Rewolucja wrześniowa. "Zdyskredytowanie Polskiego Ładu"Rewolucja wrześniowa. Celem Tuska jest rewolta 2021 r.: dzięki ulicy, zagranicy, atakowi na Polski Ład i delegalizacji wyborów

We wrześniu br. na ulice polskich miast mają wyjść pracownicy, ale od października już także Ogólnopolski Strajk Kobiet i wszyscy zadymiarze znani z protestów pod koniec 2020 r.
Celem Donalda Tuska jest rewolta jesienią 2021 r.: dzięki ulicy, zagranicy, atakowi na Polski Ład i delegalizacji wyborów, gdyby zostały one przez opozycję przegrane.
Powrót Donalda Tuska do polskiej polityki został skoordynowany z planami zrobienia w Polsce rewolucji: najpierw we wrześniu 2021 r., a jeśli się nie uda, to w kolejnych miesiącach. Byłoby upiornym chichotem historii, gdyby doszło do rewolucji październikowej, gdyby właśnie w tym miesiącu nastąpiła kulminacja działań, które były przewodniczący Rady Europejskiej ma firmować. Oczywiście z udziałem ulicy i zagranicy. Już nikt z ważnych polityków Platformy Obywatelskiej nie ukrywa, że chodzi o zradykalizowanie ulicy. Ale nie tej spod znaku Ogólnopolskiego Strajku Kobiet czy Obywateli RP (choć ich także, lecz dopiero po rozkręceniu się protestów), a przede wszystkim zwykłych pracowników, mających różne postulaty płacowe i socjalne. Ulicy tym razem nie mają rewolucjonizować radykałowie. Oni co najwyżej udostępnią know-how, a potem mają przekierowywać nastroje w stronę agresji, także fizycznej. Na początku chodzi o jak najszersze protesty pracownicze.
Nikt ważny w Platformie nie ukrywa też, że bardzo istotnym elementem rewolucji mają być: maksymalne opóźnianie akceptacji przez Komisję Europejską polskiego Krajowego Planu Odbudowy, blokada unijnych środków dla Polski, kary finansowe nakładane przez Komisję Europejską, kolejne wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE wiążące się z karami finansowymi. A generalnie chodzi o kwestionowanie suwerenności Polski we wszystkich tych dziedzinach, które nie są objęte prawem Unii na zasadzie przyznania (w tych podlegających zasadzie przyznania – to oczywiste). To ma wywoływać reakcje rządzących, bo trudno, by nie wywoływało, a one z kolei mają być pretekstem do rozpętania kolejnej kampanii przeciwstawiania się polexitowi.
Porównanie w tej sytuacji powrotu Donalda Tuska do Polski z wyprawieniem przez niemiecki sztab generalny Lenina w 1917 r. do Piotrogrodu wcale nie jest abstrakcyjne, choć oczywiście czasy są inne i nie toczy się żadna klasyczna wojna. Zresztą Leninowi też nie wszystko od razu się udawało.
Ulica, zagranica, atak na Polski Ład
Rewolucję mają zainicjować nauczyciele, protestując od początku nowego roku szkolnego i domagając się podwyżek oraz wysadzenia w powietrze reformy zrealizowanej przez Annę Zalewską. Do nauczycieli mają dołączyć pracownicy ochrony zdrowia i te części budżetówki, które już wcześniej domagały się podwyżek. Zgodnie z informacjami na stronie Naczelnej Izby Lekarskiej, 11 września 2021 r. o godzinie 12.00 „wszyscy” pracownicy ochrony zdrowia (pielęgniarki, lekarze, technicy laboratoryjni, ratownicy, sanitariusze, salowe, pracownicy niemedyczni) mają wyjść na ulice, by strajkować. Domagając się zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia i podwyżki płac. Ratownicy medyczni chcą wzrostu wynagrodzenia zasadniczego o 1,2 tys. zł brutto do podstawy, do wysokości współczynnika co najmniej 0,95 dla wszystkich ratowników medycznych zatrudnionych na umowę o pracę w jednostkach finansowanych ze środków publicznych z równoczesnym zapewnieniem wzrostu stawek dla ratowników na umowach innych niż o pracę. Powołany już został Ogólnopolski Komitet Protestacyjno-Strajkowy, ukonstytuowany po konsultacjach między przedstawicielami związków zawodowych i samorządów medycznych. Strajk ma wymusić spotkanie z premierem Mateuszem Morawieckim, skoro dotychczasowe negocjacje z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim nie doprowadziły do uzgodnienia wspólnych celów.
