Niepodległość za dwa grosze. Bez większego własnego wysiłkuNiepodległość za dwa grosze. "Wedle opozycji obronić nas mają sojusze i międzynarodowe gwarancje, bez większego własnego wysiłku"

Wydatki na armię, w tym zakupsamolotów F-35, systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Patriot, czołgów Abrams czy systemów artylerii Himars, są przedstawiane przez opozycję jako zbędne i pochłaniające wielkie pieniądze.
Gdyby opozycja zrealizowała swoje koncepcje dotyczące armii i obronności, szybko moglibyśmy popaść w niewolę.
Marszałek Józef Piłsudski mówił:
Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi. A niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale bardzo kosztownym
Opozycja w Polsce jest obecnie jeszcze bardziej skąpa – chciałaby niepodległości za grosz i bez kropli krwi. Wszelkie wydatki oraz działania na rzecz obronności i wojska są traktowane jako marnowanie pieniędzy potrzebnych gdzie indziej. To według niej niepotrzebna militaryzacja, skoro Polska samodzielnie i tak nie może się obronić. Służba wojskowa dla ojczyzny ma być właściwie bezobjawowa, czyli nie wiązać się z ryzykiem ani poświęceniem – jak w piosence Marii Peszek, gdy śpiewa ona, że „nie oddałaby Polsce ani jednej kropli krwi”.
Wydarzenia ostatnich lat, w tym agresja Rosji na Gruzję i Ukrainę, dowodzą, że niepodległość za jeden grosz i bez kropli krwi nie istnieje, że trzeba mieć silną własną armię, a w razie potrzeby wydawać na obronność nawet 4–5 proc. PKB (w 2021 r. wydamy ponad 13 mld dol., czyli 2,3 proc. PKB). Zrozumiała to Turcja (w 2021 r. wyda na obronę 25 mld dol., czyli 2,8 proc. PKB), od dawna funkcjonuje tak Izrael (w 2021 r. wyda na obronę 22 mld dol., czyli 4,3 proc. PKB), a ostatnio także Korea Południowa (w 2021 r. wydatki na obronę wyniosą ok. 48 mld dol., czyli 2,7 proc. PKB). Dla porównania wydatki wojskowe Rosji to ok. 62 mld dol. w 2021 r., czyli 4 proc. PKB.
Opozycyjna koncepcja niepodległości za jeden grosz i bez kropli krwi to prosta droga do utraty niepodległości, szczególnie w czasie gdy Rosja chce odbudować swoje wpływy na obszarze nazywanym w czasach ZSRS „bliską zagranicą”. W czasie gdy atakowana jest polska granica wschodnia, kiedy możliwa jest kolejna napaść Rosji na Ukrainę.
Restrukturyzacja, czyli likwidacja
Polską armię zaczął restrukturyzować, czyli likwidować, Bogdan Klich, minister obrony w rządzie Donalda Tuska. Od 2008 r. budżet resortu obrony był mniejszy niż przewidziany ustawowo wskaźnik 1,95 proc. PKB (od 1,69 proc. do 1,93 proc. PKB). Po dwóch latach „reform” Klicha (na 31 stycznia 2011 r.) tzw. stan ewidencyjny żołnierzy w siłach zbrojnych wynosił 99,7 tys. żołnierzy zawodowych, w tym ok. 21,5 tys. oficerów (120 generałów), ok. 39 tys. podoficerów i 36,5 tys. szeregowych zawodowych. Wojsko Polskie miało więcej generałów w służbie czynnej niż armia II Rzeczypospolitej, choć wtedy było 11 razy więcej dywizji (33) niż obecnie (są 3). W latach 2008–2011 z armii odeszło ok. 18 tys. żołnierzy – najbardziej doświadczonych: komandosów z jednostek specjalnych, lotników, żołnierzy jednostek powietrznodesantowych, saperów, najczęściej z kilkunastoletnim stażem, po misjach bojowych m.in. w Iraku i Afganistanie. Faktycznie do obrony Polski było wtedy gotowych tylko ok. 40 tys. żołnierzy. Po „reformie” Klicha powoływano na ćwiczenia ok. 15 tys. rezerwistów (wcześniej trzy–cztery razy więcej), czyli tyle, ile 30-krotnie mniejsza od Polski Estonia.
