Nonsens polexitowej retoryki. "Myślenie Kaczyńskiego"Nonsens polexitowej retoryki. "Są dwa fundamentalne powody, dla których obecność Polski w Unii jest kanonem politycznego myślenia Kaczyńskiego"

Nie jest tak, jak Tusk twierdzi publicznie, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego miałby uchylać normy ratyfikowanego przez Polskę traktatu lizbońskiego.
Są dwa fundamentalne powody, dla których obecność Polski w Unii jest kanonem politycznego myślenia Jarosława Kaczyńskiego, więc przynajmniej tak długo jak to on pozostaje najwyższym autorytetem obozu prawicy, ów kanon zapewne nie ulegnie zmianie.
Wbrew temu, co piszą i gadają wszędzie wokół, wyjście Polski z Unii Europejskiej nie jest możliwe z jednego, ale zasadniczego powodu. I trzeba być doprawdy politycznym ślepcem, aby nie chcieć dostrzec tego najzupełniej oczywistego powodu. Nie ma bowiem wyjścia z Unii bez polskiej decyzji o wyjściu z Unii. A ta w dającej się jako tako prognozować kilkuletniej przyszłości nie jest możliwa, bo przeciw niej jest zarówno większość społeczeństwa, jak i wszystkie główne partie polityczne, z rządzącym PiS na czele.
Propagandowa teza opozycji
Polska opinia publiczna ceni bardzo przynależność do Unii, jak wyraziście dowodzą tego badania socjologiczne, ale przede wszystkim ze względów merkantylnych. Otwarte granice, liberalne ideały czy nawet wielki jednolity rynek, dzięki któremu kwitnie od lat nasza gospodarka, cenione są w oczach przeciętnego Polaka daleko, daleko słabiej. Owszem, wynika z tego, że jeśli unijne instytucje postanowiłyby trwale zastosować sankcje finansowe wobec Polski, to prounijne nastawienie opinii publicznej zapewne zaczęłoby stopniowo kruszeć. Ale po pierwsze – pełne odcięcie Polski od unijnego budżetu ciągle wydaje się legalnym nadużyciem tej miary, że na dal trudno je sobie na serio wyobrazić. Po drugie zaś – taka zmiana w nastawieniu polskiej opinii i tak postępowałaby stopniowo, przez dłuższy czas, dopiero w miarę, jak widać byłoby realne skutki „finansowego głodzenia Polski” ( jak to obrazowo nazwała wiceszefowa Parlamentu Europejskiego). Nie przyniosłaby zatem i tak szybkich skutków politycznych, takich choćby jak hipotetyczna, dziś całkiem niemożliwa, referendalna większość antyunijna.
Na krótką metę istotne jest więc nastawienie partii, gdyż tylko one otworzyć by mogły proces wychodzenia z UE, który potem i tak dla swego finału wymagałby paru lat negocjacji nad piekielnie skomplikowanym polsko-brukselskim traktatem. Centrolewicowa opozycja jest zafiksowana na Unii z racji ideologicznych, więc (to oczywiste) nie jest zdolna do zmiany swej prounijnej doktryny nawet wówczas, gdyby hipotetycznie dalsze członkostwo wiązało się z ewidentnymi stratami państwa polskiego.
Za opuszczeniem Unii mogłaby pewnie w jakichś okolicznościach głosować Konfederacja, choć też zapewne nie w całości, ale nawet najbardziej optymistyczne dla niej sondaże nie dają jej perspektywy zyskania w przyszłych wyborach poparcia większego niż wykraczające trochę ponad 10 proc. Swój szklany sufit Konfederacja mogłaby zatem zacząć przebijać dopiero wtedy, gdyby realnie zaczęła postępować zmiana nastawienia opinii publicznej, wywołana trwałym zablokowaniem Polsce dostępu do unijnego budżetu.
