Pyza i Wikło w "Sieci": Jednym głosem z ŁukaszenkąPyza i Wikło w "Sieci": Jednym głosem z Łukaszenką. "Jak zachowa się polska opozycja, gdy wschodni dyktator zrobi kolejny krok?"

Jeśli ze strony białoruskiej padną strzały, czy w polskim parlamencie ktoś też przypisze za to winę naszemu rządowi? Czy nadejdzie otrzeźwienie? Mało realne.
Ci, którzy oskarżają rządzących o wyimaginowany sojusz z Rosją, sami grają w orkiestrze Putina i Łukaszenki. Przyjrzeliśmy się przekazom lewicowo-liberalnych mediów w naszym kraju oraz tym nadającym z Mińska. Chwilami trudno je odróżnić. Dezinformacja jest najważniejszym polem prowadzonej obecnie wojny hybrydowej z Polską. Skąd zatem to współbrzmienie po obu stronach granicy?
Zupa chlupocze w plecakach, gdy idą przez las. »Boimy się, że zaczniemy potykać się o martwe ciała«
Taki tytuł nosi reportaż na stronach Tok FM, który ma chwycić czytelnika za serce i przekonać go, że bezduszny rząd PiS skazuje Bogu ducha winnych ludzi na cierpienie w polskich lasach. Czytamy o tym, jak mieszkańcy strefy przygranicznej szukają migrantów po krzakach, noszą im ubrania, gotują ciepłe posiłki, pomagają ukrywać się przed strażą graniczną.
Mieliśmy z sobą tylko małą wodę, a oni byli głodni i zziębnięci, więc mój mąż poszedł do samochodu po jedzenie i ubrania. Nie bał się zostawić mnie samej z nimi w lesie. Ani ja się tego nie bałam. Mimo że było to dziesięciu młodych mężczyzn, czyli idealny przykład tego, kim straszy nas nasz rząd, sugerując, że to gwałciciele
– opowiada jedna z bohaterek materiału.
Dziesięciu młodych mężczyzn, bez kobiet, bez dzieci? Czyli odwrotność tego, co chcą pokazać służby Łukaszenki, polskie media antyrządowe i sami migranci na licznych filmach publikowanych w internecie. Choć to akurat ma mniejsze znaczenie. Każdy z tych przybyszów z punktu widzenia prawa i bezpieczeństwa naszego państwa oraz całej Unii Europejskiej jest agresorem, który – płacąc olbrzymie pieniądze – nielegalnie wdarł się do Polski. Jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało, są amunicją w wojnie Łukaszenki i Putina, którą ci dwaj wypowiedzieli Europie. Jednak część polskojęzycznych mediów próbuje przekonać, że każdy z nich to tylko bezbronna ofiara, której należy się wszelka pomoc. Należy jej wybaczyć, że w desperacji sforsowała polskie zasieki, i otoczyć wszechstronną opieką.
Na granicę
Na zupełnie nowy poziom wyniosły narrację o kryzysie na granicy byłe pierwsze damy, które z większą grupą pojawiły się w Michałowie na happeningu „Matki na granicy”.
Przyjechałam tu dlatego, że władza nie tylko nic nie robi, ale też nie pozwala pomagać
– mówiła Anna Komorowska.
Miejsce dzieci nie jest w lesie. […] Musimy dać wyraz naszemu człowieczeństwu. Musimy powiedzieć, że sprzeciwiamy się tej władzy, która nie widzi ludzi w ludziach, którzy szukają dla siebie lepszego życia
– dodała Jolanta Kwaśniewska. Takie słowa padły, mimo iż panie wzięły wcześniej udział w spotkaniu, na które zaprosili je funkcjonariusze Straży Granicznej z ośrodka pomocowego w Michałowie. Wydawało się, że zrozumiały trud pracy na tak newralgicznym odcinku. Niestety, chyba przyjechały z klarownym planem atakowania PiS, postanowiły więc później, przed kamerami, bronić swoich tez wbrew faktom. Towarzyszyli im m.in. poseł KO Franciszek Sterczewski, który zasłynął z bezmyślnego rajdu w stronę granicy, oraz Paweł Wrabec, aktywista Obywateli RP, były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i tygodnika „Polityka”, którego kilka dni później policja zatrzymała, gdy przewoził swoim samochodem dwóch imigrantów z rejonu granicy do Warszawy.
