PYZA I WIKŁO W "SIECI": Polska na wirażuPYZA I WIKŁO W "SIECI": Polska na wirażu. "Podstawową potrzebą jest jedność wszystkich Polaków, którzy staną murem za ojczyzną"

Oba wrogie nam państwa bardzo aktywnie prowadzą wojnę w mediach. Białoruski tyran udaje ofiarę, twierdząc, że nasz kraj „bezczelnie, bez uprzedzenia” skoncentrował na pograniczu nawet wojska pancerne, dlatego on musi się bronić.
Kogokolwiek zapytać, odpowiedź jest taka sama: to będzie długi konflikt, którego eskalacji nikt dziś nie przewidzi. Jak jesteśmy na niego przygotowani? Na kogo możemy liczyć za granicą? Jaki jest rzeczywisty cel Putina i Łukaszenki? Oto polski plan obrony przed agresją ze Wschodu.
Na granicy mamy do czynienia z operacją dużo szerszą, niż jesteśmy dzisiaj w stanie sobie wyobrazić – mówi nam jeden z najbliższych współpracowników Mateusza Morawieckiego. Pracujący dla rządu analitycy dodają, że „jesteśmy dopiero na bardzo wstępnej fazie tej operacji”. To oni zasugerowali premierowi, by podczas nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu zapowiedział, że „trzeba się przygotować na długie uderzenie, na politykę, która może być długotrwała”. Szef rządu zapewnił, że jesteśmy na to przygotowani, choć nie ukrywał także, że szczególnie najbliższe miesiące będą dla nas bardzo wymagające.
Zadanie 1: Utrzymać granicę
Potwierdzają tę diagnozę eksperci, z którymi rozmawiamy. Sytuacja jest dynamiczna, kilka miesięcy temu nikt z nas nie przewidywał, że będziemy świadkami prawdziwego szturmu migrantów ze strony Białorusi. Pierwszy atak został odparty, ale nie ma wątpliwości, że będą kolejne.
Musimy się liczyć z tym, że ta sytuacja szybko nie wygaśnie, nacisk na nas będzie kontynuowany. Nadchodząca zima jest do tego raczej zachętą, bo z punktu widzenia potrzeb propagandowych Białorusi i Rosji doda dramatyzmu tej sytuacji
– mówi prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, politolog z Uniwersytetu Łódzkiego, ekspert od stosunków międzynarodowych i obronności.
Obrazki z Kuźnicy, gdzie kilkusetosobowy tłum rozwścieczonych migrantów ruszył w kierunku Polski, próbując łopatami i nożycami przerwać zasieki, spowodował przynajmniej chwilowe otrzeźwienie oraz falę bardzo życzliwych i empatycznych wobec Polski wypowiedzi.
Mamy teraz „miodowe dni” w Europie i na świecie, wszyscy nas wspierają, ale nie mam wątpliwości, że za chwilę machina propagandowa ruszy, a w tym fachu Rosjanie i Białorusini są naprawdę nieźli
– mówi mi osoba, która na co dzień bierze udział w posiedzeniach sztabu kryzysowego w KPRM. W rządzie panuje determinacja, by tę chwilę „oddechu” jak najefektywniej wykorzystać. Zniszczone ogrodzenie jest szybko odbudowywane, ale celem nadrzędnym jest budowa trwałej zapory. Decyzja już zapadła, realizacja rozpocznie się – jak słyszymy – „lada dzień” i będzie prowadzona na kilku odcinkach jednocześnie.
Będziemy brali stal z polskich hut, mamy nadzieję, że nie będzie problemów z zaopatrzeniem. Trzeba zapewnić drogę dojazdową dla ciężkiego sprzętu itd. To duże wyzwanie logistyczne. Wszystko będzie prowadzone przy asyście wojska
– zapewnia nas jeden z członków rządu.
Nasi rozmówcy proszą jednak, by unikać myślenia, że „ta zapora wyeliminuje wszelkie problemy”.
