Jak były premier Kazimierz Marcinkiewicz stał się „sercowym Kaziem”Janecki: Ofiara warunkowania statusowego, czyli jak były premier Kazimierz Marcinkiewicz stał się „sercowym Kaziem” i pośmiewiskiem

marcinikieiw.webp
Kazimierz Marcinkiewicz / Kazimierz Marcinkiewicz
FacebookTwitter

Kiedy Marcinkiewicz osiągnął status celebryty, w kosmos skoczyły jego próżność i zadufanie, zrodziło się przekonanie o nieomylności oraz arogancki i władczy stosunek do otoczenia.

Najlepiej być byłym. Przede wszystkim dla totalniackich, czyli prorządowych obecnie mediów. Wtedy zyskuje się te wszystkie atuty, których się nie miało będąc aktualnym. Mało tego – nie miało się nigdy. A będąc byłym już się jest krynicą mądrości, roztropności i źródłem wszelkich cnót. Trzeba tylko służyć właściwej sprawie. Wystarczy spojrzeć na Kazimierza Marcinkiewicza, czyli nieszczęśnika, który kiedyś zaplątał się w politykę, chociaż cały jest ze świata tandetnej rozrywki.

Jako były, „sercowy Kazio” stał się gigantem na ramionach gigantów. Marcinkiewicz to teraz geniusz pierwszej wody, na przykład dla Doroty Wysockiej-Schnepf i telewizji publicznie się oddającej rządowi. Swoje rewelacyjne idee tworzy z lekkością i łatwością. Kiedyś znajdował na to czas między pajacowaniem przed obiektywami, nocnym włóczeniem się po klubach z młodą żoną i wyprawami do jakichś ciepłych krajów. Z czasem „sercowy Kazio” zaczął rozumieć wszystko. A przewidywał lepiej niż szachowy mistrz Garri Kasparow. Gdyby nie był tak krótko premierem, Polska przegoniłaby już Niemcy, Wielką Brytanię, Francję, Włochy, Holandię, Hiszpanię etc. Ale był za krótko i nie przegoniła. Za to on przegonił hipotetycznie należący do niego rozum, który przez lata próbował dogonić.

Kazimierz Marcinkiewicz wielokrotnie już się topił, ale wciąż wypływał. Nie po raz stumilionowy jako „walczący z alimentami” przez lata niepłaconymi swojej byłej żonie Izabeli. Od alimentów już został sądownie uwolniony, więc postanowił zabłysnąć jako myśliciel. Taki, co to zostawia w latrynach różne wydrapane na ścianach złote myśli. Wypłynął jako myśliciel, jednocześnie nie przestając być, po raz może dziesięciomilionowy, znalazcą prawdziwej, jedynej i niepowtarzalnej miłości, ostatnio (choć może przedostatnio, bo przestałem to odnotowywać) w osobie ukochanej Martyny. I wciąż wypływa jako ktoś, kto od prawie 20 lat nie może się wyrwać z zaklętego kręgu najbardziej żenującego gatunku patocelebryctwa, noszącego trwały makijaż pozwalający udawać rozumność.

„Pani redaktor, jak mieszkałem w dużym akademiku, (...) na studiach we Wrocławiu, w Słowiance, to oczywiście byli tam narkomani. No i ja wiem, jak wygląda człowiek po przedawkowaniu” – objawił się znawca Kazio w telewizji publicznie się oddającej rządowi. „Myśli pan, że to się to za tym kryje?” - dopytywała reprezentująca owa telewizję Dorota Wysocka-Schnepf. „No tak, przecież Nawrocki ćpa. No, znaczy ja nie mówię, że narkotyki. Coś bierze, jest uzależniony od jakiejś dawki, którą musi przyjmować częściej niż co godzinę” – spieszył się sercowy Kazio, choć tym razem żadnego rozumu nie gonił, gdyż przez te wszystkie lata on pobiegł w siną dal. „Ale jak się mówi ćpa, to jednak już jest narkoman” – goniła za Kaziem Wysocka-Schnepf. „Ja nie chcę mówić co, to tu przepraszam” – cofał się Kazio.

