Szansa na konstytucyjny przełomSzansa na konstytucyjny przełom. "Tuskowi będzie trudno wytłumaczyć, dlaczego warto współpracować z PiS"

Sprytna reakcja Morawieckiego musiała być w kierownictwie Platformy niemiłym zaskoczeniem i zapewne nie wzmocniła pozycji ani autorytetu Tuska w jego obozie.
Płońskie wezwanie Tuska do znowelizowania konstytucji mogłoby się stać wstępem do realnego przełomu polskiej polityki. Mogłoby, o ile przywódcy PiS dostrzegą i potrafią wykorzystać to wąsko uchylone okienko możliwości, jakie niespodzianie pojawiło się na politycznym horyzoncie.
To truizm, że talent chwytania takich okazji i umiejętność wciskania się w niespodzianie uchylone okienka historii – to, kto wie, czy nie główna miara wielkości przywódców. I skądinąd wyłącznie przywódców. Działacze i zwolennicy reagują zawsze podług wyuczonych przyzwyczajeń i stereotypów. Nic więc też dziwnego, że naturalna reakcja aktywu i „ludu pisowskiego” mogła być tylko taka, jaka była – twardy i szyderczy odpór wobec jakiegoś kolejnego wrogiego podstępu Tuska. Taką też ścieżką ruszył po płońskim mityngu Platformy Obywatelskiej inercyjny walec pisowskiej propagandy. Co musiało więc na tym tle zwrócić uwagę, to odmienny ton premiera Morawieckiego, który niemal od razu, jakby chcąc choć trochę przekierunkować zbiorową reakcję całego obozu władzy, odrzekł:
Nie mówimy nie. Mówię jednoznacznie, że jest to jak najbardziej możliwe
Oferta szefa Platformy
Sam Tusk zresztą zadbał o to, aby pozytywnej reakcji ze strony PiS nie było. Propozycja współpracy w materii dla państwa tak fundamentalnej jak konstytucja, została zwyczajowo „przyozdobiona” stekiem inwektyw i oskarżeń o złą wolę, po raz nie wiedzieć który wylanym na rządzącą prawicę. Ale w tym przypadku to coś wyraźnie więcej aniżeli tylko retoryczny rytuał, jaki Tusk odprawia w każdym publicznym wystąpieniu od 11 tygodni, czyli od chwili gdy wrócił na stołek szefa partii. Platforma nie ma przecież żadnego interesu w tym, aby wspólnie z PiS wzmocnić, poprzez nowelę konstytucyjną, stabilność polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Całkiem przeciwnie, antypisowskim ekstremistom marzy się przecież, aby prawicowa większość sejmowa zabrała się pewnego dnia, w poczuciu złości i rozgoryczenia, za ustawę otwierającą procedurę wyjścia z Unii. To oczywiście dzisiaj kompletna political fiction. Co nie zmienia faktu, że gdyby się – najzupełniej hipotetycznie – kiedykolwiek miała ziścić, to byłby to dla Platformy prawdziwy dar fortuny. Raz, że taka ustawa nie oznaczałaby przecież bynajmniej wyjścia z Unii (wbrew temu co się powszechnie teraz głosi), bo do tego potrzebny jest jeszcze piekielnie skomplikowany traktat. Dwa, bo Kaczyńskiego i jego ekipę można by już było bez zahamowań ogłosić za „tratwę szaleńców”.
Zresztą dla każdego, kto zna trochę styl politycznego działania Tuska, jest całkiem jasne, że szef Platformy nie złożył tej oferty po to, aby została ona przyjęta, ale z nadzieją, że będzie bez namysłu a limine odrzucona. I że tym samym polityczni wrogowie PiS dostaną do ręki jeszcze jeden, bardzo poręczny w użyciu oręż. Sprytna reakcja Morawieckiego musiała być w kierownictwie PO niemiłym zaskoczeniem i zapewne nie wzmocniła pozycji ani autorytetu Tuska w jego obozie. Antypisowskim ekstremistom nie będzie przecież łatwo wytłumaczyć, dlaczego w ogóle mieliby robić coś razem z PiS, na dodatek w materii tak drażliwej jak konstytucja (którą przecież według ich retoryki PiS gwałci każdego dnia bez skrupułów). A do tego wszystkiego wytrącać sobie z ręki chętnie używany argument, iż ukrytym celem Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii, na złość większości społeczeństwa polskiego.