Po pierwsze, bariera rzeczywiście da nam większą szczelność i pozwoli na przesunięcie części funkcjonariuszy na inne odcinki: litewski i ukraiński, które będą wymagały pilnej ochrony. Ale, po drugie, te pół roku, którego potrzebujemy, by postawić mur, trzeba będzie jakoś przetrwać
– mówi nasz rozmówca i wraca do wątku wschodniej propagandy. – Z narracji o „biednych uchodźcach” i „dzieciach zamarzających w lesie” wcale nie zrezygnowano. Wraz z nadejściem dokuczliwych mrozów ten wątek wróci jeszcze mocniej. Bo tak najłatwiej rozpalić emocje.
Stanisław Żaryn, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego w KPRM, ostrzega, prezentując film z grupą dzieci za zasiekami:
Dziś migranci koczujący przy granicy RP skupiają się na akcji propagandowej. Kluczową rolę pełnią dzieci. Gra emocjami prowadzona jest pod kontrolą białoruskich służb. […] akcja obliczona jest na granie emocjami społecznymi w Polsce i na Zachodzie oraz jest kolejną próbą wywarcia presji, by Polska zgodziła się na szlak migracyjny organizowany przez służby białoruskie
Wojsko na granice?
Trudno dziś opisywać sytuację bieżącą na granicy z Białorusią, bo zmienia się ona z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę. Jasne jest jedno, trzeba tę linię wzmacniać, choć powstaje pytanie, na ile wystarczy nam sił i środków.
Mamy co prawda ponad 100 tys. zawodowych żołnierzy, ale sił operacyjnych, czyli takich, które możemy tam wysłać jak na front, jest ok. 30 tys. Połowa z nich już na granicy jest, a – jak wiemy – to dopiero początek operacji. Margines działania niebezpiecznie nam się kurczy
– mówi nam osoba z resortu obrony.
Oczywiście w operacji ochrony granicy uczestniczą też Wojska Obrony Terytorialnej, policja i Straż Graniczna, więc polskich sił jest tam sporo. I to im teraz trzeba stworzyć warunki do pełnienia tej odpowiedzialnej służby. W ubiegłym tygodniu rząd skupił się na zakupach, które doposażą naszych funkcjonariuszy. W trybie pilnym należało zamówić sprzęt oświetleniowy, którego w magazynach było zbyt mało, i kontenery mieszkalno-sanitarne.
Eksperci, z którymi rozmawiamy, są też zgodni co do tego, że nie należy na granicę z Białorusią ściągać wojsk innych sojuszniczych armii.
Wojska amerykańskie już są na naszym pograniczu – w Orzyszu, Giżycku, Piszu. Nie ma powodów, dla których mielibyśmy wzywać ich na linię granicy
– mówi jeden z wiceministrów.
Trzeba zachować „ciężką artylerię” na ciężkie czasy. Nie wszystko naraz. Pojawienie się wojsk amerykańskich na wschodzie Polski natychmiast spowodowałoby pojawienie się większej ilości wojsk rosyjskich na Białorusi, a na tym nam nie zależy
– analizuje prof. Żurawski vel Grajewski. Dodaje też, że wyjątkowo przestrzelone są żądania opozycji, by wołać na pomoc Frontex, unijną agencję Straży Granicznej i Przybrzeżnej.
Polska dysponuje kilkunastoma tysiącami funkcjonariuszy SG, a Frontex ma 2 tys. pracowników, z czego kilkuset możliwych do użycia na wszystkich granicach naraz (i oni są zaangażowani np. na południowej flance Unii). Reszta to urzędnicy za biurkami. Byłoby więc to wsparcie symboliczne
– mówi.
W poprzednim numerze „Sieci” mówił o tym także w wywiadzie komendant główny Straży Granicznej gen. dyw. Tomasz Praga:
Straż Graniczna nie potrzebuje dziś fizycznego wsparcia Frontexu, choć współpracujemy […] Na przejściach granicznych non stop obecni są funkcjonariusze Frontexu. Tyle że zdolności operacyjne Frontex osiągnie dopiero za sześć lat. W ubiegłym roku to my szkoliliśmy pierwszą grupę ich funkcjonariuszy, bo wygraliśmy konkurs – okazało się, że zrobimy to najlepiej
Zadanie 2: Umiędzynarodowienie
O tym, że na wschodniej granicy mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu, przekonują się politycy oraz opinia publiczna również na Zachodzie. Dociera do nich, że to także granica zewnętrzna Unii Europejskiej i strefy Schengen. Karl Nehammer, szef austriackiego MSW, wezwał Komisję Europejską do „udzielenia rządowi w Warszawie większego wsparcia przy ochronie granicy”. W niemieckim dzienniku „Die Welt” ukazał się zaś artykuł w tonie zgoła odmiennym od tego, co czytamy tam o Polsce zazwyczaj.