Gdy szefem MON został pod koniec 2015 r. Antoni Macierewicz, tak podsumował wojskowe „reformy” rządów PO-PSL:
Siły Zbrojne RP nie posiadały zdolności zapewnienia bezpieczeństwa: ani terytorium i całości Rzeczypospolitej Polskiej, ani narodowego obszaru powietrznego, ani obiektów kluczowych dla kierowania państwem, ani też w cyberprzestrzeni. […] Dyslokację polskich wojsk skoncentrowano na granicy zachodniej, pozostawiając flankę wschodnią zupełnie bezbronną, wycofując stamtąd garnizony i pozostawiając ludność polską w sytuacji coraz większych obaw co do jej przyszłości. […] Zakładano, że zagrożenie Polski w postaci dużego konfliktu zbrojnego w środkowo-wschodniej części Europy, w najbliższych 20 latach jest i pozostanie bardzo mało prawdopodobne. A zwłaszcza nie będzie wojny w wyniku agresji czy działań Federacji Rosyjskiej
Macierewicz przestrzegał w 2016 r. przed skutkami tego, że „nie podejmowano żadnych prób przeciwdziałania propagandowej działalności agentury rosyjskiej, która nasączała krajowe serwisy internetowe treściami podważającymi sens strategicznej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi”. Co gorsza, „sprzyjano prorosyjskiej propagandzie rehabilitującej współpracę z sowieckim wywiadem wojskowym GRU i z KGB, kształtując podstawy szkolenia i wychowania żołnierskiego w Polsce pod dyktando byłych funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych”.
Drogie zabawki
Wydatki na armię, w tym zakup samolotów F-35, systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Patriot, czołgów Abrams czy systemów artylerii Himars, są przedstawiane przez opozycję jako zbędne i pochłaniające pieniądze potrzebne przede wszystkim w służbie zdrowia. Opozycja kompletnie nie rozumie (albo nie chce rozumieć) znaczenia dla obronności Centralnego Portu Komunikacyjnego. Wojska Obrony Terytorialnej przedstawiano jako „partyjne siły do pacyfikowania cywilów” albo „nowe ORMO”.
Gdy 31 stycznia 2020 r. Polska podpisała z USA umowę na zakup 32 samolotów wielozadaniowych F-35 A, były wiceminister obrony z PO Czesław Mroczek powiedział:
Zakup ten wygląda jak kaprys ministra czy prezydenta, bo będzie można się pochwalić ultranowoczesnym sprzętem
Były minister obrony Tomasz Siemoniak stwierdził, że „płacimy tak bardzo drogo za F-35, bo minister Błaszczak najpierw ogłosił swoją decyzję, a potem dopiero podjął negocjacje. Tak się nie kupuje nawet pietruszki na targu”. Tyle że wcale nie płacimy bardzo drogo, lecz 87,3 mln dol. za sam samolot, czyli nawet mniej niż większość wcześniejszych nabywców. Dodatkowo za pakiety logistyczny i szkoleniowy, ale to dotyczy wszystkich kupujących.
Siemoniak przekonywał jeszcze:
Co do wypowiedzi prezydenta Dudy, że polskie F-35 odpędzą agresorów i będziemy bezpieczni: Po pierwsze, bez systemu obrony powietrznej nikt nawet nie wystartuje »odpędzać«. Po drugie, systemu OP nie będzie, bo wszystkie pieniądze pójdą na F-35. Po trzecie, F-35 będą 2027–2035
.
Po raz kolejny mija się Pan z prawdą. Zakup F-35 nie oznacza rezygnacji z innych programów. Na modernizację mamy 524 mld zł do 2030 r. Pierwsze F-35 będą udostępnione polskim pilotom już w 2024 r.