Taki jest cel pracowników ochrony zdrowia, ale nie rewolucjonistów spod znaku Donalda Tuska. Dla nich optymalny jest brak porozumienia, nie tylko w ochronie zdrowia, i eskalacja protestów. We wrześniu przede wszystkim nauczycieli, żeby podgrzać nastroje i tak już gorące po wszystkich problemach szkół związanych z pandemią. Najlepiej, żeby protesty uliczne i strajki odbywały się z udziałem służb mundurowych oraz jak najszerszej reprezentacji budżetówki, w tym urzędników. Żeby powstało wrażenie, iż także ci, którzy bezpośrednio zależą od obecnej władzy, wymawiają jej posłuszeństwo.
Od września 2021 r. ma się pogłębiać anarchia, poczucie kompletnej destabilizacji i braku bezpieczeństwa – socjalnego, zdrowotnego, osobistego, ekonomicznego i międzynarodowego. A to wszystko nałożone na spodziewaną czwartą falę pandemii, coraz ostrzejsze spory wokół szczepień oraz tego, co zrobić z osobami niezaszczepionymi. Życie w Polsce ma być przedstawiane jako nieznośne, upokarzające ludzi, doprowadzające ich do rozpaczy.
Ważnym elementem rewolucji jest zdyskredytowanie Polskiego Ładu, a wręcz przedstawianie go jako wielkiego skoku obecnie rządzących na pieniądze Polaków. 3 sierpnia, występując w TVN 24, prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski przedstawiał Polski Ład jako największą aferę w Polsce po 1989 r. Nie tylko jako pomysł na ograbienie Polaków i urządzenie się ludzi władzy, ale też na zniszczenie samorządów, zbrodnię na klasie średniej, szczególnie na małych i średnich firmach. Inni mówią o rozdawaniu pieniędzy niepracującym, w tym środowiskom patologicznym, zabierając je aktywnym, przedsiębiorczym, zaradnym, twórczym. A zasadniczy atak na Polski Ład ma przypuścić sam Donald Tusk.
Ten atak jest o tyle zrozumiały, że jako zestaw konkretów i plan poprawy statusu materialnego niemal 20 mln Polaków Polski Ład odbiera Platformie i reszcie opozycji tlen. Tym bardziej że jest też planem wielkich inwestycji w infrastrukturę i skokiem modernizacyjnym polskiej gospodarki. Platforma i reszta opozycji nie mają żadnej własnej propozycji programowej, nie mają konkretów do zaoferowania, więc muszą zrobić „kryminał” z tego wielkiego projektu cywilizacyjnego awansu Polski. Nieprzypadkowo Rafał Trzaskowski, sceptyczny wobec poczynań Donalda Tuska, tak agresywnie i demagogicznie atakuje Polski Ład, bo to dla opozycji największe zagrożenie. Dlatego ustawy wdrażające ten plan mają być na wszelkie sposoby blokowane, zmieniane, kwestionowane, zwłaszcza w Senacie. Chodzi o to, żeby uniemożliwić ich przyjęcie i wprowadzanie w życie, a jeśli to się nie uda, maksymalnie opóźnić prace nad nimi, korzystając z tego, że wiele elementów Polskiego Ładu kwestionuje Porozumienie wicepremiera Jarosława Gowina. I to wysadzanie w powietrze Polskiego Ładu ma być skoordynowane z działaniem ulicy oraz zagranicy.
