Humanistyczna ofensywa CzarnkaHumanistyczna ofensywa Czarnka. "Lista zmian opracowywanych w MEiN jest długa, wciąż jest uzupełniana i doprecyzowywana"

Dobrze by było, by w dyskusji nad tymi zmianami opozycja sięgała po poważniejsze argumenty niż wyzwiska i przekręcanie słów samego ministra.
Przemysław Czarnek działa na lewicę jak płachta na byka. Przeciwnicy zarzucają mu w medialnej histerii, że wprowadza do polskich szkół i uczelni „katotaliban” i „średniowiecze”. Fakty przemawiają jednak za koniecznością zmian w szkolnictwie, a kierunek ministra Czarnka jest szansą dla polskiej humanistyki.
Do tej pory o wielu bolączkach edukacji mówiło się powszechnie, ale brakowało determinacji do naprawy tego stanu rzeczy. Każdy uczeń i rodzic wie, że w szkole kilkukrotnie przerabiało się historię starożytnych piramid, a rzadko kiedy zdążyło się dotrzeć do najnowszych wydarzeń historii Polski. Każdy nauczyciel – także akademicki – narzeka na papierologię i ilość pracy, jaką musi przeznaczać na wypełnianie nikomu niepotrzebnych dokumentów, na spadający poziom nauczania, a wiele treści z podręczników to swobodna interpretacją, autorów, a nie rzeczowa wiedza.
Powołane przez ministra edukacji i nauki grono ekspertów przygląda się tym patologiom i wypracowuje projekt ustawy, która ma poprawić Gowinowską reformę i stworzyć nową podstawę programową. Późną jesienią lub w pierwszych tygodniach 2022 r. rozwiązania ustawowe mają być gotowe i przegłosowane przez Sejm.
Zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o podzieleniu przedmiotu historia na historię Polski i historię powszechną nadal jest w gronie doradców ministra omawiana. W grę wchodzi kilka wariantów, ale na tę chwilę największym uznaniem cieszy się przedefiniowanie założeń lekcji z wiedzy o społeczeństwie.
Przy niezwykle pomyślnych wiatrach uczniowie dochodzili jedynie do 1989 r., a potem pojawiała się bliżej nieznana „współczesność”
– opowiada jeden z ekspertów ministerstwa, wykładowca akademicki.
A przecież dla młodych Leszek Balcerowicz i jego reformy lat 90. to już jest historia
– komentuje profesor.
Współpracownicy Czarnka mają świadomość, że establishment III RP zawyje z wściekłości, mimo tego przygotowują zmiany programowe.
Unia Europejska jest naszym osiągnięciem, ale nie powinna być opisywana w cukierkowej wersji, bez refleksji o kosztach integracji
– tłumaczy ekspert.
Podstawa programowa nie jest tożsama z pisaniem podręczników. Autorzy i wydawcy książek dostają pewne wytyczne, muszą zawrzeć konkretne fakty, ale wiele szczegółów pozostaje w ich gestii. Muszą np. wspomnieć o opozycji antykomunistycznej, ale o Antonim Macierewiczu mogą jedynie wzmiankować, gdy o Adamie Michniku napiszą jako o czołowej postaci polskiego sprzeciwu wobec PRL – to od nauczycieli będzie zależał wybór wydawnictwa, które polecą swoim podopiecznym.
Pewne rzeczy trzeba wyraźnie zmienić, bo swoboda autorów podręczników nie może oddawać ich poglądów politycznych. Prof. Mirosław Szumiło, recenzent podręczników, wskazuje na nieadekwatne określenia czy polityczne sugestie występujące w wielu szkolnych książkach. – Mało kto chce napisać, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, za to zdarzają się stwierdzenia, że Rosja wpłynęła na wybory w USA i doprowadziła do Białego Domu Donalda Trumpa – komentuje historyk i podkreśla, że to pierwsze jest przecież udowodnione, a to drugie jest jedynie spekulacją jednej strony politycznej. Szumiło jest wieloletnim pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, znawcą historii PRL. Dla niego jest oczywiste, że Polska „ludowa” powinna być pisana właśnie w cudzysłowie, a nie tak jak w peerelowskich pismach: Polska Ludowa. Bolszewicy w Rosji założyli Związek Sowiecki, a określenie „Radziecki” wprowadzili do języka polskiego, by wystrzec się słowa „sowiecki”, które antykomunistyczni Polacy kojarzyli negatywnie. W tej terminologii trzeba zrobić porządek, bo kiedy używamy różnych nazw i pojęć na to samo zjawisko, to dyskusja staje się coraz trudniejsza. Wyklinane przez lewicę wątki związane z Janem Pawłem II czy Żołnierzami Wyklętymi nie będą żadną szkolną rewolucją. Skandalem było to, że młodzi Polacy podczas edukacji nie poznawali dzieł Polaka, który został głową Kościoła katolickiego i przyczynił się do rozpadu bloku komunistycznego. Przeciwnicy Czarnka nie chcą czytać o żołnierzach powojennego podziemia niepodległościowego, ale w mainstreamie wiedza na ten temat bliższa jest artykułom Mariana Turskiego z „Polityki” lat 60., gdy ten polski bunt był postrzegany jako niedorzeczna wojna bratobójcza. Zbyt dużo dokonano odkryć na temat powojennej historii, by jej nie aktualizować.