W polsko-białoruskim kryzysie migracyjnym Unia Europejska hołduje szlachetnym zasadom i krytykuje Polskę za twardy kurs. Obrona granicy przez polski rząd pokazuje jednak, że Warszawa ma poczucie rzeczywistości, którego Unii Europejskiej brakuje od 2015 roku
– czytamy w komentarzu.
UE powinna zrozumieć, że Polska wyświadcza jej przysługę
– konkluduje niemiecki dziennik.
Takich głosów jest dużo więcej. Szef unijnej dyplomacji Josep Borrell jasno stwierdził, że „sytuacja może się zaostrzyć i mamy do czynienia z potencjalnym nowym szlakiem migracyjnym”, a szef frakcji EPL w europarlamencie Manfred Weber opowiedział się za „udostępnieniem środków unijnych na budowę infrastruktury w Polsce”. Premier Mateusz Morawiecki spotkał się w Warszawie m.in. z przewodniczącym Rady Europejskiej Charles’em Michelem. W oświadczeniach po rozmowach brzmiało jedno: Białoruś z pomocą Rosji dokonuje ataku na granice UE, którego nie można tolerować.
W naturalny sposób zrodziło się pytanie o bardziej stanowczą reakcję, np. użycie zapisów traktatu północnoatlantyckiego. Jego art. 4 mówi o tym, że „Strony będą się konsultowały, ilekroć zdaniem którejkolwiek z nich zagrożona będzie integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron”. Zgodna odpowiedź kilku pytanych przez nas osób jest taka, że „nikt na poważnie nie myśli o uruchomieniu zapisów bezpieczeństwa NATO”, ponieważ: „nie mamy do czynienia z atakiem militarnym”, „używa się go po wyczerpaniu własnych sił i środków, a to się nie stało”, „takie konsultacje w zasadzie są prowadzone ciągle, choć nikt ich tak być może nie nazywa”.
Zgoda panuje jeszcze co do jednego, na Białoruś trzeba nałożyć kolejne, bardziej dotkliwe sankcje. Unia Europejska już dysponuje listą firm białoruskich, których mogłyby dotyczyć restrykcje.
Należy to robić jednak bardzo ostrożnie, bo na przerwaniu współpracy z Białorusią może ucierpieć wielu polskich przedsiębiorców. UE musi dać nam gwarancje, że wynagrodzi naszym biznesmenom to, co stracą na Wschodzie
– mówi osoba z otoczenia szefa rządu. Najpilniejszy wydaje się nacisk na linie lotnicze, które dostarczają migrantów do Mińska. Podczas wystąpienia sejmowego premier wskazał Turcję jako kraj, który działa „w pełnej synchronizacji” z Mińskiem i Moskwą, przerzucając migrantów państwowymi liniami lotniczymi Turkish Airlines. Turecki przewoźnik co prawda oficjalnie zaprzeczył, jakoby miał brać udział w przerzucie migrantów, ale niedługo potem pojawiła się informacja o zakazie sprzedaży biletów na Białoruś dla obywateli Syrii i Iraku, a więc krajów, skąd płynie najszersza fala nielegalnej imigracji.
Polskę wsparły już i zapowiedziały dalsze kroki Kwatera Główna NATO, Komisja Europejska, amerykański Departament Stanu, rządy w wielu stolicach europejskich, nie tylko w tradycyjnie przyjaznym nam Budapeszcie czy Lublanie, ale również np. Hadze.
Zadanie 3: Współpraca z sąsiadami
Warunkiem niezbędnym do wypracowania solidarnej postawy społeczności międzynarodowej jest dobra współpraca Polski z sąsiadami, podobnie zagrożonymi agresją ze strony wschodnich reżimów.