Władza, nie program
Odpowiedź na pytanie, dlaczego Donald Tusk od swojego powrotu do polskiej polityki nie przedstawił żadnego programu, który chciałby realizować, jest prosta. Taki program nie jest do niczego potrzebny. Wynika to z dwóch przesłanek, a właściwie jednej: zdobycia za wszelką cenę władzy. W drodze wyborów albo rewolucji, nawet w bolszewickim stylu, skoro przecież i tak operację z Leninem wymyślono w niemieckim sztabie generalnym i sfinansowano niemieckimi pieniędzmi (docelowo miała to być ogromna na owe czasy suma 50 mln marek). Jeśli Niemcom na czymś zależy w obcym kraju, to robią, co trzeba. A tym razem Niemcom (i nie tylko im) zależy na „odzyskaniu” Polski dla Europy, czyli na tym samym, co Donaldowi Tuskowi. To „odzyskanie” ma przywrócić Polsce stosowne miejsce w europejskiej hierarchii, czyli zaplecza gospodarczego Niemiec oraz pokornego, a nie zbuntowanego człowieka Europy. Tym bardziej że ten zbuntowany jest przedstawiany jako „chory człowiek Europy”, którego trzeba wyleczyć – nawet siłą i wbrew jego woli. Tusk ma być w tym dziele naczelnym lekarzem, a właściwie sanitariuszem.
W lipcu 2019 r. nieżyjący już prof. Marcin Król postulował:
Pora skończyć z programami i całym tym banalnym i pustym językiem polityki. (…) Przestańmy mówić o programach, uzgadnianiu ich szczegółów i spierać się o nie, jakby programy to była forma wiedzy i obietnica praktycznych działań. Żaden program nie uratuje teraz Polski, ale przede wszystkim program to bardzo kiepska forma opowieści
Programy tylko odciągają od zasadniczego celu, czyli zdobycia władzy.
Donald Tusk okazał się jednym z najbardziej pojętnych czytelników tez prof. Króla. Także tych z 18 stycznia 2020 r. Napisał on wtedy (w „Gazecie Wyborczej”):
Polityka jest sztuką zdobywania i utrzymania władzy. Tylko tyle. Jedyną miarą polityki jest jej skuteczność. (…) Kto o tym zapomina – przegrywa. Przegrywa także ten, kto walczy o prawdziwą demokrację
Demokracja to iluzja, a władza to konkret:
Polityka, rozpatrywana na tym najwyższym poziomie, nie podlega żadnym ocenom: z punktu widzenia moralności, z punktu widzenia wartości, celów czy metod działania
Co oznacza, że polityka (walka o władzę) może być całkiem niemoralna. Zasada jest prosta:
Walczący o władzę musi pozyskać większość, rozumiejąc zarazem potrzebę tolerowania mniejszości. A potem w celu utrzymania władzy większość będzie zawsze i w każdym kraju narzucała swoją wolę
Gdyby streścić cele, jakie chce realizować po 3 lipca 2021 r. Donald Tusk, to opisał je właśnie prof. Król:
Jest jedyny cel, czyli zdobycie władzy. Wszystkie inne są pochodne lub drugorzędne, bo będzie można je realizować tylko wtedy, kiedy się władzę zdobędzie. Celem może być samo zdobycie władzy i przyjemności z tego płynące (tyran, despota). Celem mogą być pieniądze dla siebie czy dla całej grupy, a zatem kłamstwo, złodziejstwo, nepotyzm, oligarchizacja kraju. Celem może być przyjemność odnajdywana w manipulowaniu ludźmi. Przyjemność ta, niezrozumiała dla większości ludzi, jest jednak ogromna. Wreszcie celem może być zdobycie takiej władzy politycznej, kiedy wie się więcej niż inni, niż ogromna większość obywateli, i czuje się od nich bardziej wprowadzonym w sprawy tajemne
Donald Tusk te cele chce zrealizować, a przyjemność czerpie już z samego przystąpienia do akcji, zanim cokolwiek osiągnął.