To wszystko miało cechy pewnego spektaklu, na który tylko czekają białoruskie media. Happening Komorowskiej i Kwaśniewskiej został natychmiast wykorzystany przez propagandę Łukaszenki. Ważnym elementem wieczornego programu „Panorama” w TVR jest „autorska opinia”, którą jedna z dziennikarek przedstawia w lżejszej, czasem wręcz prześmiewczej formie. Bawi redaktorkę sugestia, że to białoruskie władze przerzucają imigrantów na granicę, by wywołać kryzys na Zachodzie. A jeszcze „śmieszniejsze” jest to, że ten silny Zachód nie radzi sobie z przestrzeganiem prawa imigracyjnego i łamie wszelkie konwencje. Na szczęście – to już jest na poważnie – „zagrożenie dla życia ludzkiego widzą niektórzy Polacy”. Jako przykład postawy, która ma dać nadzieję, że jako ludzie nie jesteśmy całkiem zobojętniali, pokazywany jest happening „Matki na granicy” z udziałem pierwszych dam. Do takiej „informacji” potrzebna jest jeszcze puenta, oto ona:
Nasi zachodni sąsiedzi znają międzynarodowe prawo, ale polska władza go nie przestrzega.
.
Już kilka tygodni temu było jasne, że będziemy mieć do czynienia z nowym elementem wojny hybrydowej: wskazywania na cierpienie migrantów
– mówi nam Kamil Basaj, ekspert ds. bezpieczeństwa, prezes Fundacji Info OPS Polska.
Uciekają się do empatii, bo ma ona bardzo silny potencjał wywoływania emocji i reakcji społecznej. A skoro jest w Polsce grupa odbiorców podatna na tego typu przekaz, to przeciwnik z tego korzysta.
Podobnie jak z różnorakich protestów organizowanych nie tylko w Michałowie, lecz również przed komendami Straży Granicznej.
.
Jak to jest, że tylu ludzi postanowiło naciskać na polski rząd, jako rzekomo odpowiedzialny za sytuację na granicy, a dotychczas nikomu nie przyszło do głowy, by pójść przed ambasadę Białorusi? To miałoby merytoryczne uzasadnienie. Przecież to tam są odpowiedzialni za tę agresję!
– słyszymy od zirytowanego funkcjonariusza SG.
Media w Mińsku wychwytują zresztą wszelkie informacje, które mają pokazać, że u nich jest dobrze, a wszędzie wokół niezbyt. Że Białoruś to prawo, a Zachód – bezprawie. Nie dziwimy się więc, że odnotowano nałożenie na Polskę kary, którą mamy płacić za niezlikwidowanie spornej Izby Dyscyplinarnej SN, ale sposób, w jaki to się stało, zasługuje na odnotowanie:
Warszawa będzie płacić Brukseli 30 mln miesięcznie, dopóki nie ustąpi albo nie wyjdzie z Unii Europejskiej!
Jak widać, praca naszych rodzimych żurnalistów nad ugruntowaniem pojęcia polexitu daje nieoczekiwane plony u sąsiadów zza wschodniej granicy.
Polskie inspiracje
W ostatnich wydaniach białoruskiej „Panoramy” temat kryzysu na granicy pojawia się nieco rzadziej, ale gdy jest pretekst, zawsze montowany jest doskonały w formie dezinformacyjny show. Ważny jest ton głosu prezentera, niestandardowa formuła przekazania newsa,ładne dla oka opakowanie kwestii, na które widz ma zwrócić uwagę. Dowiadujemy się więc np. o niepokojachna granicy z Litwą, ale najwyraźniej podkreślona jest wypowiedź szefa tamtejszego MON, że „litewscy żołnierze nie zawahaliby się użyć broni”, gdyby doszło do incydentu podobnego jak w Polsce, gdzie podczas szturmu imigrantów rannych zostało dwóch żołnierzy. Widz ma poczuć zagrożenie płynące z Zachodu.
