Prezydenckie dywagacje i domysły. Jesień 2023 r. przesądziPrezydenckie dywagacje i domysły. "Jesień 2023 r. przesądzi o poważnych kandydaturach prezydenckich w roku 2025"

Jeśli PiS utrzyma władzę w roku 2023, to przynajmniej jedna kluczowa kandydatura prezydencka spadnie z porządku dziennego polskiej polityki. Idzie rzecz jasna o Donalda Tuska.
O tym, kto stanie do wyścigu o prezydenturę w 2025 r., przesądzą zdarzenia z jesieni roku 2023.
Andrzej Duda optymalnie wpisał się w ustrojowy model polskiej prezydentury. Ani nie próbował (przynajmniej jak dotąd) wyskoczyć z dość ciasnego konstytucyjnego garnituru, uszytego swego czasu dla polskiej głowy państwa, ani też nie siedział z założonym rękami pod pałacowym żyrandolem, kiedy kraj ogarniały najpoważniejsze polityczne kryzysy. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że w wolnej Polsce to pierwszy prezydent, który z taką roztropnością i powściągliwością rozumie sens urzędu głowy państwa i swoją na nim rolę. Dzięki temu Duda nie zwykł był sypać piasku w szprychy kolejnym premierom, co robili wszyscy jego poprzednicy, z reguły z opłakanymi skutkami dla kraju. Ale też gdy np. latem 2017 r. Polskę ogarnęła największa w nowych dziejach fala antyrządowych protestów, zręcznie zagrał podwójnym wetem, aby tym sposobem zyskać jakie takie uspokojenie nastrojów.
Na co dzień zaś robił (i robi cały czas) to, co jest przecież kwintesencją roli prezydenta w warunkach polskiego semikancleryzmu: jeździ po Polsce i wygłasza setki przemówień patriotycznych, dobranych na każdy teren, do każdej publiczności i na każdą okazję. Niewykluczone, że w tych przemówieniach może się czasem już stawać monotonny, ale konia z rzędem temu, kto przez dziesięć lat (czyli dwie kadencje) potrafi średnio dwa razy w tygodniu palnąć kolejną oryginalną i ciekawą mowę patriotyczną. W końcu nawet w przypadku Peryklesa historia odnotowała tylko jedną wielką mowę na temat sensu demokracji ateńskiej i tylko dlatego może ona od dwu i pół tysiąca lat być punktem odniesienia dla tego gatunku polityczno-literackiego.
Decydująca będzie jesień 2023
Druga kadencja prezydencka się tak naprawdę dopiero zaczęła, a przed Dudą jeszcze szmat czasu w Pałacu Namiestnikowskim. Całkiem niewykluczone, że w ciągu ostatniego roku urzędowania zdąży nawet jeszcze powtórnie gościć zaprzyjaźnionego prezydenta Trumpa, jeśli ów faktycznie wróci do Białego Domu za trzy lata.
Dziś trudno dywagować, jak będą wyglądać dwa ostatnie lata prezydentury Dudy. A może się to okazać czas politycznie wyjątkowo ciekawy, jeśliby jesienią 2023 r. władzę w kraju przejęła centrolewicowa koalicja skonstruowana przez Tuska. Obecny prezydent musiałby bowiem w takich okolicznościach całkiem na nowo zdefiniować sens swojego sprawowania urzędu, musząc zapewne odstąpić od obecnego „nieprzeszkadzającego” schematu działania i wchodząc w rolę ostatniego obrońcy politycznej spuścizny PiS. To, jak potrafiłby się odnaleźć w tej nowej dla siebie roli oraz na ile potrafiłby ocalić dotychczasowy, dość elegancki styl prezydentury, mogłoby się okazać decydujące dla dalszego biegu zdarzeń politycznych w Polsce, w tym również dla wyniku następnej elekcji prezydenckiej.
Jednak niezależnie od tego, co w Polsce zdarzy się jesienią 2023 r., to i tak te właśnie zdarzenia przesądzą o poważnych kandydaturach prezydenckich w roku 2025 i o samym klimacie politycznym w Polsce, tak istotnym zawsze dla wyborczego rozstrzygnięcia prezydenckiego.