– odpowiedziało Siemoniakowi MON. Ale Siemoniak na tym nie poprzestał:
F-35 to świetne samoloty. Ale Polska najpilniej potrzebuje obrony przed atakiem rakietowym, czyli systemu Patriot (też dostawcą jest USA). Zamiast absolutnego minimum ośmiu baterii rząd PiS kupuje zaledwie dwie. Cena za wojsko do defilad będzie ogromna!
.
W ostatnich dwóch latach kupiliśmy system Patriot, rakiety Himars zdolne razić cele do 300 km i samoloty F-35. Żaden z tych zakupów nie został zrealizowany w latach 2007–2015
– odpowiedziało na to MON.
Szymon Hołownia dramatyzował, że „za sztukę [F-35] płacimy ponad 550 mln zł. I to bez offsetu, bez infrastruktury. W jednej z ostatnich dużych transakcji (między LM a duńskim rządem) cena za sztukę, po negocjacjach, wyniosła ok. 345 mln zł”. W rzeczywistości Polska nie zapłaci wcale więcej niż Duńczycy. Andrzej Rozenek, poseł Lewicy, stwierdził, że „kupujemy bardzo drogą zabawkę”, bo „samolot F-35 jest drogi, skomplikowany i nie jest przydatny w obronie; jego zakup świadczy, iż priorytety u zarządzających armią stoją na głowie, a nie na nogach”. Ówczesny poseł Partii Razem Maciej Konieczny mówił:
Za te pieniądze można byłoby zapewnić minimalną emeryturę w wysokości 1600 zł wszystkim emerytom, czy też wybudować 75 tys. tak potrzebnych mieszkań
I tłumaczył, że „F-35 znakomicie będzie się prezentował podczas defilad, będzie świetnym obrazkiem w mediach, a rząd kupił sobie bardzo drogą zabawkę, niestety kosztem naszego bezpieczeństwa”.
„Drogą zabawką” mają też być zestawy Patriot, mimo że Polska otrzyma je (w latach 2022–2024) w najnowocześniejszej dostępnej konfiguracji, czyli z radarami dookólnymi oraz możliwością używania tańszych pocisków, będących uzupełnieniem dla antybalistycznych PAC-3 MSE. Polskie baterie Patriot mają też być zintegrowane z nowym systemem zarządzania polem walki IBCS. Warto zauważyć, że podpisano też warte 950 mln zł umowy offsetowe.
Tort dla Putina i kamikadze
Gdy 14 lipca 2021 r. wicepremier Jarosław Kaczyński i minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak ogłosili, że Polska kupi w Stanach Zjednoczonych 250 czołgów M1A2 Abrams SEP v.3 wraz z osprzętem dodatkowym i zapasem amunicji (za 23,3 mld zł), były wiceminister obrony Czesław Mroczek (KO) ocenił:
Ta decyzja pozostaje w sprzeczności z podstawowymi dokumentami, z programem rozwoju Sił Zbrojnych i z programem modernizacji technicznej
Dodał, że „powoływanie się przy zakupie abramsów na pilną potrzebę operacyjną nie jest tym przypadkiem”. A co byłoby „tym przypadkiem”, jeśli nie zagrożenie ze Wschodu? Zakup abramsów nie spodobał się również gen. Mieczysławowi Gocułowi, byłemu szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego:
Gdy prowadziliśmy działania w Iraku i Afganistanie, potrzebne były pilne zakupy dla naszych walczących żołnierzy. Dziś nasi żołnierze nigdzie nie walczą
Czyżby? Gen. Gocuł dodał jeszcze:
Po co kupować tak drogie uzbrojenie, skoro może zostać zniszczone w pierwszych godzinach wojny
Mówił także:
Jeśli w Polsce pojawią się czołgi Abrams, zostaną ustawione na wschód od Wisły i nie będą dysponowały odpowiednim zapleczem, odpowiednim wsparciem, to będą wielkim wartym 23 mld zł tortem dla prezydenta Putina
Na ataki odpowiedział minister obrony Mariusz Błaszczak:
Oni po prostu nie chcą, żeby Polska była bezpieczna
Jako zbędne i pochłaniające pieniądze oraz pomyślane jako wojskowa policja polityczna przedstawiała opozycja ( już w 2016 r.) Wojska Obrony Terytorialnej, które znakomicie się sprawdzają podczas konfliktu granicznego z Białorusią oraz w czasie pandemii. Poseł Paweł Bejda z PSL sugerował możliwość użycia WOT do pacyfikowania cywilów. Podobnie rzecznik PO Jan Grabiec:
Obrona terytorialna może zostać użyta do tłumienia demonstracji antyrządowej
Cezary Tomczyk (PO) mówił, że chodzi o „użycie WOT do walki z opozycją np. w czasie demonstracji antyrządowych. Nie ma zgody na armię PiS”. Adam Cyrański (wtedy Nowoczesna) twierdził, że chodzi o „utworzenie oddziałów kamikadze w razie konfliktu bądź bojówek zbrojnych przeciwko własnym obywatelom w czasie pokoju”.
