Prezydenta często atakowali ci, których dziadowie witali bolszewikówJANECKI: 17 września prezydenta Nawrockiego często atakowali ci, których dziadowie witali bolszewików kwiatami w 1920 i 1939 r. i podpisywali Volkslisty

Przy okazji 87. rocznicy napaści Sowietów na Polskę powstała nowa forma politycznej aktywności: shitstorm historyczno-moralizatorski. Coś między horrorem a farsą, z dużym udziałem groteski.
W polityce III RP bardzo często dochodziło (i nadal dochodzi) do zdarzeń i wypowiedzi jakby żywcem wyjętych z filmów Stanisława Barei, szczególnie z „Misia”. Nigdy nie brakowało w niej też tego, co w piosence Jana Kaczmarka tworzy „historie porno-brutalne, co krew ścinają i jeżą włos”. Najczęściej chodzi o zwyczajne wygłupy, często „złote myśli z bakelitu”, czasem głupkowate w wyrazie przypadki, a czasem wyreżyserowane happeningi, choć zwykle nieudane. A 17 września 2026 r. dołączył do tych form shitstorm (pomińmy polskie tłumaczenie) historyczno-moralizatorski. Coś między horrorem a farsą, z dużym udziałem groteski.
Prezydent Karol Nawrocki 17 września 2026 r. przemówił we Włodawie w związku z 87. rocznicą napaści Sowietów na Polskę. I stwierdził: „Nie było szansy, aby po 17 września 1939 roku, gdy do jednego diabła – niemieckiego Hitlera – dołączył drugi diabeł - sowiecki Stalin - obronić Rzeczpospolitą Polską. Te dwa diabły miały taki sam cel: Polska ma zostać zgnieciona, zniszczona, wymazana z mapy Europy i z mapy świata. Różniły się tym, jak pisał marszałek Edward Rydz-Śmigły, że jedni - Niemcy - chcieli zabrać nam ciało, a Sowieci chcieli zabrać nam duszę. Hitler i Stalin pogubili się w jednym. Chcieli, żeby Polski nie było. Myśleli, że Polska zginie i przestanie istnieć. Ale zapomnieli o tym, że my, Polacy, jesteśmy narodem, który może utracić swoje terytorium nawet na 123 lata, albo na sześć kolejnych lat, ale jesteśmy narodem, który nigdy nie odda swojej duszy”.
Cytując dokładnie prezydenta nie dałoby się zrobić shitstormu historyczno-moralizatorskiego, ale dało się po krótkim wpisie kancelarii głowy państwa na platformie X:
Jesteśmy narodem, który może utracić terytorium, ale nigdy nie stracimy duszy; możemy oddać terytorium, ale nigdy nie oddamy naszej Ojczyzny.
Takich wpisów nie zamieszcza oczywiście sam prezydent Nawrocki, a jego autentyczne słowa można było znaleźć w kilkadziesiąt sekund. I wtedy można by się odnosić do głowy państwa, a właściwie nie można by, bowiem są tam historyczne 123 lata rozbioru polskiego terytorium i 6 lat niemieckiej (przez pewien czas także sowieckiej) okupacji ziem Rzeczypospolitej, czyli niepodważalne fakty. Tylko po co sięgać do oryginału, skoro pojawił się wymarzony skrót. Oryginał nie stwarzał najmniejszego pretekstu do shitstormu i atakowania samego prezydenta, wpis kancelarii na X podziałał jak swego czasu „kolorowa” stewardesa Jana Kulczyka na Radosława Sikorskiego.
Prawie natychmiast zaczął się kompletny odwrót od rozumu (o ile miał od czego) oraz popisy bolszewicko-goebbelsowskiej retoryki. Zaczął, a jakże, premier Donald Tusk:
Panie Prezydencie, proponuję skasować ten wpis. Nie zamierzamy oddać ani skrawka naszego terytorium.
Dołączył wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz:
Zwierzchnik Sił Zbrojnych powinien mówić przeciwnikowi, czego będziemy bronić, a nie co możemy oddać. Naszym obowiązkiem jest bronić każdego centymetra Polski.
Wysilił się też minister koordynator tajnych służb Tomasz Siemoniak:
Nie możemy oddać terytorium!