Gdy jest mowa o „szturmie na polską granicę”, to za chwilę dowiadujemy się, że powodem była tak naprawdę „bezczynność europejskich urzędników”, która doprowadza do „nieludzkiego traktowania uchodźców”. Prezenter tłumaczy, że w takim momencie nie da się utrzymać nerwów na wodzy i to dlatego „grupa ok. 70 osób uzbrojonych w pałki i kamienie postanowiła w weekend przerwać tymczasowe graniczne zasieki”. I dalej:
Polski reżim sprowadził na granicę wojsko i policję, co jeszcze bardziej rozsierdziło koczujących tam ludzi
Podsumowanie:
400 mln dol., które Polacy chcą wydać na ogrodzenie granicy, można by przeznaczyć na realną pomoc
Czyż to nie przekaz płynący wprost także z polskich mediów wspierających opozycję?
„Polskich” inspiracji w białoruskich mediach jest zresztą zdecydowanie więcej. Oglądając „Panoramę” TVR tylko z jednego tygodnia, szeroko otwieraliśmy oczy. Propagandyści Łukaszenki nawet nie muszą się wysilać, mając w Polsce do czynienia z redakcjami, których przekaz jest w zasadzie tożsamy z mediami państwowymi w Mińsku. A nawet go wzmacniają. Tak było z opublikowanym w Onecie wywiadem z Agnès Callamard, sekretarz generalną Amnesty International:
ONZ powinien zażądać śledztwa, a Światowy Program Żywnościowy powinien interweniować i zapewnić pomoc humanitarną ludziom na polskiej granicy
Białorusini z pasją te słowa odnotowali:
Nawet zachodni urzędnicy przyznają, że w Polsce łamane są prawa dotyczące uchodźców
a na pasku na dole strony już bez ogródek: „Polska popycha ludzi do śmierci”.
Niektóre przekazy medialne są wręcz szokujące. Mamy do czynienia z wykorzystywaniem produktów medialnych do tego, by wywrzeć presję na Polskę, aby się zgodziła na nowy szlak migracyjny
– mówi kolejny z ekspertów, z którym rozmawiamy.
Szlak migracyjny stworzony przez Łukaszenkę to polityczna zemsta na UE, w szczególności na Polsce, Litwie i Łotwie. Migranci przybywają do BLR legalnie, a za ich los odpowiadają władze w Mińsku
– oświadczył na Twitterze Stanisław Żaryn, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego KPRM.
Śmierć w lesie
Śledząc media polskie i białoruskie, czasem trudno się zorientować, które są redagowane w Warszawie, a które w Mińsku. Portal OKO.press opublikował rozmowę z Judith (imię zmieniono), 29-letnią Kongijką, która miała poronić na polsko- -białoruskiej granicy. „Żołnierze i polscy i białoruscy traktowali nas jak zwierzęta” – brzmi cytowana wypowiedź. Od działających w tej okolicy wolontariuszy OKO.press dowiedziało się, że kobieta w trzecim miesiącu ciąży została „jak worek ze śmieciami” przerzucona nad drutami na stronę białoruską. W wyniku tego miała stracić dziecko. Nie wszystko w tej historii układa się w logiczną całość, bo – jak podaje „Gazeta Wyborcza” – owa Judith miała w końcu trafić do Francji.
Bliźniaczą historię opowiedzieli nam dziennikarze telewizyjnego kanału białoruskiego TVR.
Nie pierwszy raz opowiadamy o starciach polskich służb z uchodźcami. Tym razem Polacy przeszli samych siebie. Odnaleziona w lesie kobieta straciła dziecko
– zapowiada prezenterka. Historia w tym wydaniu wygląda następująco: białoruscy pogranicznicy odnajdują w lesie grupę migrantów (wszystko jest filmowane przez GPK – Państwowy Komitet Graniczny), wśród nich jest kobieta, która miała dobę wcześniej poronić. Na pasku napis:
Nieludzka okrutność – pobita przez polskie służby kobieta poroniła
Miała prosić Polaków o azyl, ale podobno została wywieziona na granicę, pobita „przez człowieka, który miał gwiazdę na pagonach” (kilka razy uderzona w brzuch) i wypchnięta na Białoruś.
Z innej białoruskiej stacji CTV dowiadujemy się, że chodzi o imigrantkę z Iraku, której w szpitalu towarzyszy 17-letni syn. Teraz, gdy już opiekują się nimi białoruskie władze, Shilan Mustapha może spokojnie opowiedzieć o bestialstwie „tego Polaka, u którego widzieli gwiazdy na pagonach munduru”.
