Klęska sukcesu Platformy. "Wykorzystanie kłopotów Polski"Klęska sukcesu Platformy. "Opinia publiczna przekonała się, że chodziło o bezwzględne wykorzystanie kłopotów Polski"

Na początku był więc plan przejęcia władzy z wykorzystaniem różnych zagrożeń i sytuacji kryzysowych, w finale zaś (ewentualnie półfinale) autodemaskacja.
Największym osiągnięciem Donalda Tuska jest przekonanie Polaków, że Platforma Obywatelska jest partią antypaństwową.
Tego się nie spodziewali ani Donald Tusk, ani Platforma Obywatelska. Plan był taki, że Tusk jest zbawieniem nie tylko dla Platformy, lecz także dla Polski. Dlatego deklarował przywrócenie „normalności”, czyli tego, co już było za jego rządów. I deklarował, że ma tak duże wpływy, iż zakulisowymi rozmowami z szefami unijnych instytucji oraz przywódcami państw doprowadzi do zatwierdzenia polskiego Krajowego Planu Odbudowy oraz do tego, że żadne pieniądze dla Polski nie będą blokowane: ani zaliczki z funduszu odbudowy, ani środki z wieloletniego budżetu. To miało jemu i PO przysporzyć poparcia w sondażach oraz podbudować wizerunek polityka skutecznego, mającego wpływy oraz dbającego o polskie interesy. To ostatnie było przecież jego najsłabszą stroną, szczególnie po tym, jak został przewodniczącym Rady Europejskiej.
Zaskoczenie ostatnich tygodni (październik i listopad 2021 r.) polega na tym, że konfrontując się z Prawem i Sprawiedliwością, czyli pokazując, że jest twardo antypisowski i totalnie opozycyjny, wpadł w pułapkę. Tusk odpowiada za jednoznacznie negatywne nastawienie do inicjatyw obozu rządzącego, tyle że akurat dla rządu i państwa najważniejsza była obecnie sprawa bezpieczeństwa Polski i Polaków, czyli twarda reakcja na atak na naszą wschodnią granicę ze strony Białorusi i pośrednio Rosji. I PO, i Tusk głosowali zgodnie z zasadami: „nie, bo nie” oraz „nie można popierać niczego, co proponuje wróg”. Dlatego Platforma nie poparła ustawy o budowie trwałej zapory na newralgicznym odcinku polsko-białoruskiej granicy. Dlatego partia Tuska była najpierw przeciw przedłużeniu stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym, a potem przeciwko ustawie o ochronie granicy państwowej. Na to nałożyła się decyzja o poparciu szkalującej Polskę rezolucji Parlamentu Europejskiego, nawet sami politycy PO eskalowali zarzuty i domagali się sankcji dla Polski. Potem przyszła inicjatywa pięciu frakcji w Parlamencie Europejskim (w tym Europejskiej Partii Ludowej, której Tusk jest wciąż przewodniczącym), żeby nie przyjmować polskiego KPO ani nie odblokowywać środków dla Polski.
Z jednej strony mieliśmy więc bajki Donalda Tuska o jego możliwościach załatwienia dla Polski tego, czego rząd nie był ponoć w stanie załatwić, a z drugiej fakty dowodzące tego, że albo nikt poważny się z nim nie liczy, albo że kłamie, czyli nie tylko Polsce nie pomaga, lecz jej szkodzi, bo o to chodzi w inicjatywie pięciu frakcji. Zamiast odbudować wizerunek PO jako partii skutecznie dbającej o polskie interesy, udało się Tuskowi przekonać wielu Polaków, że Platforma jest partią antypaństwową. A to o wiele gorzej niż bycie totalną opozycją.
Gromowładny bezradny
O ile za czasów, gdy Borys Budka był przewodniczącym PO, partia ta miała problem z wyrażaniem jasnego stanowiska w jakiejkolwiek sprawie, o tyle od powrotu Donalda Tuska tego problemu nie ma. Tyle że te decyzje są dla partii wyjątkowo szkodliwe, szczególnie długofalowo i w kontekście wyborczym. Najgorsze w skutkach może być głosowanie przeciwko budowie zapory na granicy z Białorusią, i to w czasie, gdy na Litwie ( jeden głos przeciw) i Łotwie (zero głosów przeciw) opozycja poparła rząd. I gdy instytucje UE oraz NATO też poparły tę inicjatywę, podobnie jak rządy zwykle Polsce nieprzychylne, np. francuski. Przeciw budowie muru głosowały także Lewica i Polska 2050, ale dla nich skutki tej decyzji nie będą tak dotkliwe jak dla PO, gdyż nie stoi za tym lider partii o długim państwowym i międzynarodowym doświadczeniu, jakie ma Donald Tusk. I lider deklarujący działania dla dobra Polski, a nie przeciw niej.
