, praworządności, wolności i pozycji Polski w Unii Europejskiej. I można to osiągnąć łatwo – anihilując Prawo i Sprawiedliwość jako byt polityczny oraz cofając wszystko to, co rządy PiS zrealizowały. Wystarczy zapewnićodpowiedni poziom nienawiści do partii Jarosława Kaczyńskiego i jego samego. Dlatego pierwsze przemówienie Tuska po powrocie (podczas Rady Krajowej PO 3 lipca 2021 r.) było jednym wielkim seansem nienawiści. A Polska została przedstawiona jako państwo, w którym wszystko się wali i pali, czyli jest gorzej niż podczas wojny. Gdy jednak negatywne emocje opadły, pojawiło się pytanie o program czy też plan osiągnięcia nadrzędnego celu, czyli odzyskania władzy. I wtedy się okazało, że plan dlatego jest tajny, iż nie ma żadnego planu. Były premier jest przekonany, że trzeba tylko reagować na przytrafiające się okazje.
Polexit za polexitem
Donald Tusk nie przygotował nawet tego, co w jego wypadku wydawało się najłatwiejsze – planu wykorzystania zagranicy do odzyskania władzy. Za plan nie można przecież uznać tego, że skoro istnieje konflikt rządzących z instytucjami UE, to wystarczy go opakować w stare straszenie polexitem. Stare, gdyż pojawiło się już w listopadzie 2015 r. w reakcji PO na wyborcze zwycięstwo PiS. W następnych latach to hasło powtarzano do znudzenia. „Polexit już się zaczął” – straszył 29 sierpnia 2017 r. prof. Jan Hartman. „Polexit zaczął się w poniedziałek 25 marca [2019 r.] – precyzował prawnik prof. Wojciech Sadurski. „Dziś [20 grudnia 2019 r.] stały się w Polsce dwie rzeczy: skończyła się demokracja i zaczął się polexit” – ogłosił socjolog prof. Jacek Kochanowski. Brak jakiegokolwiek planu sprawia, że nie ma nawet działań wyprzedzających decyzje Komisji Europejskiej ani orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Manifestacja 10 października 2021 r. na placu Zamkowym w Warszawie też nie była żadnym dalekosiężnym planem, tylko prostą reakcją na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, czyli była wykorzystaniem nadarzającej się okazji. Ale wykorzystaniem bardzo wąskim, bo co pod koniec 2021 r. można zyskać hasłami: „Bronimy Polski przed wyjściem z Unii!” albo „Zostajemy!”. To dowodzi, że Tusk zachowuje się jak leniwy wędkarz, który zanurza kij w wodzie i czeka, aż się coś złapie, nie sprawdzając nawet, czy tam są ryby.
Kara nałożona na Polskę za to, że nie zatrzymano kopalni Turów, nie mogła być pretekstem do akcji pod wodzą Tuska, gdyż uderza w konkretnych, zwykłych ludzi i polskie interesy, a przez to nie nadaje się do wykorzystania przeciwko rządzącym w formie dającej jakąkolwiek korzyść polityczną. Ale zamrożenie puli pieniędzy dla Polski z unijnego budżetu czy funduszu odbudowy już jest dobrym powodem nawet do ulicznych demonstracji, np. pod hasłem: „Jeśli odsuniemy ich od władzy, odzyskamy te pieniądze”. Tusk uważa, że sam nie musi niczego proponować, zresztą nie bardzo wie, co to mogłoby być, wystarczy czekać i reagować. Najlepiej, żeby w krótkim czasie było kilka–kilkanaście powodów dających się wykorzystać do urządzania manifestacji, żeby to wyglądało na proces pogarszania się sytuacji i odpowiadający mu proces niezgody społeczeństwa. Ale z drugiej strony wystarczyłoby rozproszenie wydarzeń mogących wywołać opór i protesty, żeby Tusk nie mógł z tego zrobić sekwencji, a bez tego nie można stworzyć wrażenia, że wszystko się w Polsce „sypie”.
Najbardziej dogodnym pretekstem do protestów i ataków jest inflacja, przedstawiana jako drożyzna, ale to też żaden element planu Tuska, a jedynie okazja. Tym bardziej że to nie jest coś, co się dzieje nagle i na co trzeba reagować w konkretnym czasie. Brak jakiegokolwiek planu działania po stronie Tuska sprawia, że nie ma nawet akcji tworzenia koszyków produktów i pokazywania, czego mniej można obecnie kupić. Z tym jest zresztą problem, bo bez naciągania nie da się udowodnić, że przy obecnych dochodach (wyższych dzięki polityce PiS) można kupić mniej tych samych produktów niż np. przed 2015 r. Być może dlatego nie ma też epatowania losem ludzi, którzy wskutek inflacji mają problemy z przeżyciem. Choć gdyby istniał taki plan, jakieś osoby dałoby się do niego dopasować.