Byliśmy dużą grupą, otoczyli nas. Krzyczeli: »Wracajcie do domu, nie możecie tu zostać, nie macie wizy!«
– relacjonuje kobieta.
Było ciemno, ale widziałem tego oficera, który kilka razy uderzył mamę. Źle mu patrzyło z oczu
– dodaje syn pacjentki. Historia podana jest tak, że w emocjach niewielu pewnie będzie się zastanawiać nad jej prawdziwością. Widzowie nie będą też pewnie pytać, skąd ci ludzie wzięli się w przygranicznym lesie.
Mamy świadomość, że Łukaszenka specjalnie kieruje na naszą granicę w ostatnich tygodniach rodziny z dziećmi czy kobiety w zaawansowanej ciąży, właśnie licząc na to, że te obrazki medialne wywrą psychologiczną presję
– mówi współpracujący z rządem specjalista ds. strategii obronnej.
Polski rezonans
Bardzo łatwo znaleźć podobny ton w „Faktach” TVN. Prowadzący zapowiada materiał o senackiej dyskusji nad budową trwałej zapory granicznej, ale dziennikarka gra na zupełnie innych emocjach.
Te obrazy wycieńczonych ludzi pokazujemy, by o nich nie zapominać i nie zobojętnieć na ich cierpienie
– mówi Katarzyna Kolenda-Zaleska. Potem słychać głos człowieka siedzącego tyłem:
Nie chcemy wracać do Iraku, jeśli tam wrócimy, zabiją nas
Narracja jest taka, że polska straż graniczna wywozi bezbronnych ludzi w nieznane miejsca. Pada sugestia, że po udzieleniu pierwszej pomocy są z powrotem przerzucani na stronę białoruską. I wreszcie temat główny – debata w izbie wyższej parlamentu. I mnożone przez senatorów opozycji wątpliwości: czy nie za szybko, czy nie za drogo, czy w zgodzie z przepisami budowlanymi.
Co jest istotniejsze, stosowanie ścisłe prawa budowlanego czy bezpieczeństwo państwa? Wybieramy bezpieczeństwo państwa. I bezpieczeństwo Europy
– próbuje tłumaczyć Maciej Wąsik, wiceszef MSWiA. Opozycja niby rozumie, ale argumentów nie przyjmuje. Ta przepychanka zamyka się łzawą klamrą. Słyszymy, że „na bagnach w strefie stanu wyjątkowego znów znaleziono ludzi. Pomogli im ludzie, tyle, ile mogli”.
Znów zastanawiająco zgodne polsko-białoruskie współbrzmienie.
To, co jest niepokojące z perspektywy bezpieczeństwa naszej przestrzeni informacyjnej, to posługiwanie się materiałami służb białoruskich przy pełnej wiedzy, że to dezinformacja Łukaszenki
– recenzuje działanie niektórych polskich mediów Kamil Basaj.
Miesiąc temu w TVN24 wyemitowano wywiad z Aleksandarem Łukaszenką przeprowadzony przez dziennikarza CNN. Dyktator stwierdził w nim, że „informacje polskich władz na temat migrantów są nieprawdą”. A oskarżenie Białorusi o przerzut uchodźców na granicę nazwał „szaleństwem”. Bez słowa sprzeciwu. Niejednokrotnie w tej stacji pokazywano też nagrania wykonane przez GPK. Często ich bohaterami są polscy żołnierze i funkcjonariusze Straży Granicznej, kontekst, co zrozumiałe, zawsze jest negatywny. Gdy pojawiła się krytyka, że to transmitowanie wrogiej propagandy, usłyszeliśmy tłumaczenie, że winny jest temu rząd PiS, który zakazał polskim dziennikarzom wstępu na teren przygraniczny, więc własnych nagrań po prostu nie ma. Wyjaśnijmy, dziennikarze nie mają tam wstępu, bo takie są restrykcje stanu wyjątkowego, ale zakaz dotyczy również innych obywateli, którzy nie są tam zameldowani.