Równie niedorzeczne są zastrzeżenia wobec pisarki Zofii Kossak, której przypisuje się antysemityzm. Pamiętajmy, że to ona, a nie Irena Sendlerowa, założyła Żegotę – konspiracyjną organizację ratującą Żydów, w której Sendlerowa była aktywną i zaangażowaną, ale jednak podopieczną podlegającą pisarce. Potępianie pisarstwa Zofii Kossak jest wręcz żałosne – jej trylogia „Krzyżowcy” jest nie tylko opartą na źródłach historycznych powieścią o średniowiecznych krucjatach, lecz była swojego czasu bestsellerem nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprzedano jej setki tysięcy egzemplarzy. Czy ma być tak, że Amerykanie lepiej znają polską pisarkę niż my sami?
Zmiany nie ominą także szkolnictwa wyższego – Jarosław Gowin dał rektorom uniwersyteckim ogromną władzę i zmniejszył różnice między stopniami naukowymi tak, że w ostatnich latach spadła lista nominacji profesorskich – doktorzy habilitowani nie mają potrzeby starać się o dalszy awans. Uniwersytety zachowają swoją autonomię, ale będzie ona rozłożona także pomiędzy rady wydziału i rady uczelni. System władzy ma być mieszany, a nie tak centralistyczny, rektorski jak teraz.
Ma nastąpić także demonopolizacja przyznawania tytułów naukowych. Obecnie funkcjonuje Rada Doskonałości Naukowej, w której nie ma dwuinstancyjności. Każdą dyscyplinę reprezentuje trzech członków rady, którzy sami wyznaczają 15 kandydatów na recenzentów, a potem losują pięciu z nich, jakby ich wpływu na procedurę było mało, stają się referentami sprawy. Słowem: Gowin stworzył organ, którego członkowie mogą w sposób niemalże nieograniczony zatrzymać czyjąś karierę naukową – i te narzędzia pozostają w gestii zaledwie trzech ludzi (z danej dziedziny naukowej). Eksperci ministra chcą tutaj przywrócić pełną dwuinstancyjność, żeby garstka profesorów- znajomych nie monopolizowała przyznawania profesur.
Sprzątanie po Gowinie ma jednak szerszy wymiar, bo jego reforma uderzyła w polską humanistykę. Bardziej opłacało się pisać o gender do zagranicznego pisemka, niż prowadzić poważne badania historyczne na temat Polski – teraz polskie pisma będą lepiej punktowane. Kolejnym wrzodem polskiego szkolnictwa jest tzw. ewaluacja, czyli nieustające pomiary dorobku naukowego, efektywności i poziomu nauki. To sprawa niezwykle delikatna, bo trudno jest mierzyć efektywność humanistyki, a biurokratyzacja tej ewaluacji nie oddaje prawdziwych osiągnięć naukowców. Prof. Włodzimierz Bernacki, pełnomocnik rządu ds. monitorowania wdrażania reformy szkolnictwa wyższego i nauki, wskazuje grzechy obecnej ewaluacji:
Teraz nie ocenia się dorobku naukowego w obrębie poszczególnych wydziałów, ale dla całego uniwersytetu
– tłumaczy wiceminister. Czyli gdy na jednej uczelni mamy wybitną pracę historyków i językoznawców, ale gorszy okres mają biologowie i geografowie, to ocena – liczona dla całego uniwersytetu – wypada średnio. Profesor podkreśla, że wyniki ewaluacji są kluczowe – od nich zależy, czy uczelnia będzie miała uprawnienia do prowadzenia szkół doktorskich, jakie będzie miała dotacje, jakie kierunki może otworzyć.
Odpolitycznienie uczelni może się okazać przełomowe dla polskich elit profesorskich. Ministerstwo opracowało Pakiet Wolności Akademickiej, dzięki czemu nauczyciele szkół wyższych nie będą mogli być pociągnięci do odpowiedzialności za swoje wyznanie czy światopogląd. Nawet jeśli władze uczelni, pod wpływem nacisków lub medialnej histerii, wdrożą postępowanie wyjaśniające, to wykładowca nie będzie mógł być zawieszony, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona.
Następnym krokiem do odideologizowania uniwersytetów będzie uporządkowanie kwestii „pełnomocników” uniwersyteckich. W ostatnich latach namnożyło się stanowisk zajmujących się „równością”, „płciowością” i roztrząsaniem, jakimi zaimkami trzeba się zwracać do studentów. Teraz w planach jest zarezerwowanie stanowiska „rzecznika” tylko do spraw dyscyplinarnych. Rektor będzie mógł sobie powoływać ludzi do pilnowania zaimków 55 płci genderowych, ale nie będą oni mieli takiego autorytetu jak obecnie specjalnie do tego wyznaczone osoby.
Lista zmian opracowywanych w Ministerstwie Edukacji i Nauki jest długa, wciąż jest uzupełniana i doprecyzowywana. Grono doradców i ekspertów pochodzi z różnych uczelni i od lat dyskutuje nad kondycją polskich uniwersytetów i szkół. Planowana reforma będzie wpuszczeniem świeżego powietrza do skrępowanej poprawnością polityczną humanistyki, stworzy też dodatkowe programy ministerialne, a procedury awansu będą mniej zależne od kaprysów wąskiego grona. Dobrze by było, by w dyskusji nad tymi zmianami opozycja sięgała po poważniejsze argumenty niż wyzwiska i przekręcanie słów samego ministra.
Artykuł z 38/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