Delegalizacja wyborów
We wrześniu br. na ulice polskich miast mają wyjść pracownicy, ale od października już także Ogólnopolski Strajk Kobiet i wszyscy zadymiarze znani z protestów pod koniec 2020 r. Jednocześnie pod przywództwem Tuska protestować mają „Europejczycy” broniący Polaków przed polexitem, demokraci broniący przed zsuwaniem się Polski w dyktaturę, legaliści niemogący znieść łamania praworządności i konstytucji, tolerancjoniści zrozpaczeni łamaniem praw LGBT+. Do tego dojdą opisywane już akcje instytucji europejskich, ale także naciski USA, Izraela i innych państw w sprawie nowelizacji Kodeksu postępowania administracyjnego (kwestia tzw. mienia bezspadkowego), naciski Stanów Zjednoczonych w sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji (w kręgach Tuska zwanej lex TVN), prowokacje i cyberataki ze strony Rosji, dogadywanie się administracji Joego Bidena z Niemcami i Rosją kosztem Polski, czego skutkiem może być rewizja polityki USA wobec wschodniej flanki NATO i ustawienie Polski na celowniku Władimira Putina.
Ma powstać wrażenie, że jesienią br. nic w Polsce i u jej granic nie jest stabilne, rząd zawinił w kwestii szczepień, więc przeciętnym Polakom grozi lawina różnych złych wydarzeń i procesów. W tle zamieszania i poczucia zagrożenia będą apele o rozwiązanie Sejmu i rozpisanie nowych wyborów, a z drugiej strony pojawią się „obywatelskie” akty oskarżenia przeciwko politykom PiS. Wesprzeć je ma uliczna kampania (billboardowa) dyskredytowania liderów PiS i nagonka na nich w postaci protestów przed prywatnymi domami. W sumie na początku listopada 2021 r. (wykorzystane będzie także Wszystkich Świętych) ma powstać poczucie apokalipsy i wrażenie, że rząd niczego już nie kontroluje.
Politycy PO opozycyjni wobec Tuska nie wierzą w realizację apokaliptycznego scenariusza, ale on im nie przeszkadza. Zamierzają nawet Tuska popierać, spodziewając się, że w ten sposób szybciej przejdzie próbę ognia i okaże się, że nie ma wcale takiej mocy sprawczej, jak on sam i jego zwolennicy sądzą. Ludzie Grzegorza Schetyny i Rafała Trzaskowskiego liczą nawet na to, że Tusk się skompromituje. Ale jego plany w niczym im nie przeszkadzają.
Gdyby doszło do przyspieszonych wyborów (a nawet w wypadku tych odbywających się w konstytucyjnym terminie) w następstwie stworzenia klimatu apokalipsy oraz otoczenia Polski kordonem sanitarnym, a PO i opozycja tego głosowania by nie wygrały, zacząłby być realizowany następny scenariusz – kwestionowania tego, że elekcja była uczciwa i demokratyczna. Donald Tusk miałby uruchomić wszystkie swoje zasoby i znajomości, wsparty przez wpływowych za granicą polskich prawników, żeby dowodzić, iż wybory sfałszowano, a przynajmniej nie odbyły się one zgodnie z Kodeksem wyborczym i konstytucją. Cała ta powyborcza histeria zostałaby rozpętana głównie z tego powodu, że przecież urodzony zwycięzca, na jakiego kreuje się Tusk, nie może przegrać żadnej elekcji. Dlatego trzeba byłoby rozpętać wielką międzynarodową kampanię, że wyniki głosowania nie mogą być uznane, podobnie jak było z wyborami prezydenckimi na Białorusi.
W tych wszystkich planach Donalda Tuska tkwi mały szkopuł: uważa on Polaków za głupich, nieracjonalnych, bezbronnych wobec kłamstwa i manipulacji oraz chcących zaszkodzić sobie samym. Ale Polacy tacy nie są.
Artykuł z 32/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
