Po nas choćby powódźPo nas choćby powódź

Dwa miesiące temu, gdy cała Polska żyła jeszcze aferą w Szpitalu Południowym, były już wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny postanowił udzielić wywiadu RMF FM. Usłyszał w jego trakcie pytanie o to, czy nie boją się, że Koalicja 13 Grudnia przegra przez te afery wybory. Odpowiadając, zdobył się na rzadką wśród polityków szczerość. Afery są do przeżycia, bo jedna afera przykrywa drugą i tak dalej – odparł.
Nie ma dnia bez afery
Jego słowa wzbudziły oczywiście falę oburzenia – głównie wśród ludzi, którzy i tak nie mają zamiaru głosować na Koalicję. Ale Konieczny powiedział prawdę. Dziś, bez użycia googla, mało kto byłby nawet w stanie powiedzieć, w kontekście której afery padły te słowa. Od tego czasu mieliśmy co najmniej tuzin kolejnych, w których w taki czy inny sposób byli zaangażowani politycy i działacze Koalicji. Może i więcej, ciężko nadążyć, gdy niemal codziennie media donoszą o kolejnej. Człowiekowi nie zdąży nawet ciśnienie podskoczyć, a już musi oburzać się czymś nowym.
Oczywiście to, że kradną, nie jest wielkim zaskoczeniem. Jeżeli ktoś pamięta jeszcze lata 2007-2014, to raczej nie jest zdziwiony samymi aferami. Być może dziwi go ich skala, czy to, że kolejne odkrywają nawet media, które raczej nie ukrywają swoich prorządowych sympatii. Ale jeśli wierzył, że trzeci rząd Tuska będzie uczciwszy, niż pierwszy i drugi rząd Tuska, to bardzo bym go prosił o kontakt. Mam śliczny pałacyk do sprzedania, w samiutkim centrum Warszawy.
Skrajny prymitywizm
Na tle tych wszystkich afer, afera powodziowa wyróżnia się jednak szczególnie. I to nie tylko dlatego, że tym razem prawdopodobnie doszło do defraudacji pieniędzy dla osób, które bardzo potrzebowały pomocy po tym, gdy żywioł obrócił ich życia do góry nogami. Owszem, to było wyjątkowo obrzydliwe z moralnego punktu widzenia – ale czy bardziej, niż okradanie służby zdrowia?
Nie. Tym, co bardziej zwróciło uwagę – przynajmniej moją – jest to, jak grubymi nićmi to wszystko było szyte. To nie była afera, która mogłaby być podstawą scenariusza hollywoodzkiego filmu. To nie był subtelny przekręt, do zrozumienia którego trzeba co najmniej doktoratu z prawa i encyklopedycznej wiedzy o działaniu administracji państwowej. Subtelności było w tym tyle, ile w ciosie bejzbolem w potylicę. Nikt nie pokusił się nawet o zatrudnienie słupów. Przecież to nie miało prawa się udać. Byle kontrola, nawet bardzo pobieżna, odkryłaby, że coś jest bardzo nie tak. Ba, być może – jak w wypadku afery z jachtami z KPO czy zarobkami doktora Kacprzyka – odkryłby to jakiś znudzony internauta, który przeglądał ogólnodostępne dokumenty.
Można oczywiście założyć, że osoby odpowiedzialne za tą aferę to zwykli idioci. Że wydawało im się, że wpadli na chytry plan, którego nikt nigdy nie odkryje. Ale ja tego wytłumaczenia nie kupuję. Owszem, nie mam przesadnie dobrej opinii o walorach intelektualnych szeregowych działaczy KO. Ale żeby w ogóle dotrzeć na tyle wysoko, by móc stać się bohaterem afery, o której mówi cała Polska, trzeba jednak mieć choć trochę sprytu. I ten spryt powinien im krzyczeć w głowie „to nie przejdzie!”. A jednak, Q.E.D., nie krzyczał.
Liczyli, że zginie w tłumie?
To może świadczyć o kilku rzeczach, i żadna z nich nie jest dobra dla Polski. Pierwsze wytłumaczenie jest takie, że po prostu nie boją się, że spotkają ich za to jakiekolwiek konsekwencje. Jak w tym słynnym memie – właśnie się dowiedzieliśmy, i co? Ilu aferzystów w III RP skończyło za kratkami? Szansa na to, że przy kolejnej aferze się to zmieni i ktoś faktycznie odpowie za swoje czyny – a kara będzie większa niż kilka lat w zawieszeniu i jakaś śmieszna grzywna – jest na tyle mała, że nikogo to nie odstrasza.
