O co ta bitwa. "Najbardziej zyskują Niemcy"O co ta bitwa. "Na wyborczych grach czeskiego rządu, który chciałby utrącić polską konkurencję, najbardziej zyskują Niemcy"

Za parawanem polityki klimatycznej odbywa się batalia o dostęp do zasobów oraz o związane z tym wielkie zyski i polityczne wpływy.
Konflikt wokół kopalni w Turowie jest zwiastunem nowych czasów, w których polityka klimatyczna staje się narzędziem dominacji silniejszych państw nad słabszymi. Polska, walcząc o zachowanie swojej niezależności energetycznej, bije się w rzeczywistości o swoją polityczną podmiotowość.
Gdy za sprawą skargi Czechów do Trybunału Sprawiedliwości UE lokalny spór o kopalnię w Turowie przekształcił się w konflikt o zasięgu unijnym, stało się jasne, że czeka nas kolejna ciężka bitwa z Unią. Czesi dali bowiem unijnym liberałom doskonały pretekst do uderzenia w znienawidzony konserwatywny rząd PiS. Formalnie chodzi przecież o kwestie ekologiczne, o domniemany negatywny wpływ turowskiej kopalni na poziom wód gruntowych. W rzeczywistości jednak spór ten rozgrywa się na kilku poziomach, a jego oś przebiega w całkiem innym miejscu.
Nowa unijna polityka klimatyczna zakłada odejście – i to szybkie – od paliw kopalnych, a więc Czesi, domagając się przy pomocy TSUE zamknięcia polskiej kopalni, walczą o własne górnictwo. Z kolei na wyższym, unijnym szczeblu idzie o ograniczenie naszej niezależności energetycznej, a tym samym o zmuszenie Polski do uległości, a być może również o wywołanie pożądanych przez Brukselę zmian politycznych.
Na horyzoncie majaczą też wielkie pieniądze, bo jeśli Polska zostanie pokonana w tej „klimatycznej” bitwie, to będzie zmuszona do drogiego importu energii, czego konsekwencją może być finansowy drenaż naszej, stojącej dziś na relatywnie niezłym poziomie, gospodarki. W szerokim kontekście stawką w sporze o Turów są więc podmiotowość i rozwój Polski.
Dziel i rządź
Członkostwo Polski w Unii nie sprowadza się wyłącznie – jak nas się często przekonuje – do profitów płynących z Brukseli. To interes wzajemny, Unia nie jest przecież instytucją charytatywną. Jednak o tę równowagę zysków i kosztów płynących z członkostwa w UE należy stale walczyć, w przeciwnym razie zostaniemy pożarci gospodarczo i politycznie przez silniejszych partnerów. Rząd PiS doskonale zdawał i zdaje sobie z tego sprawę, stąd tak duże znaczenie w jego polityce odgrywały inicjatywy regionalne, takie jak Grupa Wyszehradzka czy Trójmorze. Występując wspólnie z krajami naszego regionu, jesteśmy po prostu silniejsi. Nic więc dziwnego, że inicjatywy te nie wzbudzały entuzjazmu w wielu zachodnich stolicach, gdzie Europa Środkowo-Wschodnia postrzegana jest raczej jako obszar wymagający protekcji, a nie pełnoprawny uczestnik gry politycznej. Z tego punktu widzenia czeska skarga na Polskę i odwołanie się przez Pragę do unijnego arbitrażu jedynie podtrzymuje upośledzony status naszego regionu wewnątrz Unii, co jest oczywiście zgodne z ogólną strategią Brukseli.