Od kilku miesięcy mamy do czynienia z próbami skłócania państw poddanych tej presji. Gdy Litwa była głównym celem ataku migracyjnego, a tamtejsze służby osadzały zatrzymanych w obozach przy granicy, rosyjscy agenci wpływu rozpowszechniali wieści, że rządzący w Wilnie złośliwi nacjonaliści zmieniają przy pomocy muzułmańskich migrantów strukturę etniczną polskiej Wileńszczyzny. Trzeba pamiętać, że pogranicze litewsko-białoruskie jest po obu stronach etnicznie polskie. Na tym tle próbowano skłócić Polskę i Litwę. Na szczęście oba rządy zachowały zdrowy rozsądek, Polska wsparła sąsiada funkcjonariuszami, śmigłowcem, obie stolice zademonstrowały solidarność i ta akcja zgasła
– przypomina prof. Żurawski vel Grajewski.
Jego zdaniem musimy się obawiać powtarzania tego typu prób w rozmaitych wariantach, np. na kierunku ukraińskim, dlatego potrzebna jest ścisła koordynacja reakcji naszych państw, z całą świadomością, że Rosjanie będą usiłowali nas skłócić. A im więcej będziemy zawczasu mówili o tych prowokacjach, tym trudniej będzie je wiarygodnie przeprowadzać.
Dlatego też jeszcze przed rozmowami polskich władz na szczeblu unijnym Andrzej Duda rozmawiał z prezydentami Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii i Gruzji, którzy w oczywisty sposób wsparli Polskę w obliczu białoruskiego ataku.
Dziś skupia się on na naszej granicy, lecz wszyscy nasi rozmówcy podkreślają, że w każdej chwili może to się zmienić bądź rozszerzyć – o szlak ukraiński czy powrót większych mas migrantów na granicę z Litwą. Oznaczałoby to spore kłopoty, bo oba państwa mają dłuższe granice z Białorusią i mniejsze możliwości mobilizacyjne do ich obrony. Ale i na ten scenariusz – jak słyszymy – jesteśmy gotowi.
Nie mamy wątpliwości, że te napięcia potrwają długo. Jestem przekonany, że gdy wybudujemy naszą barierę, to za chwilę będziemy musieli umacniać granicę litewską i ukraińską – to jest oczywiste
– mówi nam jeden z ministrów z resortów siłowych.
Jednoznaczna strategia
Brawa dla żołnierzy, policjantów i funkcjonariuszy Straży Granicznej broniących wschodniej granicy rozległy się podczas uroczystości państwowych 11 listopada na pl. Piłsudskiego w Warszawie, ale także podczas specjalnego posiedzenia Sejmu. Wstali zgodnie politycy wszystkich opcji, którzy chyba w końcu zrozumieli, skąd płynie rzeczywiste zagrożenie. Wcześniej nie było to takie oczywiste, nie tylko w sferze symbolicznej.
Dopiero w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP, przyjętej przez rząd Zjednoczonej Prawicy i podpisanej przez prezydenta Andrzeja Dudę w maju ub.r., wprost określono, że „najpoważniejsze zagrożenie stanowi neoimperialna polityka władz Federacji Rosyjskiej, realizowana również przy użyciu siły militarnej”. I dalej:
Agresja na Gruzję, nielegalna aneksja Krymu oraz działania we wschodniej Ukrainie naruszyły podstawowe zasady prawa międzynarodowego i podważyły filary systemu bezpieczeństwa europejskiego
.
Tak jednoznaczne zapisy nie są efektem naszych wymysłów, tylko szczegółowej analizy działań Federacji Rosyjskiej. Prezentujemy stanowisko, które jest w oficjalnych dokumentach NATO. Z Rosją chcemy prowadzić dialog, ale poprzedzamy go działaniami, które mają zademonstrować nasze zdolności obronne i odstraszania
– mówił portalowi wPolityce.pl Paweł Soloch, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
W poprzedniej strategii zatwierdzonej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego 5 listopada 2014 r. zagrożenie płynące ze Wschodu nazywane było dosyć miękko, mimo że dokument powstał już po aneksji Krymu. Próżno jednak szukać w nim słowa „agresja”, jest za to np. „konflikt z Ukrainą”, co mogłoby sugerować takie samo zaangażowanie obu jego stron.
Relacje Rosji z Zachodem pozostaną ważnym czynnikiem oddziałującym na bezpieczeństwo Polski, regionu i Europy. Odbudowywanie mocarstwowości Rosji kosztem jej otoczenia oraz nasilanie się jej konfrontacyjnej polityki, czego przykładem jest konflikt z Ukrainą, w tym aneksja Krymu, negatywnie rzutuje na stan bezpieczeństwa w regionie
– to fragment tekstu z 2014 r., który był zapewne podyktowany osobliwą polityką „resetu” pomiędzy Warszawą i Moskwą.