„Sercowy Kazio” zupełnie niepotrzebnie powoływał się na swoje wrażenia sprzed ponad 40 lat. A to dlatego, że znajdujące się w jego organizmie laboratorium cały czas pichci jakąś chemię, która Kazia od środka szprycuje. A przez to jest jednym z nielicznych w Polsce uzależnionych, którzy nie muszą niczego wprowadzać do organizmu z zewnątrz. On jest samowystarczalny mając w sobie coś w rodzaju chemicznego gospodarstwa pomocniczego. Problemem jest tylko to, jak i gdzie Kazio utylizuje resztki i odpady, które w każdym laboratorium powstają. Produkty tego wewnętrznego laboratorium zastępują Kaziowi rozum, więc nie musi już nawet za nim gonić.

Jeszcze niedawno Marcinkiewicz nie był wykorzystywany tylko jako lama plujka. Na przykład w marcu 2024 r. wypłynął jako ekspert od bankowości. I od inwestycji – na miarę Warrena Buffetta. Zaczęło się od tego, że w reakcji na ataki wobec prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego, pierwsza wiceprezes dr hab. Marta Kightley, profesor w Szkole Głównej Handlowej, wyjaśniła, iż poprzez polowanie na szefa banku centralnego „dostajemy sygnały, że dla zagranicznych inwestorów Polska staje się krajem niestabilnym. Po pierwsze, bezpośrednio może to po prostu wpłynąć na tak zwaną premię za ryzyko. Co oznacza, że obsługa polskiego długu będzie droższa, czyli my, jako podatnicy, będziemy musieli się więcej złożyć w przyszłości na pokrycie kosztów obsługi długu. To będzie bardziej ważyło w budżecie, a więc budżet będzie miał mniej środków na inne cele”.

Słowa prof. Kightley gdzieś usłyszał „sercowy Kazio” i aż się oderwał od amorów z aktualną, jedyną i wyjątkową miłością, frasując swój czyściutki, nieużywany mózg (nie mylić z rozumem). I walnął niczym gajowy o sosnę: „Czasem inwestorzy pytają o Glapińskiego: skąd się wziął taki błazen na takim stanowisku, ale nie biorą tego pod uwagę przy inwestowaniu”. W kwestii „błazna” Kazimierz Marcinkiewicz jest chyba największym specjalistą w Polsce, więc na pewno najpoważniejsi zagraniczni inwestorzy o wszystkim go informują. I tylko jemu przekazują opinie o prezesie Narodowego Banku Polskiego. Podczas posiedzeń zarządów banków i funduszy inwestycyjnych wielcy inwestorzy na pewno łączą się z Marcinkiewiczem (o ile nie jest zajęty swą nową miłością), żeby przekazać mu swoje wnioski i przemyślenia. Na świecie jest bowiem znany z tego, iż reprezentował Polskę w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju (jeszcze wtedy w Polsce były osoby, które traktowały go w miarę poważnie, no bo jednak był premierem, choć dziś nikt by w to nie uwierzył). No i przez 5 lat pracował też dla banku inwestycyjnego Goldman Sachs, bo ktoś tam uwierzył, że jest na tyle zakolegowany z ówczesnym premierem Donaldem Tuskiem, iż jest w stanie zapewnić jakieś specjalne dojścia i warunki. Bankierskich kwalifikacji oczywiście się nie doszukiwano.

Potem w świat poszła wiadomość, że od 2023 r. Kazimierz podobno doradza jakiemuś szejkowi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Można się domyślać, w jakich sprawach, ale nie warto wchodzić w szczegóły, żeby nie ucierpiało jedyne, głębokie i niepowtarzalne uczucie, które jest głównym zajęciem „sercowego Kazia”. Tak by przynajmniej wynikało z jego aktywności w mediach społecznościowych. Właśnie dlatego trzeba jego opinie brać jako miarodajne. Człowiek permanentnie zanurzony w wielkim uczuciu ma bowiem dostęp do wyższych stopni poznania i wiedzy. Filozof Edmund Husserl nazywał to „oglądem ejdetycznym”.