To zatem, co w debacie publicznej stało się pretekstem dla głoszenia na prawo i lewo rychłego ryzyka wyjścia z Unii, to stanowisko PiS. I tu właśnie tkwi istota nonsensu polexitowej retoryki politycznej. Donald Tusk uporczywie powtarza, że „wie” (choć nigdy nie mówi, skąd wie), iż PiS planuje od dłuższego czasu opuszczenie UE. Drobniejsi zaś politycy opozycji, jak i większość zachodnioeuropejskich mediów, idą za Tuskiem jak za przysłowiową „panią matką”, wychodząc z założenia, że skoro Tusk „wie”, to musi też wiedzieć, „skąd wie”. Albo po prostu bezrefleksyjnie powtarzając tezę, która propagandowo spycha PiS do defensywy i wywołuje naturalną konfuzję w obozie rządzącej prawicy.
PiS: Unia, czyli polska racja stanu
Są dwa fundamentalne powody, dla których obecność Polski w Unii jest kanonem politycznego myślenia Kaczyńskiego, więc przynajmniej tak długo jak to on pozostaje najwyższym autorytetem obozu prawicy, ów kanon zapewne nie ulegnie zmianie. Pierwszym jest geopolityka, która – co ogromnie ważne – stanowi intelektualną matrycę, z pomocą której prezes PiS zawsze myślał o międzynarodowej polityce. Jeśli zresztą sięgnąć do argumentacji na rzecz akcesji, jakiej używano w Polsce dwie dekady temu po to, by przekonać społeczeństwo przed ówczesnym referendum, to trudno nie pamiętać kluczowej różnicy argumentacyjnej, jaka już wówczas istniała pomiędzy rodzącymi się wtedy środowiskami PO i PiS. Z grubsza rzecz biorąc, Platforma mówiła wtedy tak:
Chrześcijańska, wolnościowa i demokratyczna kultura polityczna Europy Zachodniej jest naszą kulturą i dlatego musimy politycznie skonsumować tę historyczną prawdę
(Tak, tak! Tak wtedy mówiła Platforma, sięgnijcie, jak nie wierzycie, do tzw. Deklaracji krakowskiej). Ale środowisko Kaczyńskiego mówiło coś całkiem odmiennego. Można by to wyrazić mniej więcej tak:
Członkostwo jest ryzykowne, bo Unia idzie w nie najlepszą stronę. Ale byt Polski nie jest geopolitycznie ani pewny, ani stabilny, więc wszelkie, nawet te potencjalnie uciążliwe więzi z Zachodem, są absolutną koniecznością polskiej racji stanu
I o ile myślenie Platformy, zwłaszcza o religijnych czy aksjologicznych korzeniach Europy, zmieniło się od tamtego czasu o 180 stopni, o tyle Kaczyński nigdy nie zaczął w tej sprawie myśleć ani o jotę inaczej. I nawet sprawdziło mu się, że Unia musi się stać dla Polski nieuchronnym powodem licznych kłopotów. Świadectwo wrogiego dziś Kaczyńskiemu Gowina, który mówi, że lider PiS w ciągu licznych rozmów o strategii nigdy nawet teoretycznie nie zająknął się na temat polexitowej hipotezy, jest tutaj najzupełniej wiarogodne.