Można powiedzieć, że to tylko strategia, ale w armii to akurat istotne, by jednoznacznie określić cele i potem konsekwentnie je realizować. Dziś widać to szczególnie wyraźnie.
Zadanie 4: Przestraszyć Mińsk
Jeśli cały polski establishment polityczny zda sobie z tego wreszcie sprawę, skuteczniejsza będzie nasza odpowiedź na obecną agresję.
Jakie konkretne kroki możemy poczynić wobec Mińska? W wachlarzu naszych możliwości są m.in. działania ekonomiczne. Od jednego z ministrów słyszymy:
25 proc. eksportu Białorusi trafia do Unii Europejskiej. Możemy Łukaszence ten eksport skutecznie zablokować, np. zamykając przejścia graniczne. Będzie to kłopot również dla Rosji. Czy wtedy znajdą inne trasy? Tak, ale nie wydarzy się to natychmiast i będzie dla obu satrapów oznaczało spore koszty. Jeszcze większe, gdy dostaniemy wsparcie państw zachodnich. Skuteczna presja gospodarcza musi być skorelowana z nimi. I tego w tej chwili dotyczą rozmowy polskiego rządu.
Nasz rozmówca zwraca jednak uwagę na możliwe „skutki uboczne” takich działań:
Co będzie dalej, gdy zniszczymy Łukaszenkę gospodarczo? Czy to plan nasz, czy może kogoś innego – Moskwy? Wyobrażam sobie scenariusz, w którym Rosjanie wchodzą na Białoruś i mówią: „My was wszystkich uratujemy. Europo, zakończymy tę migrację”. I zakończą – na rok, półtora, może dwa. Dla nas długofalowy skutek będzie taki, że de facto wydłużymy sobie granicę z Rosją, Litwa znajdzie się w potrzasku, a naszym następnym zadaniem będzie umacnianie Przesmyku Suwalskiego.
Drugi scenariusz niosący zagrożenie dla Łukaszenki to kryzys humanitarny, który go obali. Być może nie docenił skali migracji z Bliskiego Wschodu i nie przypuszczał, że polska odpowiedź będzie tak zdecydowana. Bańka migracyjna na Białorusi pęcznieje. Widzieliśmy już sceny ich bitew z białoruskimi mundurowymi przy przejściu w Kuźnicy. Przybysze zaczynają się buntować. Spotkaliśmy się nawet z opiniami, że Łukaszenka może nie mieć już możliwości przerwania tego procederu. Jego służby zarabiają bowiem na tym tak potężne pieniądze, że mogą być skłonne go poświęcić, byle utrzymać to źródło dodatkowego dochodu.
Jak zachowa się Rosja?
Poważna, zwłaszcza niekontrolowana, eskalacja kryzysu, w tym w kierunku polsko-białoruskiego lokalnego konfliktu zbrojnego, rodzi dla niej ryzyka. Po pierwsze, Rosja najbardziej obawia się ewentualnej blokady granicy unijno-białoruskiej dla ruchu towarowego. Po drugie, znaczne zaostrzenie sankcji wobec Mińska niosłoby także negatywne konsekwencje dla FR, m.in. zwiększało koszty gospodarczego wsparcia Moskwy dla Białorusi. Mogłoby to uderzyć również w interesy firm rosyjskich. Po trzecie, pojawiłyby się prawdopodobnie dodatkowe ryzyka polityczne dla uruchomienia gazociągu Nord Stream 2, co stanowi doraźny priorytet Kremla. Po czwarte, mogłoby to utrudnić dialog w sferach politycznej i bezpieczeństwa rozpoczęty pomiędzy administracją Joego Bidena w USA i Rosją w sytuacji, gdy Moskwa – jak się wydaje – ma pewne nadzieje, że przyniesie on jej korzyści
To fragment analizy Piotra Żochowskiego i Marka Menkiszaka z Ośrodka Studiów Wschodnich. Jej autorzy przypominają, że wsparcie Kremla dla Łukaszenki nie jest całkowicie bezwarunkowe. „Moskwa nie chce bowiem urzeczywistnienia się scenariusza, w którym kryzys migracyjny na Białorusi zagrozi bezpośredniemu bezpieczeństwu jej samej, a zwłaszcza doprowadzi do prób powrotu migrantów do krajów pochodzenia poprzez terytorium rosyjskie, gdyż mogłoby to rodzić napięcia społeczne. W związku z tym oczekuje od Białorusi pełnej kontroli ruchów migrantów przez jej służby”.