Ten projekt ma wiele wad i w szerszym wymiarze jest nieperspektywiczny. […] Systemowo projekt ten jest skazany na niepowodzenie
– mówił gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych.
Nikt nic nie rozumie
Gdy zdecydowano o budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego, wiceprzewodniczący PO Rafał Trzaskowski mówił (podczas kampanii prezydenckiej):
Rząd chce planować gigantomanię. Największe lotnisko na świecie
W 2018 r. Trzaskowski napisał na Twitterze:
Mamy gigantomanię PMM [premiera Mateusza Morawieckiego], który proponuje lotnisko w szczerym polu. W Berlinie udało się po latach i będziemy mieli lotnisko, które… no trudno będzie z nim konkurować
.
To gigantomania oparta na specjalnej ustawie, która dopuszcza wywłaszczanie ludzi
– dramatyzował Andrzej Halicki, eurodeputowany PO. A poseł Michał Jaros porównał plany budowy CPK do „socjalistycznej budowy Nowej Huty”.
O tym, że posłowie opozycji nic nie rozumieją, mogą świadczyć słowa byłego dowódcy amerykańskich wojsk lądowych w Europie Fredericka „Bena” Hodgesa:
Ten projekt jest dokładnie tym, czego potrzebuje NATO i co ma na myśli Unia Europejska w dyskusjach o mobilności wojsk. Patrzę na CPK również ze względu na jego wojskową użyteczność dla wszystkich Europejczyków. […] To odpowiedź na pilne potrzeby nas wszystkich, zarówno ze względów komercyjnych, krajowych, jak i ze względów bezpieczeństwa. […] Urzeczywistnienie tego pomysłu pomogłoby nam poruszać się tak szybko jak siłom Federacji Rosyjskiej lub szybciej, co (jest) istotne dla zapobiegania kryzysom i dla odstraszania
Za zbędną i oznaczającą zmarnowanie 1,6 mld zł uznała opozycja budowę zapory (muru) na granicy z Białorusią, która może funkcjonować przez wiele dekad i spełniać funkcje nie tylko związane z ochroną granicy przed atakami przy pomocy imigrantów, lecz także przeciwdziałać szpiegostwu czy aktom dywersji. Za zbędny i pochłaniający pieniądze potrzebne na inne dziedziny opozycja uznała przedstawiony w listopadzie 2021 r. plan rozwoju armii i obronności zawarty w projekcie ustawy o obronie ojczyzny. A przecież była to reakcja na plany Rosji oraz nowe formy prowadzenia wojny.
Wedle opozycji obronić nas mają sojusze i międzynarodowe gwarancje, bez większego własnego wysiłku finansowego i organizacyjnego, bez walki, z ofiarą krwi włącznie. Taka postawa to wystawienie Polski na wielkie niebezpieczeństwo, zwłaszcza przy skłonności dużej części opozycji do odwoływania się do obcych państw, przede wszystkim Niemiec. A te nie mają żadnej wojskowej zdolności do udzielenia Polsce pomocy. Za jeden grosz i bez kropli krwi można tylko popaść w niewolę.
Artykuł z 48/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