Podobnymi kwestiami zasłaniała się też „GW”, która na końcu jednego z artykułów dodała wręcz, że „po raz kolejny przekazuje informację na podstawie relacji propagandy Łukaszenki, ponieważ wprowadzony przez rząd RP stan wyjątkowy na całej długości granicy Polski z Białorusią wyklucza działalność mediów”. Zanim jednak czytelnik dotarł do tego osobliwego oświadczenia, musiał przebrnąć przez opowieści „o pobitych przez polskich pograniczników Syryjczykach” czy też „uratowanych przez Białorusinów uchodźcach, którzy byli na skraju wyczerpania”, a których „wypchnięto z Polski”.
Szturm na żywo
Już nikt nie ma wątpliwości, że operacja jest precyzyjnie prowadzona przez służby Białorusi. Na nagraniach z prób forsowania granicy coraz częściej widać pomocną dłoń bezpieczniaków Łukaszenki. Jak na filmie z zeszłego tygodnia, na którym widzimy grupę ok. 20 migrantów doprowadzonych przez białoruskich funkcjonariuszy do zasieków na granicy z Polską. W tym miejscu ogrodzenie jest przerwane. Po naszej stronie około 10 żołnierzy. Migranci skandują: „Freedom” (tłum. „wolność”), a kilka metrów za nimi kilku umundurowanych Białorusinów spokojnie przypatrujących się, jak Polacy sobie z tą sytuacją poradzą.
Kolejne nagranie, z poprzedniej niedzieli. Doskonale już znane, bo pokazujące zajścia, w których wyniku rany odnieśli polscy mundurowi. To szturm w wykonaniu kilkudziesięcioosobowych grup.
Cudzoziemcy używali kijów i rzucali kamieniami w funkcjonariuszy Straży Granicznej i żołnierzy Wojska Polskiego. Jeden z żołnierzy został uderzony przez cudzoziemca gałęzią w twarz, a drugi kamieniem w twarz. Obaj musieli zostać przewiezieni do szpitala w Białymstoku. […] Wśród osób forsujących granicę funkcjonariusze rozpoznali białoruskich żołnierzy w cywilnych ubraniach, którzy m.in. nożycami cięli concertinę
– relacjonowała później rzecznik SG ppor. Anna Michalska.
I jeszcze jedno, na którym widać, że już nie pod osłoną nocy, już bez drabin dostarczonych przez białoruskich pograniczników, ale w biały dzień, na oczach naszych służb migranci próbują forsować płot z drutem kolczastym. Za pomocą potężnych gałęzi niszczą barierę. Nic sobie nie robią z obecności polskiego wojska.
24 października. Na facebookową grupę dla migrantów chcących przez Białoruś dostać się do Unii Europejskiej ktoś wstawia film z granicy z ironicznym komentarzem: „Spójrzcie na miłosierdzie polskich żołnierzy”. Nagranie spod płotu na granicy. Po polskiej stronie strażnicy i żołnierze ostrzegający, by nie forsować zasieków. W tle nadawane z głośników komunikaty dla przybyszów. Po białoruskiej – grupa migrantów. Jeden z nich po angielsku mówi do kamery:
Chcieliśmy się dostać do Polski, ale nie chcą nas wpuścić. […] Jest bardzo zimno i pada deszcz, nie możemy rozpalić ogniska. Są z nami dzieci. Rano będą martwe, naprawdę. Potrzebujemy pomocy. Moja żona jest chora
Wskazuje na polskich mundurowych:
Powiedzieli nam, że jeśli przejdę na polską stronę, to mnie uderzą albo zabiją. Naprawdę! […] Idę do Polski, może do Niemiec, może gdzieś indziej, by mieć dobre życie. Dlatego opuściłem mój kraj. Potrzebuję lepszego życia
Na tej internetowej grupie relacje z granicy przeplatają się z ofertami uzyskania białoruskiej wizy turystycznej, z udostępnianymi kontaktami do pośredników i poradami dla wybierających się do Mińska. „Turyści” pytają, co można zabrać do jedzenia, jak wyposażyć się do forsowania granicy i przeprawy przez polskie lasy. Ktoś wstawia wpis z informacjami o tym, co czeka uchodźców w Niemczech. Łamaną angielszczyzną wyjaśnia, że po przyjeździe trafia się na dwa miesiące do obozu dla uchodźców, a później to już sielanka: miesięcznie zasiłek w wysokości 327 euro na osobę dorosłą i 190 euro na dziecko. Plus pomoc w znalezieniu pracy, mieszkania. Eldorado.