Tym, co szczególnie ubodło Warszawę, jest jednak cyniczne wykorzystanie przez Czechy kryzysu w relacjach polsko-unijnych do osiągnięcia własnych celów politycznych. Początkowo chodziło bowiem jedynie o kwestię poziomu wód gruntowych na terenach sąsiadujących z Polską, obniżonego jakoby z powodu eksploatacji złóż węgla brunatnego w Turowie. Niektórzy twierdzą, że gdyby wtedy, na samym początku sporu, wypłacić Czechom odszkodowanie, to dalszego konfliktu można byłoby uniknąć. Być może tak, a być może nie. Czesi szybko dostrzegli bowiem, że z Polską, która ma przecież na pieńku z Brukselą, da się ugrać więcej. I zaczęli – zgodnie z tym, co twierdzi polski rząd – pobijać stawkę oraz stawiać nowe żądania, czego kulminacją stało się skierowanie przez Pragę skargi do TSUE wraz z żądaniem zaprzestania wydobycia w Turowie do czasu rozstrzygnięcia sporu pod groźbą 5 mln euro kary za każdy dzień pracy kopalni. Czesi doskonale wiedzieli, że przenosząc spór na poziom Unii, dają Brukseli wygodne narzędzie do wzmocnienia presji na zbyt mocno wierzgającą Polskę. Musieli sobie też zdawać sprawę z tego, że podkopują w ten sposób fundamenty Grupy Wyszehradzkiej. Mimo to zdecydowali się na taki krok, jak się okazało, słusznie obstawiając, że Bruksela nie przepuści świetnej okazji do przyciśnięcia Polski.
Skazani na import
Oczywiście o zaprzestaniu wydobycia przez kopalnię w Turowie mowy być nie może. Bo oznaczałoby to nie tylko utratę tysięcy miejsc pracy miejscowych górników, lecz również zatrzymanie pobliskiej elektrowni, która zapewnia blisko 8 proc. zapotrzebowania Polski na energię. Wreszcie – jak wskazują ekspertyzy naukowców z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej – zaprzestanie wydobycia mogłoby doprowadzić do wypełnienia turowskiej odkrywki wodą z opadów atmosferycznych oraz do katastrofy ekologicznej spowodowanej powstaniem olbrzymich osuwisk. Zwiększyłby się również deficyt wody pitnej, na który tak bardzo uskarżają się Czesi, bo wody gruntowe mogłyby zostać skażone popiołami z elektrowni Turów. Co więcej, po zaprzestaniu wydobycia ponowne uruchomienie kopalni byłoby już prawdopodobne niemożliwe.
Wiele z tych argumentów zostało przedstawionych przez Polskę przed TSUE, jednak hiszpańska sędzia, bez jakiejkolwiek merytorycznej debaty na ten temat i bez oglądania się na konsekwencje, jednoosobowo podjęła decyzję o przyjęciu czeskiego wniosku i w maju nakazała zaprzestanie wydobycia w Turowie, a wobec zignorowania tej decyzji przez polski rząd we wrześniu nałożyła na Polskę karę pół miliona euro dziennie. Wątpliwości dotyczące możliwego blackoutu z powodu unieruchomienia pobliskiej elektrowni zbyła uwagą, że Polska może dokupić brakującą energię od sąsiadów. I tu – jak się zdaje – dochodzimy do sedna sprawy.
Na terenie Łużyc oraz Rudaw, a więc w bezpośrednim sąsiedztwie Turowa, znajduje się łącznie dziewięć innych kopalni węgla brunatnego – cztery po niemieckiej i pięć po czeskiej stronie. Wszystkie razem dają zatrudnienie kilkudziesięciu tysiącom osób, które w obliczu nowej polityki unijnej zmierzającej do likwidacji wydobycia węgla zapewne stracą w przyszłości pracę. Zamknięcie już dzisiaj Turowa nie tylko pozwala odsunąć ten moment nieco w przyszłość, lecz również jest okazją do zarobku, bo Polska pozbawiona zasilania z elektrowni w Turowie byłaby skazana na import brakującej energii z Niemiec lub z Czech. I prawdopodobnie takie właśnie kalkulacje stoją za polityką rządu czeskiego premiera Andreja Babiša, którego partia ANO będzie walczyć o reelekcję w zaplanowanych na najbliższy weekend (8–9 października) wyborach.
Oczywiście logika wyborcza rządzi się własnymi prawami, jednak nadwerężonego zaufania w relacjach polsko-czeskich nie da się tak szybko odbudować. Przy okazji okazało się bowiem, że dla Czechów współpraca w ramach inicjatyw regionalnych, takich jak Grupa Wyszehradzka, nie ma tak istotnego znaczenia jak dla Polski. Nie chodzi przy tym o to, że Czesi nie mają swoich racji, ale o to, że zdecydowali się ich bronić za pośrednictwem unijnych trybunałów, doskonale wiedząc, że w warunkach polskiego sporu z Brukselą będzie to w Warszawie przyjęte jak najgorzej. Co więcej, Czesi stworzyli w ten sposób precedens, który może w przyszłości obrócić się przeciwko nim. Zwłaszcza że sami są również mocno uzależnieni od „brudnej” węglowej energii.