Jednak teraz słowo się w Płońsku rzekło, więc i kobyłka stoi i czeka u płotu. Gdyby naprawdę miało dojść do tej konstytucyjnej współpracy PiS–PO, to Tusk będzie miał dużo do tłumaczenia własnemu aktywowi partyjnemu. A irytację aktywu i „platformerskiego ludu” będzie jeszcze podsycać złośliwy Czarzasty, mszcząc się w ten sposób za to wszystko, co go spotkało ze strony platformersów, gdy poszedł negocjować z Morawieckim warunki tzw. planu odbudowy.
Taktyczna rozgrywka
Cokolwiek by powiedzieć, to Płońsk zrobił sporą wyrwę w dotychczasowej doktrynie Platformy. Do tej pory jednym z czołowych partyjnych dogmatów była bowiem teza, że tak długo, jak rządzi PiS, jakakolwiek zmiana konstytucji z 1997 r. jest wykluczona. A to dlatego, iż przyzwoici ludzie nie mogą się godzić na kolaborację z „dyktaturą” ( jeśli nie z „totalitaryzmem”), i to w tak kluczowej materii, jaką jest ustrój państwa i treść ustawy zasadniczej.
Bezwzględna nienaruszalność konstytucji kwietniowej (przedstawianej zazwyczaj dość bezmyślnie, zarówno w PO, jak i na Lewicy, jako twór niemal idealny) miała być ostatnią deską ratunku w obronie demokracji. Ostatni raz w Platformie przebąkiwano o możliwości zrobienia noweli konstytucyjnej wespół z PiS w 2015 r., u samego początku kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego, kiedy liderom partii było jeszcze odrobinę głupio z powodu próby wciśnięcia do tego sądu swoich ludzi, przed dopuszczalnym konstytucyjnie terminem. Wtedy o takiej możliwości „konwalidacji” tamtego błędu wspominał Borys Budka, ale PiS – jak wiadomo – nie podjęło sprawy i poszło inną drogą, znacznie mocniej „rewanżystowską”. Od tamtego czasu o zmianach konstytucji wolno było mówić w Platformie już tylko w całkiem innym kontekście. A mianowicie, jako o dalekosiężnym planie „depisizacji” kraju, którą trzeba będzie koniecznie przeprowadzić, jak już się prawicę pozbawi władzy, a jej przywódców (z prezydentem włącznie) posadzi w kryminale.
O ile więc Platforma ma interes w odrzuceniu przez władzę „wyciągniętej ręki” Tuska, o tyle interesem PiS jest złapanie tej ręki mocnym chwytem i niewypuszczanie jej, aż konstytucyjna współpraca stanie się faktem. Z perspektywy czysto taktycznej rozgrywki kluczowe dla partii rządzącej jest to, że zeszłaby niemal kompletnie z linii strzału, ze wszech miar niewygodnej i niszczącej. Skoro władza chce, aby ustawa o otwarciu procedury wyjścia z Unii mogła być uchwalona wyłącznie większością kwalifikowaną, a więc z konieczną współpracą Platformy, to znaczy, że wszystkie polexitowe oskarżenia wobec PiS miotane były najzupełniej bezzasadnie. To niemal tak, jakby opozycja udzieliła partii rządzącej pełnej europejskiej absolucji, sama przyznając się do bezpodstawnych konfabulacji.
Konsekwencją byłoby nie tylko uspokojenie rozedrganej w tej sprawie opinii publicznej i zamknięcie ust ekstremistom antypisowskim, lecz także (last but not least) silny i zauważony we wszystkich stolicach zachodnich sygnał o współpracy w Polsce rządu i opozycji w materii członkostwa w Unii. Dla lewicowych krzykaczy w Parlamencie Europejskim to coś na kształt ciosu w plecy. Dla komisarz Jourovej – prawdziwie trudny kęs do przełknięcia. A generalnie – dla wszystkich za granicą, którzy z nadzieją wyczekują pogłębiania się słabości Polski pod rządami prawicy, spory zawód.