Hańba polityków
Jesteście bezwzględni i brutalni, chwilami nieludzcy wobec tych rodzin i tych matek z małymi dziećmi
– mówił w czasie senackiej debaty nad budową profesjonalnej bariery granicznej Marcin Bosacki z PO, kiedyś rzecznik MSZ i ambasador RP w Kanadzie. Wzywał do odrzucenia ustawy, twierdząc, że „ten absurdalny mur” posłuży do malwersacji i marnotrawstwa publicznych pieniędzy. Wystąpienie jakby na zamówienie Łukaszenki. A przecież chyba to nie białoruski satrapa poprosił Bosackiego i jego kolegów o taką postawę, lecz… Donald Tusk. Szef PO już 13 października stwierdził: „Oni udają, że zbudują wielki mur, a tak naprawdę chcą zrobić wielki wał”.
Jako jeden z pierwszych w narrację o krzywdzeniu dzieci przez polskie władze wszedł Szymon Hołownia. Jeszcze we wrześniu pisał na Twitterze:
Chrzanić sondaże i propagandę. Dzisiaj nasze serca, głowy i ręce powinny zgodnie twierdzić i pokazywać, że nie będzie żadnej Rzeczpospolitej, jeśli będziemy traktować dzieci jak worki ze śmieciami. To, co dzisiaj widzimy, jest podkopywaniem istoty tego, kim jesteśmy jako naród
Niemal w tym samym tonie od początku kryzysu na granicy wypowiadają się politycy Lewicy. To ich reprezentantka, wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka, jako jedna z pierwszych osób z politycznej pierwszej ligi udała się na wschód, by za pomocą legitymacji parlamentarnej przedrzeć się przez kordon strażników i dotrzeć na białoruską stronę w Usnarzu.
W obronie granic przed agresją Łukaszenki obóz władzy może za to liczyć na Konfederację i PSL. Te ugrupowania poparły budowę solidnej bariery. Choć niektórzy ludowcy tłumaczyli to kuriozalnie, niekoniecznie kierując się bezpieczeństwem państwa. „Tego oczekują nasi wyborcy” – szczerze przyznał wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski.
Niestety możemy tylko pomarzyć o sytuacji, w której cały nasz establishment orientuje się, czego oczekuje od niego Polska, a czego Łukaszenka.
Również na szczeblu międzynarodowym polski rząd otrzymuje coraz mocniejsze wsparcie – by wspomnieć choćby o konkluzjach ostatniego szczytu Rady Europejskiej czy wypowiedziach Jensa Stoltenberga po szczycie NATO. Nawet Manfred Weber, szef frakcji Europejskiej Partii Ludowej (której przewodzi Tusk) w europarlamencie, uważa, że UE powinna pokryć koszty budowy barier na wschodniej flance wspólnoty:
EPL w Parlamencie Europejskim bardzo trudno jest zrozumieć, dlaczego UE nie może sfinansować fizycznego ogrodzenia na granicy z Białorusią […] Toczy się wojna hybrydowa, nie powinniśmy być naiwni. To kwestia obrony i upewnienia się, że to my decydujemy, komu wolno wjechać do Europy, a nie dyktatorowi Łukaszence
– mówił w rozmowie z serwisem Politico.
Co będzie dalej? Jak zachowa się polska opozycja, gdy wschodni dyktator zrobi kolejny krok? Były białoruski dyplomata Paweł Łatuszka mówił niedawno:
Następnym etapem konfliktu na granicy, który sztucznie będzie stworzony przez władze reżimowe, może być wykorzystanie broni palnej. Już są takie przykłady, mówiło się o padających strzałach. Nasze źródła podają, że wraz z Afgańczykami tego typu prowokacje są przewidziane na większą skalę
Jeśli ze strony białoruskiej padną strzały, czy w polskim parlamencie ktoś też przypisze za to winę naszemu rządowi? Czy nadejdzie otrzeźwienie? Mało realne. Niestety możemy tylko pomarzyć o sytuacji, w której cały nasz establishment orientuje się, czego oczekuje od niego Polska, a czego Łukaszenka. Wciąż dla sporej części naszych opozycyjnych polityków najważniejszym zadaniem jest odebranie władzy PiS. Interes polityczny swojej formacji stawiają więc ponad interesem państwa.
Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