Metoda Tuska
Pretekstem do ataków na rząd Mateusza Morawieckiego i PiS, też w jakimś sensie losowym, jest sprawa zatrudniania krewnych, znajomych i zasłużonych dla władzy (media znalazły 900 takich osób), ale to ma ograniczony potencjał. Tusk wprawdzie uwielbia po powrocie mówić o tym, że obecna władza tylko kradnie, a jeśli coś reguluje (ustawa antykorupcyjna), to dlatego żeby kraść legalnie. Ale to nie takie proste, gdyż zaledwie w 2012 r. powstał raport o podobnych praktykach wtedy, gdy Tusk był premierem. I wtedy krewnych, znajomych i zasłużonych dla władzy znaleziono około 8 tys. I Tusk podzielił się z koalicjantem (PSL) w stosunku 70 proc. do 30 proc., czyli około 5,6 tys. stanowisk przypadło ludziom PO, a 2,4 tys. – ludziom PSL. Jeśli takie praktyki są kradzieżą, to w 2012 r. działa się ona na masową skalę. Może dlatego ta sprawa dość szybko została wyciszona. No i PiS przyjęło jednak ustawę antykorupcyjną, o czym PO nawet nie myślała. Gdyby Tusk miał plan, a nie tylko doraźnie reagował na wydarzenia, wykorzystywałby sprawę posad dla krewnych, znajomych i zasłużonych dla władzy nawet mimo własnych „osiągnięć” na tym polu. Chociażby w protestach, szczególnie w tzw. terenie, a głównie tam, gdzie przeciętni ludzie zarabiają najmniej. Ale to wymaga pracy i sprawdzania danych, żeby się nie skompromitować, a to już za dużo dla kogoś, kto przemęczać się nie lubi.
Do mobilizowania przeciwników rządzących Tusk potrzebuje wypowiedzi ludzi władzy, które mógłby wykorzystać w stwarzaniu atmosfery zagrożenia. Ale gdy rządzący kontrolują swoje wypowiedzi na tyle, żeby nie dało się z tego zrobić narzędzia straszenia ludzi, trudno jest mobilizować do manifestacji i protestów. A to też wymaga posiadania jakiegoś planu. Nie ma planu, a jedyną strategią Tuska jest czekanie na okazję. A jeśli władza nie stwarza okazji, to trzeba prowokować. Prowokacje przy polsko-białoruskiej granicy okazały się mało użyteczne, gdyż Polacy chcą ścisłej obrony granicy i boją się ryzyka eskalacji napływu imigrantów. Mimo ogromnych wysiłków mediów sprzyjających opozycji Tusk nie uczynił ze sprawy imigrantów na granicy strategicznego celu swojej partii. Choć pozwala na stosowanie szantażu moralnego i epatowanie społeczeństwa losem dzieci imigrantów oraz śmiertelnych ofiar. Ale tu ma kłopot, bo gdy był przewodniczącym Rady Europejskiej i współodpowiadał za politykę UE wobec migrantów, na południu Europy utopiło się w 2015 r. 3777 imigrantów, rok później zaś nawet 4757. No i cały świat żył zdjęciami utopionego trzyletniego Aylana Kurdi (odnalezionego 2 września 2015 r.). Można wprawdzie powiedzieć, że to nie działo się w Polsce, ale skala jednak robi wrażenie. I po czymś takim trudno jest epatować nawet zdjęciami wymizerowanych dzieci na białorusko-polskiej granicy.
Obecnie Tusk za wszelką cenę potrzebuje wydarzeń (przypadkowych, jakichkolwiek), które mógłby ułożyć w ciągi pokazujące, że źle się w Polsce dzieje, przez co w społeczeństwie panują niepokój i poczucie zagrożenia. Tyle że niepokój wywołuje nawoływanie części polityków PO do otwarcia granic, więc tej sprawy nie można wykorzystać przeciw PiS, choć nadarzyła się okazja. Wzorcowym przykładem metody Tuska, ale nie długofalowego planu, jest zorganizowanie manifestacji 10 października na placu Zamkowym. Był impuls (pretekst) w postaci wydarzenia (wyrok TK), była histeria medialna, znalazły się głosy wspierające z instytucji UE oraz od polityków z zagranicy (szczególnie niemieckich), dlatego Tusk wezwał poprzez Twitter do przeciwdziałania. Miało to pokazać, że Tusk i opozycja są czujni i nie są bezczynni, gdy coś się dzieje, nawet gdy to coś jest kompletnie wykreowane. Brak planu sprawia jednak, że efekty, jeśli w ogóle, są przypadkowe, a poza tym nie przeciwdziała się negatywnej ewolucji własnych działań. W efekcie coś, co miało być najważniejszym politycznym wydarzeniem jesieni 2021 r., wcale takie nie było.