A minister sprawiedliwości Waldemar Żurek wyciągnął swoje ulubione narzędzie, czyli młot, w którego trzonek powbijano gwoździe tylko odwrotnie:
Czytam o „oddawaniu terytorium” i profilaktycznie odkurzam art. 131 Konstytucji RP. Jeśli głowa państwa publicznie deklaruje gotowość oddania kawałka Polski, to obywatelom należy się jasność: czy to skrajna głupota, czy stan opisany w pkt 4 ustępu 2 tj. trwała niezdolność do sprawowania urzędu?
Dołączyły jeszcze różne Szłapki, Myrchy, Biedronie, żeby strumień tego, co w shitstormie najważniejsze miał także ich lokalny koloryt.
Po festiwalu głupoty, wredoty, ciemnoty i wścieklizny ze strony rządzących posypały się repliki, które dla przebiegu shitstormu historyczno-moralizatorskiego nie miały już znaczenia. Ale bywały barwne. Tuskowi odpowiedział Karol Nawrocki:
Panie Premierze, historyku, dziś jest 17 września... Ważna rocznica. Warto wiedzieć: 87 lat temu straciliśmy terytorium, ale nie straciliśmy Ojczyzny. A swoją drogą, zamiast recenzowania i surfowania w internecie, polecam jak najszybciej pochylić się nad moją ustawą o obniżeniu cen paliw - Polacy czekają. Proponuję skasować ceny paliw ;).
Na popis Żurka zareagował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz:
Jest Pan kompletnym ignorantem. Nie zna Pan nie tylko prawa ale także historii. Dziś 17 września - 87. rocznica sowieckiej napaści na Polskę. O tym jest ten wpis Panie Dyletancie.
Byłoby pół biedy, gdyby strumień shitstormu wzmacniali tylko ci, którzy bronili planu Warta (z 2011 r., a więc dojrzałej fazy rządów Tuska), gdzie praktycznie bez walki oddano by neosowietom pół Polski (do linii Wisły i Wieprza). Cała bieda jest w tym, że wielu polityków i komentatorów, którzy włożyli całą zawartość swoich jelit w shitstorm historyczno-moralizatorski z 17 września 2026 r. to ideowi pobratymcy albo wprost rodzinnie powiązani z tymi obywatelami II Rzeczypospolitej, którzy w lipcu i sierpniu 1920 r. witali bolszewików kwiatami i wódką oraz stawiali na ich cześć ukwiecone bramy powitalne. Bywa też, że są oni powiązani, również rodzinnie, z tymi, którzy we wrześniu 1939 r. kwiatami, wódką i stawiając bramy powitalne gorąco przyjmowali czerwonoarmistów oraz bandytów z NKWD i politruków z kompartii, często rzucając się im na szyje.
Prezydenta Karola Nawrockiego zaatakowali także ci, którzy wzruszali się na otwartej 12 lipca 2025 r. wystawie „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Kwiląc nad losem „naszych chłopców” nie wspomniano, że jednak 5-10 proc. tych, którzy mieli trafić głównie do Wehrmachtu, odmówiło podpisania Volkslisty, co było podstawą wcielenia. Na Pomorzu Gdańskim (Reichsgau Danzig-Westpreußen) szacuje się, że ok. 1,5 mln osób podlegało wpisaniu na Volkslistę. Większość Polaków była zaliczana do kategorii III (osoby uznane za „możliwe do zniemczenia”) lub IV („odszczepieńcy”, czyli osoby o polskiej tożsamości, ale z niemieckimi korzeniami). W tym regionie podczas II wojny światowej działały organizacje podziemne, takie jak Tajna Organizacja Wojskowa „Gryf Pomorski”, które zachęcały do oporu, co wpływało na decyzje odmawiających podpisania Volkslisty, a potem służby w Wehrmachcie.
Potomkowie lub ideowi dziedzice zdrajców wysługujących się Sowietom są teraz w pierwszym szeregu bojowników z Putinem i nowym wcieleniem Armii Czerwonej. W gębie nimi są, bo gdyby przyszło do prawdziwego testu odwagi i patriotyzmu, mogłyby być znowu kwiaty, wódka i bramy powitalne. A ci, którzy kwilili nad losem „naszych chłopców” nie widzą żadnego niebezpieczeństwa w tym, że to Niemcy mieliby zastąpić Amerykanów w roli gwaranta bezpieczeństwa Polski i całej Europy Środkowo-Wschodniej (ewentualnie na spółkę z Ukrainą).