Na razie Rosja sprawia wrażenie, że w pełni wspiera Łukaszenkę. Szef rosyjskiej dyplomacji o wywołanie kryzysu migracyjnego oskarżył Unię Europejską i zaproponował, by Wspólnota po prostu… zapłaciła Białorusi, jak stało się to przed kilkoma laty w przypadku Turcji. Rzeczniczka MSZ w Moskwie jak zwykle buńczucznie oświadczyła, że Polska powinna przyjąć tylu migrantów, ilu wysłała żołnierzy do Iraku.
W tym samym czasie – jak odnotował w portalu wPolityce.pl ekspert ds. wschodnich Marek Budzisz – pod Kazaniem w Tatarstanie odbywały się ćwiczenia „sił pokojowych” Rosji, Białorusi i czterech innych państw byłego ZSRR. Plan ćwiczeń przewidywał „planowanie i prowadzenie operacji pokojowych, wspólne działania na rzecz organizacji obozu dla uchodźców i jego ochrony, eskortowanie konwojów z ładunkiem humanitarnym, a także pełnienie służby na punktach kontrolnych”. Łatwo przewidzieć, jaki może być kolejny krok Moskwy i Mińska nad Bugiem: wielkie obozy migrantów „zabezpieczanych” przez wojska rosyjskie.
Tuż przed zamknięciem tego numeru „Sieci” pojawiła się informacja, że Łukaszenka oficjalnie poprosił Putina o przysłanie na granicę z Polską rosyjskich wojsk.
Wojna propagandowa
Oba wrogie nam państwa bardzo aktywnie prowadzą wojnę w mediach. Białoruski tyran udaje ofiarę, twierdząc, że nasz kraj „bezczelnie, bez uprzedzenia” skoncentrował na pograniczu nawet wojska pancerne, dlatego on musi się bronić. Sięga nawet po bzdury o rzekomych próbach przerzutu migrantom ze strony polskiej broni „z Donbasu”. Wschodnia propaganda próbuje przedstawiać agresję jako jakiś „konflikt polsko-białoruski”, w którym rząd w Warszawie łamie prawo międzynarodowe i niemalże torturuje „uchodźców”.
Jak poinformował analityk z Uniwersytetu Jagiellońskiego Michał Marek, w rosyjskim serwisie społecznościowym Telegram pojawił się profil publikujący dane polskich funkcjonariuszy Straży Granicznej, przypisując im odpowiedzialność za wyimaginowane „zbrodnie” na migrantach. W białoruskiej telewizji zaś jeden z prezenterów groził nam i obrażał:
Polacy, igracie z ogniem. […] Pszeki, uspokójcie się. Ameryka nie będzie za was walczyć. Zapomnieliście o swojej historii […] Niczego was nie nauczył 1939? Nie macie szans, Pszeki! Jeśli nie przemawiają do was łzy dzieci, to przemówią bombowce Tu-22M3 sił powietrzno-kosmicznych Federacji Rosyjskiej. Możecie już wyrzucać swój NATO-wski złom. Uciekajcie!
Pszek to pogardliwe rosyjskie określenie Polaka, odwołujące się do brzmienia naszego języka.
W mediach rosyjskich i białoruskich epatuje się obrazkami dzieci i kobiet, rzekomo dowodzącymi bezduszności polskich władz. Podobną narrację uprawia szczególnie popularna w krajach arabskich telewizja Al Jazeera. Nawet część zachodnich stacji – jak CNN czy Euronews – potrafi wykrzywiać obraz kryzysu, akcentując kwestie humanitarne, a zapominając o jego clou – hybrydowym ataku Białorusi, precyzyjnie zaplanowanym i zorganizowanym przez tamtejsze KGB. Skądś to znamy? Niestety tak, niektóre polskie redakcje nie porzuciły podobnego tonu i powtarzają kłamstwa o łamaniu prawa przez nasze służby i domagają się wpuszczania do naszego kraju migrantów atakujących granicę.