Kolej na atom?
Na wyborczych grach czeskiego rządu, który chciałby utrącić polską konkurencję, potencjalnie najbardziej zyskują Niemcy. Berlin nie zabiera wprawdzie głosu w sprawie sporu o Turów, nigdy też – jak twierdzi polski rząd – nie było poważniejszych zatargów z Niemcami wokół Turowa. Jednak to Niemcy są głównym rozgrywającym unijnej polityki klimatycznej i uderzenie w Turów – zwłaszcza zrobione czeskimi rękami – jest im na rękę. Gdyby Polskę udało się złamać w sprawie Turowa, to kolejnym krokiem mogłoby być zablokowanie w naszym kraju budowy elektrowni atomowej. Już teraz z takim postulatem wystąpiła premier Meklemburgii-Pomorza Przedniego Manuela Schwesig z SPD.
Schwesig jest najbardziej znana z tego, że w styczniu powołała fikcyjną Fundację dla Ochrony Klimatu i Środowiska, będącą w rzeczywistości próbą obejścia sankcji nałożonych na budowę gazociągu Nord Stream 2, którego niemiecka końcówka znajduje się w okolicach Greifswaldu w Meklemburgii. Fundacja ta, której 99 proc. majątku (20 mln euro) pochodziło z rosyjskiego Gazpromu, miała zapewnić parasol finansowy nad firmami uczestniczącymi w pracach nad dokończeniem niemiecko-rosyjskiej inwestycji.
Dziś, gdy ukończenie Nord Streamu 2 jest właściwie niezagrożone, Schwesig zabiega o rentowność tego przedsięwzięcia, domagając się – oczywiście pod pretekstem walki o klimat – utrącenia innych projektów energetycznych w regionie.
Rząd landu sprzeciwia się planom Polski względem energetyki jądrowej. Mówiliśmy o tym wyraźnie w dyskusjach regionalnych. Oczekujemy, że rząd federalny wykorzysta wszelkie opcje zatrzymania tych planów
– zaapelowała pod koniec września premier, strasząc jednocześnie chmurą radioaktywną znad Polski. Postulaty szefowej rządu Meklemburgii mogą zostać wysłuchane w Berlinie, bo Niemcy rezygnują z energetyki atomowej i zamierzają promować denuklearyzację w Unii. Warto też pamiętać, że niedawne wybory do Bundestagu wygrała macierzysta partia Manueli Schwesig, co sprawia, że walka z atomem w Polsce może szybko nabrać realnego wymiaru.
Dlatego nietrudno sobie wyobrazić, że TSUE, który dzisiaj chce zamykania kopalni w Turowie, jutro wyda nam zakaz stawiania elektrowni atomowych. Na jakiej podstawie? Na jakiejkolwiek.
Gdyby taki scenariusz się spełnił, Polska byłaby skazana wyłącznie na energię odnawialną i gazową. Jeśli chodzi o energię odnawialną, to większość niezbędnych technologii mają Niemcy. Jeśli zaś idzie o gaz, to oczywiście nie musimy kupować go w Niemczech, ale to właśnie Niemcy – dzięki zbudowaniu Nord Streamu 2 – stają się głównym dystrybutorem rosyjskiego paliwa na Europę. Nic więc dziwnego, że nie chcą żadnych konkurentów.
Naturalnie gaz ziemny nie jest „czystym” paliwem. Ale tym nikt się teraz nie przejmuje. Zwłaszcza że są plany, aby w przyszłości Nord Stream 2 posłużył do tłoczenia rosyjskiego wodoru. Wówczas energetyczna dominacja niemiecko-rosyjskiego duetu byłaby utrwalona na kolejne dziesięciolecia. Łatwo więc zauważyć, że za parawanem polityki klimatycznej odbywa się batalia o dostęp do zasobów oraz o związane z tym wielkie zyski i polityczne wpływy.
Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, to łatwo dostrzec, że w Turowie trwa właśnie jedna z pierwszych bitew w tej batalii. Być może uda się ją wygrać (oby), ale nie miejmy złudzeń, takich potyczek czeka nas wkrótce znacznie więcej. A od ich wyniku zależeć będzie nie tylko stan naszych portfeli, lecz także nasza suwerenność.
Artykuł z 40/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