Drugie wytłumaczenie jest takie, że liczba afer w rzeczywistości jest już tak duża, że odpowiedzialni za jakąś mają sporą szansę, że im się upiecze. Z naszej perspektywy afera goni aferę, ale nie da się wykluczyć, że media dowiadują się o co dziesiątej, jeśli nie co setnej. Ci po prostu mieli pecha, że trafiło na nich, ale zwykły rachunek prawdopodobieństwa powiedział im, że warto zaryzykować. Może obie te tezy są prawdziwe – aferzyści liczą, że nikt się nie dowie, ale też nieszczególnie przeraża ich sytuacja, w której jednak ktoś się dowiedział.
Stwierdziłem wcześniej, że Konieczny miał rację – ale to była racja tylko częściowo. Bo owszem, nikt nie zapamięta szczegółów jednej afery zanim w zbiorowej świadomości nie zastąpi jej druga. To świetna wiadomość dla ich „bohaterów”, ale to nie oznacza, że Koalicja 13 Grudnia nie zapłaci za to politycznie. Gdyby Polska przeżywała akurat gospodarczy boom, być może efekty tych afer nie byłyby zbyt straszne dla jej polityków. Ale zamiast boomu mamy czasy, w których masowe zwolnienia gonią zamykanie kolejnych szpitali. Nie ma człowieka, który widząc, jak pogarsza się jego własne życie, nie pomyśli o cwaniaczkach, które inkasują grubą kasę z budżetu, bo znają kogo trzeba, i nie zaleje go przez to krew, nawet jeśli nie będzie pamiętał szczegółów tej czy innej konkretnej afery. A to nie pomoże Koalicji w następnych wyborach.
Republika bananowa
Sprawa jednak jest dużo poważniejsza. Nic tak nie rozkłada państwa jak bezkarność i, nie bójmy się tego słowa, bezczelność ludzi władzy i ich klienteli. Bo po co odejmować sobie od ust, by wysłać dziecko na dobre studia, skoro jakiś cwaniaczek, który wiedział za kim nosić teczkę, i tak „zarobi” w rok więcej, niż wspomniane dziecko zobaczy przez całe życie? Po co ryzykować i zakładać firmę, skoro lukratywny przetarg i tak wygra konkurent, którego teść od lat trzęsie lokalnym samorządem? Dlaczego mamy nie przycwaniaczyć, jeśli inni cwaniaczyli na miliony i włos im z głowy za to nie spadł?
Trudno w tym kontekście o bardziej banalne stwierdzenie, niż „ryba psuje się od głowy”, ale nic nie poradzę, że pasuje. Aby nowoczesne państwo mogło funkcjonować normalnie, jego obywatele muszą mieć świadomość, że są za nie współodpowiedzialni. Że to od nich zależy, jaki kraj zostawią swoim dzieciom i wnukom. Ale jak wymagać od kogoś już nawet nie angażowania się w sprawy państwa, ale zwykłego przestrzegania kontraktu społecznego, skoro osoby, których obowiązkiem jest dbanie o dobro wspólne, patrzą tylko, gdzie tu można skręcić coś na lewo?
Powtórzę się – żadne państwo nie może na dłuższą metę tak funkcjonować. I jeśli nie chcemy, żeby w ciągu pokolenia czy dwóch Polska, z państwa aspirującego do G20, nie zmieniła się w republikę bananową, to przyszły rząd, ktokolwiek by go nie tworzył, musi coś z tym zrobić. I nie chodzi tu o rozliczeniowe igrzyska dla twardego elektoratu, jak te, które swoim zwolennikom serwuje teraz – nieudolnie, biorąc pod uwagę liczbę umorzonych spraw – Koalicja. Chodzi o przywrócenie elementarnego poczucia sprawiedliwości. O przekonanie Polaków, że zbrodnia, wbrew temu co widzą teraz gdy tylko włączą telewizor, naprawdę nie popłaca. O, wreszcie, wprowadzenie reform, które sprawią, że w przyszłości takie przekręty staną się jeśli nie niemożliwe, to przynajmniej dużo trudniejsze niż dzisiaj.
Nie będzie to łatwe zadanie. Ale nikt nigdy nie obiecywał, że będzie łatwo. A jeśli nie chcemy utonąć znów w kolesiostwie, cwaniactwie i korupcji, jak w „złotych” latach dziewięćdziesiątych, to niespecjalnie mamy inne wyjście.