Przed Polską wyjątkowo trudne zadanie, bo gdy już wydawało się, że 8 listopada wraz ze szturmem na granicę przyjdzie powszechne otrzeźwienie, sprzedające najwięcej egzemplarzy spośród tygodników opinii pismo „Polityka” postanowiło na okładce numeru wychodzącego w przededniu Święta Niepodległości brzydko zabawić się polskim godłem.
Trudno się bronić przed agresją z zewnątrz, jeśli agresor może liczyć na pomocników w atakowanym kraju.
Nasz egzamin
Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, na jakim wirażu historii jesteśmy. Nie wierzę w to, że zostanie zajęta Warszawa czy nawet Łomża, ale w to, że będziemy mieli permanentny, zaogniony konflikt graniczny, już tak
– mówi nam jeden ze współpracowników premiera.
Pewną nadzieję na najbliższą przyszłość daje zmiana języka sporej części opozycji. Czy będzie trwała, czy to tylko emocjonalna reakcja po scenach na granicy przed tygodniem?
Zrozumieli, że to będzie dla nich totalna klęska, jeśli teraz zaatakują. Dlatego w czasie debaty głos zabrał Tomasz Siemoniak. Według mnie to było dobre wystąpienie – merytoryczne. Mówił o różnych rozwiązaniach, które PO teoretycznie proponuje, zgadzał się z diagnozą rządu, choć nie zgadzał się ze sposobami radzenia sobie z kryzysem. Wydźwięk był taki, że to Europa musi nam dać gwarancje bezpieczeństwa. A czy w 1939 r. to nie dwa najsilniejsze państwa europejskie dały nam gwarancje, a w momencie próby nie przyszły z pomocą? Dziś też tak będzie, jeśli sami nie będziemy wystarczająco silni
– mówi nam poseł z władz klubu PiS.
Na razie Platforma wykonała nagły zwrot, deklaruje wsparcie dla rządu w obronie granic (choć dotychczas głosowała inaczej), a Donald Tusk zamiast głupkowatych tweetów napisał sensowny list do przywódców unijnych (dopiero po wizycie w Berlinie). Sprawa granicy była szeroko omawiana na posiedzeniu klubu PO.
Marszałek Borusewicz ostro domagał się, by nie dopuszczać do głosu harcowników, którzy nie rozumieją powagi sytuacji. Mam nadzieję, że szefostwo rzeczywiście ich powstrzyma, bo kompromitują nie tylko siebie, ale i nas wszystkich
– martwi się w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” posłanka Platformy.
Poważny egzamin z patriotyzmu ma do zdania każdy z nas. Nawet najlepszy plan rządu i najsilniejsze wsparcie międzynarodowe nie wystarczą. Podstawową potrzebą jest jedność wszystkich Polaków, którzy staną murem za niepodległością ojczyzny, wesprą żołnierzy i funkcjonariuszy chroniących granicy, zrozumieją, że rząd broni elementarnych interesów narodowych i nie będą ulegać propagandzie wschodnich reżimów.
Nie wiemy, czy ostatecznym celem operacji inspirowanej – czy przejętej – przez Putina jest Białoruś, Ukraina, państwa bałtyckie, czy może nasz kraj. Wiemy za to jeszcze lepiej niż dotychczas, że śp. prezydent Lech Kaczyński w 2008 r. w Tbilisi doskonale odczytał ówczesne sygnały neoimperialnej polityki Kremla. Jeśli ktoś miał co do tego jakiekolwiek wątpliwości, dziś powinien je porzucić.
Przed 13 laty polski prezydent powiedział Gruzinom i całemu światu:
Po raz pierwszy od dłuższego czasu nasi sąsiedzi z północy, dla nas także z północy, ze wschodu, pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają, że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy: nie! Ten kraj to Rosja. Ten kraj uważa, że dawne czasy upadłego, niecałe 20 lat temu, imperium wracają. Że znów dominacja będzie cechą tego regionu. Otóż nie będzie! Te czasy się skończyły raz na zawsze. Nie na 20, 30 czy 50 lat!
Marek Pyza
Marcin Wikło
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