Idea ustaw organicznych
Jednak obok całej tej krajowej i międzynarodowej rozgrywki politycznej jest jeszcze coś, czego nie może pominąć konserwatysta przekonany (tropem dawnych Greków), iż nie ma w państwie rzeczy ważniejszej niźli dobry ustrój i prawidłowo skrojone instytucje prawne. To, że konstytucja kwietniowa ma liczne wady, które są przyczyną słabości państwa i polskiej polityki, nie ulega wątpliwości. Dość, tylko tytułem przykładu, wymienić cztery dziedziny, w których ustawa zasadnicza aż się prosi o poważniejsze zmiany: fatalny ustrój sądów i trybunałów, chaotyczny tryb stanowienia prawa, zbyt słabo „kanclerskie” zdefiniowanie roli szefa rządu czy w końcu brak standardów etyki politycznej, jakie spełniać winna demokratyczna władza (np. kwestia przywilejów władzy czy konfliktu interesów).
Tyle tylko, że w dającej się przewidzieć przyszłości jakakolwiek nowela konstytucyjna będzie zapewne możliwa wyłącznie w trybie kompromisu pomiędzy PiS i PO. I to niezależnie od tego, czy to prawica utrzyma władzę po wyborach roku 2023, czy też nastąpi przejęcie władzy przez obecnie opozycyjny centrolew. Oś PiS–PO jest na razie trwała i tylko w ramach tej osi możliwe będzie w przyszłości poważne reformowanie ustroju. A jeśli tak, to trudno o jaśniejszy przebłysk nadziei aniżeli runięcie zapory uniemożliwiającej taką współpracę, wydawało się, zabetonowanej raz na zawsze. Jeśli bowiem nowela konstytucyjna okazałaby się możliwa dziś, w warunkach tak gwałtownego konfliktu międzypartyjnego, to ów precedens zostawiłby swój ślad. Czemu nie miałby się na przyszłość powtórzyć, tam gdzie szłoby o kluczowe interesy państwa?
Płońska oferta Tuska otwiera szerszy problem ustrojowy, jakim są ustawy organiczne, czyli takie, których zmiana wymaga sejmowej większości kwalifikowanej. Jeśli na serio chcemy przeciwdziałać inflacji prawa, a zarazem uodpornić Polskę na nieprzewidywalne wiatry nazbyt „postępowych” ideologii, to idea ustaw organicznych jest tu instrumentem sprawdzonym i skutecznym. W końcu nie jest przypadkiem, że Orbán zaczynał dekadę temu swą przebudowę ustrojową Węgier od rozciągnięcia ustawodawstwa organicznego na niemal wszystkie kluczowe dziedziny życia społecznego: od obywatelstwa, podatków, emerytur, polityki rodzinnej, aż po status Kościołów, regulacje rynku mediów i działania partii politycznych. Z właściwą sobie brawurą Orbán tłumaczył wtedy austriackiemu tabloidowi „Kronen Zeitung”, że zamierza w ten sposób „związać ręce nie jednemu, ale dziesięciu następnym rządom”. Tusk zaproponował w Płońsku, aby ustawą organiczną uczynić tę, która miałaby skutek otwarcia negocjacji nad wyjściem z Unii. Jest więc dobry powód, aby ową dobroczynną w skutkach ideę ustawodawstwa organicznego wprowadzić do polskiej konstytucji szerzej, tak jak skądinąd planowane to było i przez Platformę, i PiS w roku 2005. I znacznie ostrożniej od Orbána zacząć od nadania statusu organicznego chociażby obecnie obowiązującym głównym kodeksom (karnemu, cywilnemu i rodzinnemu), czyli prawom kardynalnym z punktu widzenia życia obywateli, a nie aż tak wrażliwym z perspektywy międzypartyjnego konfliktu.
Artykuł z 39/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