Kolejną złą w skutkach decyzją PO i Tuska był sprzeciw wobec przedłużenia stanu wyjątkowego przy granicy z Białorusią, co zostało odebrane jako lekceważenie zagrożenia, szczególnie na poziomie lokalnym. Potem pojawił się jeszcze sprzeciw wobec ustawy o ochronie granicy. To ważne, skoro stan wyjątkowy obowiązuje tylko do 30 listopada, a potem nie można go przedłużyć, więc konieczne są inne środki, gdyż sytuacja na granicy jest dużo bardziej napięta niż wtedy, gdy stan wyjątkowy na 60 dni przedłużano.
Te wszystkie decyzje Donalda Tuska i jego partii wzmacniają poczucie zagrożenia w całym kraju i pokazują Platformę jako partię egoistyczną, dla której liczy się tylko własny interes polityczny, a nie bezpieczeństwo Polaków. W dodatku wielu Polaków jest przekonanych, że gdyby rząd PO (nawet w wersji z Tuskiem jako premierem) odpowiadał obecnie za bezpieczeństwo wschodniej granicy, to albo wpuściłby tysiące imigrantów, albo nie byłby w stanie ich zatrzymać, co na jedno wychodzi.
Platformie i Tuskowi bardzo szkodzi przyzwolenie na obrażanie i atakowanie żołnierzy oraz funkcjonariuszy Straży Granicznej i policji przez wielu jej działaczy, a jeszcze bardziej przez zdeklarowanych sympatyków. W demokratycznej Polsce nigdy nie było to dobrze przyjmowane, a szczególnie w czasie zagrożenia, gdy wojsko i służby jeszcze mocniej funkcjonują jako obrońcy Polski, gdy każdego dnia ryzykują zdrowie i życie, a przy tym pokazują oddanie dla Polski i wyjątkowe poświęcenie oraz odpowiedzialność.
Na poczet PO zapisywane są nie tylko ataki europosła Janusza Lewandowskiego, lecz również ludzi przez PO wylansowanych, np. europosłanki Janiny Ochojskiej. To wszystko tworzy obraz partii niebezpiecznej dla Polaków i państwa polskiego, gdyby odzyskała ona władzę. A przecież Donaldowi Tuskowi najbardziej zależało na odzyskaniu przez Platformę wizerunku partii odpowiedzialnej oraz przewidywalnego lidera, w którym można mieć oparcie, przy którym ryzyko się redukuje, a nie zwiększa. Do tego dochodzą kompromitujące dla partii Tuska wygłupy na granicy (i poza nią) posłanki Klaudii Jachiry czy posła Franciszka Sterczewskiego. Tusk nawet próbował ich pohamować, przewidując negatywne skutki ich wyskoków, ale został kompletnie zignorowany, bo te osoby nie są nawet członkami PO i wysłały lidera partii „na drzewo”. Wizerunek Tuska gromowładnego, który, gdy się „wścieknie”, jest w stanie każdego przywołać do porządku albo zniszczyć w razie oporu, legł w gruzach.
Autodemaskacja
Tusk wrócił do polskiej polityki w czasie, gdy pojawiły się różne zagrożenia, w tym przede wszystkim zewnętrzne. I nieprzypadkowo powrót zbiegł się z tymi zagrożeniami. Po prostu kalkulowano, że uda się to wykorzystać do osłabienia Prawa i Sprawiedliwości, a może nawet Tusk mógłby koordynować te wszystkie ataki i trudne sytuacje. A potem jako najbardziej zasłużony, tym bardziej gdyby doszło do wcześniejszych wyborów, mógł wybierać, czy prowadzi opozycję jako kandydat na prezydenta, czy na premiera. Nie przewidział jednak, że tym razem nie będzie chodziło o rutynowe niejako „czołganie” Polski przez instytucje UE, czyli permanentny kryzys, ale atak mający wszelkie cechy wojny: informacyjnej (dezinformacyjnej), propagandowej, hybrydowej, a ostatecznie nawet klasycznej. A w takim momencie nie tylko wzrasta poparcie dla rządzących (tym bardziej, im lepiej sobie radzą), lecz wszelkie działania przeciw rządowi (Polsce) są traktowane jako w najlepszym razie piąta kolumna, a właściwie jako zdrada. I wtedy jest bardzo trudno przekonać kogokolwiek, że zmiana władzy, a już szczególnie jej oddanie w ręce tych, którzy przeciw Polsce działali, ma jakiś sens. Raczej wtedy dominuje przekonanie, że to wielkie ryzyko, a atakujących powinno się trzymać z dala od wpływu na państwo. I Donald Tusk, i PO odbierani są obecnie jako zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. I może to nie być tylko czasowe, lecz będzie pamiętane jeszcze długo po zakończeniu kryzysu na polsko- -białoruskiej granicy.
Na początku był więc plan przejęcia władzy z wykorzystaniem różnych zagrożeń i sytuacji kryzysowych, w finale zaś (ewentualnie półfinale) autodemaskacja. Opinia publiczna (przynajmniej ta trzeźwo patrząca na rzeczywistość) przekonała się, że chodziło o bezwzględne wykorzystanie kłopotów Polski, a nawet współdziałanie w ich eskalacji (szczególnie w instytucjach Unii Europejskiej). A wszystko po to, żeby zdobyć władzę. I także ta gotowość do współdziałania (a przynajmniej wykorzystywania ich działań) z wrogami Polski będzie Donaldowi Tuskowi i Platformie zapamiętana na długo. Właśnie dlatego, że wszystko to działo się w okresie szczególnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa, a nawet jego suwerenności.