Program to tylko kłopoty
Donald Tusk nawet się nie wysila, żeby mieć jakiś pozytywny program, wie bowiem, że nie przebije już zrealizowanych oraz nowych (Polski Ład) propozycji rządu i PiS. Dlatego nawet nie chce się z nimi mierzyć, żeby nie robić marnego tła z siebie, PO i jej ewentualnych pomysłów. Tusk w wersji z 2021 r. ma tylko cofnąć wszystko to, co zostało osiągnięte po 2015 r. A nawet nie tyle cofnąć, ile wręcz wymazać ze społecznej świadomości. Zamiast pozytywnego planu mamy więc zapowiedź niszczenia tego, co zrobiło PiS. A to niszczenie ma być realne dlatego, że „obóz władzy jest słaby, zdezorganizowany i chaotyczny”. Obecna władza to ponoć „rząd kukieł, który będzie się trzymać pazurami do ostatniego dnia. To chaos, bezradność, tchórzostwo”. Z kolei „Polski Ład, czyli program, który miał być nowym otwarciem dla rządzących, grzęźnie w kłótniach wewnętrznych”. Do tego Krajowy Plan Odbudowy, czyli „miliardy unijnej pomocy”, jest w Brukseli blokowany, więc nadarza się świetna okazja. Tak Tusk opisywał sytuację 10 sierpnia 2021 r. podczas obrad Rady Krajowej PO. Tusk nie ma żadnego kontrplanu wobec PiS, gdyż ma złe doświadczenia z przeszłości. Te złe doświadczenia to programy z 2005 i 2007 r., „21 priorytetów” z 2011 r., „nowy plan dla Polski” ze stycznia 2014 r. oraz program „Polska przyszłości” zaprezentowany przed wyborami w 2015 r., gdy Tusk już PO nie kierował. Programy i plany mają tę wadę, że są sformułowane i można je rozliczać. Taktyka reagowania na to, co się dzieje, takiej wady nie ma. I nie można się czepiać, tak jak w związku z programami z lat 2005 r. i 2007 r., że nie zrealizowano zmian w konstytucji: zmniejszenie liczby posłów o połowę, likwidacja Senatu, wprowadzenie JOW, zniesienie immunitetu poselskiego. Nie można by wypominać, że w 2005 r. PO chciała likwidacji finansowania partii z budżetu państwa czy zmniejszenia administracji centralnej o 20 proc., w 2007 r. zaś szybkiego przyjęcia waluty euro. Nie można narzekać, że w 2005 r. PO zapowiadała jednolitą stawkę podatkową 3×15 proc. dla PIT, CIT i VAT, uproszczenie systemu podatkowego, likwidację formularza PIT czy wprowadzenie rocznej sprawozdawczości podatkowej dla przedsiębiorców. Nie można by się czepiać, że w 2007 r. PO obiecała likwidację ponad 200 opłat urzędowych, a w 2011 r. radykalnie zwiększoną ulgę podatkową na trzecie i kolejne dziecko, obniżenie zasadniczej stawki VAT do 22 proc., w 2015 r. zaś wprowadzenie jednolitego kontraktu, żeby każdy zatrudniony płacił tylko jeden podatek dochodowy.
Gdy posiada się program, jak ten z 2007 r., który zapowiadał likwidację NFZ, obniżenie cen leków, wyższe płace dla pracowników ochrony zdrowia oraz poprawienie jakości i dostępności usług medycznych, daje się tylko pretekst do krytyki. Zamiast tego wystarcza likwidacja albo przywrócenie tego, co było. I nawet nieostrożne zapowiedzi są szkodliwe, dlatego obecnie jest ich bardzo mało. Tusk musi wszak pamiętać, że w 2007 r. chciał, „żebyśmy wrócili do prostej, niewymagającej żadnych nakładów idei […] władzy skromnej, pozbawionej zbędnych przywilejów, idei taniego państwa”. A potem się okazało, że tylko w ciągu pierwszych dwóch lat rządów PO zatrudnienie w urzędach zwiększyło się o 70 tys. osób, czyli o ponad 17 proc. Tylko w ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy 2010 r. w administracji publicznej przybyło 26,3 tys. urzędników. Za pracę dodatkowych urzędników podatnicy zapłacili 10,6 mld zł. Lepiej nie mieć żadnych planów i niczego nie zapowiadać. I to właśnie robi Donald Tusk jesienią 2021 r. Jego tajny plan to brak jakiegokolwiek planu.
Artykuł z 42/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