Ale jest i drugi powód kanoniczności myślenia PiS na temat uczestnictwa w Unii. Ten ma naturę, rzec by można, nieco bardziej pragmatyczną. Zarówno Kaczyński, jak i Morawiecki wiedzą dobrze, że nie utracą tak łatwo władzy nad Polską ani z powodu uporczywego nękania Polski przez unijne komisje, parlamenty i trybunały, ani też na skutek wrogich akcji mińskiego tyrana na wschodniej granicy. Za to bardzo łatwo mogą ją utracić, jeśli trwała blokada unijnych pieniędzy, sama w sobie niestwarzająca jeszcze stanu katastrofy, połączyłaby się z rozchwianiem, a potem zamknięciem dostępu do jednolitego rynku, ucieczką inwestorów i kapitału spekulacyjnego, z rosnącą już i tak niebezpiecznie inflacją i nieuchronnym globalnym kryzysem energetycznym. Krótko mówiąc, przy panującej dziś powszechnie ekonomicznej niepewności jutra niewiele doprawdy trzeba, aby niegdysiejszą wyjątkową „zieloną wyspę” przekształcić w równie wyjątkową „czarną dziurę”. Zwłaszcza Morawiecki jest świadom tego stanu ekonomicznej niepewności jutra, czego nie okazuje w programowo zawsze radosnych deklaracjach publicznych, ale co można było dostrzec wyraźnie, gdy nagle, na przekór prezesowi NBP, wymusił antyinflacyjną podwyżkę stóp procentowych. To zresztą paradoks dobrze świadczący o poczuciu odpowiedzialności Morawieckiego, jako że „normalnie” wszędzie w świecie to prezesi banków centralnych wszczynają walkę z inflacją, a premierzy wszelkimi siłami przeciwdziałają takiemu „chłodzeniu” gospodarki. U nas wszystko jest odwrotnie.
Zatem na szczytach władzy dobrze wiedzą, że jeśliby polexit miał się przekształcić z propagandowej amunicji Tuska w scenariusz na serio rozpatrywany w zagranicznych bankach, funduszach i rządowych kancelariach, to los prawicowej władzy w następnych wyborach rychło zostałby przypieczętowany.
Polityczny sens wyroku TK
W tym kanonie pisowskiego myślenia na temat członkostwa w Unii niczego nie zmienia ostatni, tak głośny wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, monstrualne prawnicze zawiłości, w jakie popadły stosunki polsko-brukselskie, a zwłaszcza polsko-luksemburskie, sprawiają, że w debacie publicznej z premedytacją, albo z niedostatku kompetencji prawniczej, wypowiadane są i wypisywane skrajne nonsensy na ten temat.
Prawną nowością tego wyroku nie jest bowiem wcale uznanie wyższości polskiej konstytucji nad prawem europejskim, bo w tym celu wyrok ów w ogóle nie byłby potrzebny. Napisane to jest bowiem wprost w tekście samej konstytucji (art. 8), a potwierdzane było już parokrotnie przez wcześniejsze orzeczenia polskiego Trybunału Konstytucyjnego, rządzonego przez sędziów mianowanych przez Tuska. Ani też nie jest tak (jak tenże szef PO twierdzi publicznie), że wyrok ów miałby uchylać normy ratyfikowanego przez Polskę traktatu lizbońskiego. Ta ostatnia sugestia może wynikać z potrzeb antypisowskiej propagandy, ale również z zawiłości i kiepskiego pojmowania prawniczych formuł, które znalazły się w treści wyroku. To jest swoista wyższa filozofia prawników, ale gdy w wyroku czytamy, że taki to, a taki przepis traktatu jest niezgodny z konstytucją „w zakresie wskazanym we wniosku” (idzie o wniosek premiera), to znaczy, iż niezgodny nie jest sam traktat, ale jego interpretacje zawarte w kolejnych postanowieniach luksemburskiego trybunału wydawanych przeciw Polsce.
Politycznym sensem wyroku jest więc jasne powiedzenie, że orzeczenia luksemburskiego trybunału idą ostatnio nazbyt daleko. A zatem, że wcale nie muszą być zawsze i bezwarunkowo wykonywane, na zasadzie: „niech nawet świat przepadnie, ale wyrok będziemy wcielać”. I że nie może być zgody na niekontrolowane przypisywanie sobie przez luksemburskich sędziów roli – w gruncie rzeczy – jedynego w Europie prawomocnego sądu konstytucyjnego, który ostatecznie i bezapelacyjnie rozstrzygać może w każdej sprawie prawnej każdego kraju, nawet jeśli sprawa owa nie należy w ogóle do traktatowych zadań Unii. Warto pamiętać, że sędziowie luksemburscy podjęli pierwsze próby takiego rozszerzenia swojego władztwa politycznego nad Europą już dawno temu, jeszcze przed traktatem z Maastricht, kiedy zatem nie było na świecie Unii Europejskiej.