Nie jest zatem przypadkiem, że wcześniej bardzo aktywny Donald Tusk praktycznie zniknął po 11 listopada 2021 r. Po prostu zrozumiał, że uczestniczy w grze, która jest dla niego zabójcza, bo to czas próby i lojalności wobec państwa, a nie kombinowania, jak wykorzystać jego trudne położenie.
Z perspektywy czasu samobójcze okazały się zapewnienia i przechwałki Donalda Tuska, że już właściwie załatwił odblokowanie polskiego Krajowego Planu Odbudowy oraz nieblokowanie środków z funduszu odbudowy. Okazało się, że Tusk albo już nie ma tego typu wpływów, albo nigdy ich nie miał. Rzucając słowa na wiatr, tylko udowodnił, że nikt poważny się z nim nie liczy. A w polityce krajowej właściwie zaczął kompromitować PO jako alternatywę dla PiS. Przy okazji zapewnień Tuska o tym, że odblokuje środki dla Polski, opinia publiczna przypomniała sobie, że to PO najmocniej sprzeciwiała się przyjęciu Krajowego Planu Odbudowy oraz wstrzymała się od głosu przy ratyfikacji funduszu odbudowy UE. Gdy dodać do tego antyrządowe działania i słowa przedstawicieli PO w Parlamencie Europejskim oraz negatywne nastawienie do Polski Europejskiej Partii Ludowej, której Tusk przewodniczy, wszystko to układa się w ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym Tusk i Platforma szkodzą Polsce, nawet gdy przedstawiają to jako naprowadzanie Polski pod rządami Prawa i Sprawiedliwości na demokratyczne tory. Gdyby to się działo w czasie, kiedy nie ma zewnętrznego zagrożenia, może przeszłoby bez echa i konsekwencji. Ale dzieje się w stanie zagrożenia, więc przez dużą część opinii publicznej jest postrzegane jako sprzyjanie wrogom Polski, a przynajmniej cyniczne wykorzystywanie takich wrogich działań. Donald Tusk i inni liderzy Platformy chyba wciąż nie zdają sobie sprawy, jak ryzykowną grę podjęli i że może być ona dla nich bardzo kosztowna, nie tylko politycznie.
Ujemny efekt Tuska
Powrót Donalda Tuska do polskiej polityki pomógł się wzmocnić PO w sondażach, szczególnie odrobić straty poniesione na rzecz Polski 2050 Szymona Hołowni. Ale też wzmocnił w Platformie wszystkie te siły i tendencje, które można uznawać nie tylko za antyrządowe, lecz i antypaństwowe. Choćby dlatego, że Tusk zaprezentował jeszcze bardziej totalną wersję opozycji, niż była ona za czasów Grzegorza Schetyny i Borysa Budki. Wielu Tusk ośmielił do działań antyrządowych i antypaństwowych, łudząc, że skoro to wszystko jest skoordynowane z „zagranicą”, to ma szybko przynieść efekt. I skoro ma szerszy wymiar, to nie będzie kompromitujące ani nie będzie budzić podejrzeń o niskie pobudki, nawet takie jak wykorzystywanie zewnętrznych zagrożeń. Dlatego działacze i sympatycy PO się upewniali, że im bardziej Platforma będzie „jechać po bandzie”, tym szybciej odzyska władzę. Ale sposób postrzegania działań Platformy i jej lidera zmienił faktyczny atak na Polskę i brak odwagi, żeby stanąć po stronie rządu. Tego błędu nie popełnili polscy politycy i partie opozycyjne w 1920 r. ( jak zawsze z wyjątkiem komunistów).
W efekcie wizerunek Platformy jako partii antypaństwowej, skłonnej do rozumienia i popierania interesów obcych państw się utrwalił, co paradoksalnie jest największym „osiągnięciem” Donalda Tuska. PO więcej traci w związku z tym, niż traciła pod wodzą niedecyzyjnego i słabego Borysa Budki oraz mocnego „w gębie” Grzegorza Schetyny. W czasie zagrożenia, czyli w czasie próby, totalna opozycyjność i postawienie na zagranicę (ulica jednak zawiodła) okazały się samobójcze. I gdyby Tusk miał te wszystkie przymioty i kwalifikacje, o jakich mówią jego apologeci, powinien to przewidzieć. Najwyraźniej nie potrafił. Można więc mówić o ujemnym efekcie Tuska. Zapewne dlatego jedyną reakcją, na jaką się zdobył po 11 listopada 2021 r. (przynajmniej do czasu powstania tego tekstu), było zaszycie się w mysiej dziurze. Może to i lepiej, bo obiektywnie to mniej szkodliwe niż wcześniejsza aktywność.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