Szanse Tuska i Morawieckiego
Jeśli PiS utrzyma władzę w roku 2023, to przynajmniej jedna kluczowa kandydatura prezydencka spadnie z porządku dziennego polskiej polityki. Idzie rzecz jasna o Donalda Tuska, który złożył wprawdzie solenne zapewnienia, iż więcej na urząd głowy państwa kandydować nie zamierza, ale w przypadku tego polityka każdy rozumie, że znaczy to tyle, iż to właśnie jest jego skrywany przed opinią cel i pomysł na samego siebie. Tak stanowczo Tusk zwykł zaprzeczać wyłącznie swym najprawdziwszym intencjom. Tak zresztą jak to czynił wtedy, gdy jako premier zaręczał, iż nie wybiera się do Brukseli, a cała Polska (wraz z Platformą Obywatelską i samym zainteresowanym) była święcie przekonana, iż toczy w Unii bój o jak najwyższą posadę dla Radka Sikorskiego. Wiadomo, że jedyną legitymacją Tuska w polskiej polityce po jego powrocie do kraju jest plan odsunięcia PiS od władzy najpóźniej w roku 2023. Jeśli ten plan okaże się fiaskiem, to Tusk nie ma czego dalej szukać w polskiej polityce. A już z pewnością nie byłby nawet w własnej partii uznany za legitymizowanego kandydata prezydenckiego.
Wybory parlamentarne przyniosą też odpowiedź na pytanie o innego poważnego kandydata do prezydentury – Morawieckiego. Ów znalazł się bowiem teraz w sytuacji niemal symetrycznej względem Tuska. Dziś jest już prawie oczywiste, iż to Morawiecki ma poprowadzić prawicę w wyborach 2023 r., więc też on poniesie polityczną odpowiedzialność za utrzymanie albo utratę władzy. Tylko jakaś nadzwyczajna katastrofa polityczna mogłaby go pozbawić tej istotnej, ale i trudnej roli.
Jeśli rządy znajdą się po wyborach w rękach centrolewu, to Morawiecki ani nie utrzyma pozycji partyjnego „księcia Walii”, dającej mu prawo następstwa po Jarosławie Kaczyńskim, ani tym bardziej nigdy nie otrzyma nominacji prezydenckiej. Jego kandydatura może się okazać natomiast nie tylko realna, ale i całkiem silna, jeśli uda mu się ocalić rządy prawicy w wyborach parlamentarnych. Najprawdopodobniej stanąłby wówczas po raz trzeci na czele rządu, ale całkiem możliwe, iż tylko na krótko. Zapewne silny byłby bowiem w takich warunkach nacisk pisowskich baronów, aby Morawieckiego odsunąć od partii, otwierając na nowo wolną grę o partyjną schedę po Kaczyńskim. Kandydatura zwycięskiego premiera pozwalałaby nie tylko na osiągnięcie takiego skutku, ale zarazem broniłaby się znakomicie w oczach opinii publicznej i niższego aparatu partyjnego. Niewykluczone, że rola coraz wyraźniej starzejącego się Kaczyńskiego w tych personalnych układankach mogłaby się okazać nikła, a w każdym razie już wcale niedecydująca.
W planie są i panie
W pisowskiej rezerwie pozostają dwie damy, wokół rywalizacji których tabloidy wznieciły właśnie debatę o przyszłych kandydaturach prezydenckich: Beata Szydło i Elżbieta Witek. Niegdyś ze sobą sprzymierzone, a nawet działające w ścisłym tandemie w okresie premierostwa Szydło, dziś obie, chyba także pod wpływem mediów, widzą się już oczyma duszy przy biurku w Pałacu Namiestnikowskim. Personalne przyjaźnie są w polityce skrajnie nietrwałe, a już zwłaszcza pomiędzy rywalizującym polityczkami. Dziś rozsądnie jest domniemywać, iż gdyby nadal decyzja (jak zawsze dotąd) zależała wyłącznie od dyskrecjonalnej woli Kaczyńskiego, to jego wybór raczej powinien paść na obecną marszałek Sejmu.