Jak zareaguje Unia?
Teraz fakt znalezienia się przez rząd w Warszawie na cenzurowanym w Luksemburgu wykorzystano dla popchnięcia procesu przechwytywania władzy zdecydowanie naprzód. W Europie jest sporo polityków doskonale zdających sobie z tego sprawę. Znamienna pod tym względem była reakcja na polski wyrok (odchodzącego zapewne niestety) przewodniczącego Bundestagu Wolfganga Schäublego podczas drezdeńskiego forum, na którym obecny był także polski premier. Stary niemiecki chadek, rozumiejący na wylot relacje z Polską oraz wszelkie meandry unijnej polityki, oświadczył tam:
Rozumiem, że polski trybunał powiedział, że chcemy z sobą rozmawiać
Schäuble chyba najprościej ujął istotę sytuacji po wydanym w Warszawie wyroku. Skoro Polska, podobnie jak wiele innych państw Unii, nie jest gotowa uznać reguły automatyzmu w odniesieniu do coraz dalej idących wyroków Luksemburga, to znaczy, że w kwestiach spornych, jakich dotyczą te najbardziej wątpliwe wyroki, rozwiązanie musi należeć do polityków, a nie do sędziów. Stąd wniosek, że trzeba po prostu rozmawiać.
Kluczowe dzisiaj polityczne pytanie brzmi, czy logikę Schäublego gotowa jest również uznać jego partyjna współtowarzyszka Ursula von der Leyen? Niewykluczone, że to jest właśnie ów moment próby, w którym na użytek historii rozstrzygnie się dylemat, czy Morawiecki miał rację, blokując dwa lata temu karierę Timmermansa i otwierając dla Niemki drogę do szefostwa Komisji Europejskiej? Von der Leyen nie jest w łatwej sytuacji, gdyż wywierana jest na nią potężna presja sfanatyzowanego coraz bardziej Parlamentu Europejskiego, iżby walnęła ostro w rząd w Warszawie, odcinając Polskę całkowicie od unijnego budżetu. A trzeba pamiętać, że ustrojowa konstrukcja Unii od czasu traktatu lizbońskiego uzależnia politycznie szefa Komisji od większości europarlamentu. Ostry nacisk pójdzie także ze strony sędziów z Luksemburga, którzy przecież przy tej okazji już witają się z gąską, czyli widzą się w roli najwyższej, półboskiej instancji politycznej w Europie.
Na to wszystko nakłada się jeszcze polityczny radykalizm Tuska, który w samym fakcie wydania wyroku zwietrzył krew i napierać teraz będzie na jak największą srogość Komisji wobec Warszawy. W przeszłości, w momentach takich napięć, do elementarnego zdrowego rozsądku zwykła po cichu wszystkich przywoływać Merkel, lecz dziś znalazła się właśnie na bocznym torze. Niestety, to nie stary chadek Schäuble, ale socjalista Scholz będzie następnym kanclerzem Niemiec, a na dodatek w Berlinie panuje teraz powyborcze zamieszanie. Nieprzyjazny z gruntu Polsce Macron zapewne nie kiwnie palcem z Paryża, aby uspokoić rozhuśtane brukselskie nastroje. W dzisiejszych warunkach może zatem zdarzyć się tak, że apogeum polsko-brukselskiego kryzysu okaże się dopiero przed nami. I choć nie będzie ono mieć nic wspólnego z krzykliwie głoszonym ryzykiem wyjścia Polski z Unii opinia publiczna, pod wrażeniem silnego kryzysu, może łatwo dać się zwieść takiemu wrażeniu. Szybkie uchwalenie zgłoszonej przez Tuska noweli konstytucyjnej, wedle której wszczęcie procedury polexitu miałoby zostać obwarowane wymogiem sejmowej większości kwalifikowanej, mogłoby się wówczas okazać niezłym remedium na takie nadmiernie ryzykowne rozedrganie nastrojów.
Artykuł z 42/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