Marcinkiewicz Kazimierz był, wedle własnej opinii oraz ocen towarzyszy w geniuszu, najlepszym premierem III RP. Prowadził Polskę jak po sznurku do dobrobytu i rozbuchanej demokracji, ale ta wspaniała kariera została przerwana. W dodatku ktoś (zapewne tajne służby) posunął się do największej prowokacji - podstawił Kazimierzowi agentkę udającą poetkę i bizneswoman, czyli niejaką Isabel z Brwinowa. Prostoduszny Kazimierz geniusz wpadł jak śliwka w to, co to wszyscy wiedzą, rozwiódł się, zostawił czwórkę dzieci i ożenił z Isabel. A ona go po prostu codziennie ośmieszała. I Kazimierz geniusz przez ten paskudny podstęp tracił wizerunkowo i biznesowo. I zamiast być co najmniej prezydentem RP, pałętał się po coraz marniejszych biznesach. No i miłość z Isabel zamieniła się w najczystszą nienawiść. I zanim pojawiła się telewizja publicznie oddająca się rządowi Kazimierz występował tylko w TVN 24. I tylko tam demaskował tych, którzy podsunęli mu Isabel, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz wszystkich, których mógł z tą partią powiązać. Dlatego na nowego prezydenta Karola Nawrockiego zaraz po jego wyborze rzucił się jak szczerbaty na suchary.

Kiedy „sercowy Kazio” z każdym tygodniem stawał się coraz większym pośmiewiskiem, pojawiły się różne interpretacje tego upadku. W tym ta o warunkowaniu, czyli hodowaniu do realizacji określonych celów, nawet jeśli przy okazji dochodzi do pełnej autodestrukcji. W wypadku „sercowego Kazia” chodziło o warunkowanie statusowe. Kiedy osiągnął status celebryty, w kosmos skoczyły jego próżność i zadufanie. Zrodziło się przekonanie o nieomylności oraz arogancki i władczy stosunek do otoczenia. Warunkowanie statusowe ma to do siebie, że zakłada „zawrót głowy” od powodzenia, czyli zakłada dominację egoizmu nad altruizmem, a to da się wykorzystać w dalszym warunkowaniu takiej osoby. Wystarczy stawiać jeszcze wyższe cele i obiecywać jeszcze wyższy status, żeby z dużym stopniem pewności ukierunkować działania na cele warunkującego, a nie osoby warunkowanej.

Warunkowanie statusowe ma szczególne znaczenie w wypadku osób mających różne kompleksy oraz poczucie niedowartościowania, a „sercowy Kazio” miał tego tony. Warunkowanie statusowe w polityce tym się różni od warunkowania wyższego rzędu opisanego choćby w pracach Polaka Jerzego Konorskiego czy Amerykanina Burrhusa Frederica Skinnera, że oznacza zadowalanie się nagrodami zastępczymi, zresztą coraz mniejszego kalibru. Wystarczy, żeby warunkowany wciąż miał nadzieję, że kiedyś pójdą za tym mgliście obiecywane stanowiska czy profity. Dla osób mających kompleksy samo uczestniczenie w grze bywa wystarczająco satysfakcjonujące, a to bardzo zaciemnia osąd i pozbawia realizmu.

Wydawałoby się, że warunkowanie statusowe jest tak prymitywną i tak dobrze opisaną metodą, że łatwo mu się przeciwstawić. Pod warunkiem wszakże, że nie trafi ono na podatny grunt, czyli osobę z kompleksami, poczuciem niskiej wartości i łasych na pochlebstwa. Wtedy to prymitywne narzędzie wchodzi jak nóż w masło, a z poddanych warunkowaniu nie czyni bohaterów, tylko pożałowania godnych pajaców. I to jest właśnie przypadek Kazimierza Marcinkiewicza, czyli „sercowego Kazia”, największego pośmiewiska w całej polskiej klasie politycznej.

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Staniewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.