Raz dlatego, że Kaczyński skrajnie kiedyś upokorzył Szydło, a żelazne prawo polityki powiada, iż jeśli kogoś upokorzyłeś, to nie wolno ci dać mu drugiej szansy, z pewnością bowiem weźmie odwet. Dwa – bo Witek wygląda na obecną pupilkę szefa partii, którą wynosi on przecież ostatnio na najwyższe stanowiska, i co więcej – publicznie okazuje zadowolenie z tych wyniesień. Jeśli PiS straci władzę w roku 2023, to bardzo możliwe, iż któraś z tych dam stanie w szranki w wyborach prezydenckich, raczej nie startując w nich w roli faworytki.
Jeżeli będzie to już czas słabnięcia i wycofywania się Kaczyńskiego, to większe szanse miałaby pewnie Szydło, co prawda politycznie poobijana, ale dysponująca ciągle pewną siłą w partii, ożywianą sentymentem za „skrzywdzoną i odsuniętą niesprawiedliwie panią premier”. Witek, choć inteligentniejsza, podobnej siły jednak nie ma i nie widać powodu, dla którego miałaby ją w najbliższych latach zyskać. To, co obie damy może łączyć, to wysiłek zablokowania Morawieckiego. Obecny premier najpierw zastąpił przecież deus ex machina jedną z nich na stanowisku, po czym tydzień później drugą wyrzucił z rządu. A takich rzeczy w polityce się nie zapomina.
Trzaskowski w blokach startowych
Gdyby po wyborach 2023 r. Morawiecki nie musiał oddawać rządu Tuskowi, a ów na skutek klęski swojej strategii został wykasowany z polityki, to jedynym poważnym kandydatem centrolewu do prezydentury okaże się zapewne wewnętrzny wróg Tuska – czyli Rafał Trzaskowski. Wygląda zresztą na to, iż na taki scenariusz liczy po cichu nie tylko prezydent Warszawy, ale i jego platformerscy akolici, z Nitrasem na czele. Trudno dziś przypuszczać, aby po swej kolejnej klęsce centrolewicowa opozycja miała zdolność wysunięcia dwa lata później jakiegokolwiek innego poważnego kandydata. Dotychczasowi liderzy będą bowiem w takich okolicznościach w głębokiej defensywie (Hołownia, Kosiniak etc.), a być może nawet popadną wraz z Tuskiem w polityczny niebyt. Z kolei próba wylansowania jakiejkolwiek nowej kandydatury przez przegraną partię byłaby posunięciem politycznie nonsensownym. Trzaskowski jest inteligentny, a wydarzenia tego roku nauczyły go chyba cnoty politycznej cierpliwości. A przede wszystkim jest popularny w kraju, hipotetyczna zaś klęska Tuska i Platformy tej popularności mu nie odbierze.
Już zatem dziś nie ma wątpliwości, że Trzaskowskiemu łatwiej będzie zostać głową państwa w 2025 r., aniżeli Tuskowi zjednoczyć centrolew i obalić Kaczyńskiego dwa lata wcześniej. I o ile Tuskowi grunt zaczyna się palić pod nogami, o tyle Trzaskowski może na razie dość leniwie czekać, byle tylko nie posypały mu się kompletnie jakieś poważne sprawy w Warszawie. Kpiny z zadufania i samochwalstwa Tuska, jakie ostatnio robi sobie otwarcie w sieci Hołownia, są dla lidera PO znakiem prawdziwie złowróżbnym. A też PiS, po hipotetycznym zwycięstwie o włos w 2023 r., z Kaczyńskim odchodzącym do historii, a na dodatek zmuszony do rządów z narodowcami z Konfederacji – wcale nie będzie znów tak przesadnie silny. W 2025 r. Trzaskowski może zatem nawet wystąpić w roli faworyta w starciu z Morawieckim, Witek czy Szydło.
Cztery lata przed tymi wyborami nie sposób o rozsądne dywagacje i domysły, kto z owej trójki byłby w tym czasie najsilniejszym rywalem dla Trzaskowskiego. Ale taka niejasność będzie tym bardziej skłaniać całą trójkę do odpowiednio wczesnego pozycjonowania się wewnątrz własnego obozu. Prawdę mówiąc, ogłoszone właśnie przez tabloidy współzawodnictwo pomiędzy niegdysiejszymi przyjaciółkami Witek i Szydło już jest pierwszym wezwaniem do zajmowania pozycji w blokach startowych.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
