Gra śmiercią. Kolejna, niebezpieczną fazaGra śmiercią. "Kryzys na granicy białoruskiej wszedł tydzień temu w kolejną, niebezpieczną fazę"

Opozycja myśli, że wykorzystuje do swoich celów Łukaszenkę, podczas gdy w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. To on zręcznie gra na słabościach i fiksacjach antypisowskiej opozycji.
Zwiększenie presji przez Łukaszenkę i przypadki zgonów wśród imigrantów są dla polskiej opozycji korzystne politycznie. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej Łukaszenka ciśnie, tym większa szansa, że coś złego się wydarzy i wówczas będzie można oskarżyć rząd o utratę kontroli nad sytuacją.
Kryzys na granicy białoruskiej wszedł tydzień temu w kolejną, niebezpieczną fazę. Gdy przepychanie setek imigrantów na polską stronę nie zdołało zdestabilizować sytuacji, reżim Łukaszenki podbił stawkę i zaczął grać śmiercią. 19 września straż graniczna potwierdziła znalezienie zwłok trzech imigrantów, którzy – wypchnięci pod lufami białoruskich karabinów na granicę – prawdopodobnie zmarli z wychłodzenia. Inni, skierowani na zdradliwe mokradła, zostali przez naszych pograniczników niemal cudem uratowani od utonięcia.
Wraz ze zmianą pogody i nadchodzącymi chłodami takich przypadków może być więcej, zwłaszcza że służby Łukaszenki kierują w naszą stronę wiele kobiet i małych dzieci. A śmierć dzieci mocno zmienia optykę. Nawet ludzie niechętni imigrantom stają się wówczas bardziej skłonni do ustępstw. I na to właśnie najbardziej liczy dziś białoruski satrapa.
Kurs na eskalację
Na początku września sytuacja na granicy z Białorusią, choć ciągle trudna, zaczęła się stabilizować. Wojsko wraz ze strażą graniczną rozpoczęło układanie zasieków utrudniających nielegalne wejście na terytorium Polski. W ciągu kilku tygodni udało się postawić ponad 130 km ogrodzenia z drutu ostrzowego. Ogłoszono też stan wyjątkowy w strefie przygranicznej, który powstrzymał wariackie, a niekiedy po prostu groźne dla bezpieczeństwa państwa eskapady antypisowskich aktywistów. Rząd dostał również wsparcie polityczne ze strony Unii Europejskiej obawiającej się kolejnego kryzysu migracyjnego na swoich granicach. Wszystko to dawało nadzieję, że pomimo utrzymywania się presji ze strony łukaszenkowskiego reżimu, białoruski dyktator nie osiągnie swojego celu i nie zmusi Polski oraz całej wspólnoty europejskiej do ustępstw.
Wtedy Łukaszenka zmodyfikował swoją taktykę. Liczba imigrantów zaczęła szybko rosnąć – o ile w całym sierpniu straż graniczna odnotowała 3,5 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy, o tyle tylko w ciągu pierwszej połowy września zarejestrowano już ponad 4 tys. takich przypadków. Około tysiąca osób umieszczono w ośrodkach dla imigrantów, pozostałych zdołano zawrócić na Białoruś. Okazało się, że reżim w Mińsku zaczął ściągać imigrantów nie tylko z Iraku i Bliskiego Wschodu, lecz także z najbardziej odległych państw afrykańskich. Operację przerzutu imigrantów ma ułatwić dekret Łukaszenki wprowadzający od 17 października ruch bezwizowy między Białorusią a takimi krajami jak m.in. Pakistan, Jordania, Iran, Egipt i RPA. Obywatele tych i innych wymienionych w dekrecie państw będą mogli przez 30 dni przebywać na terytorium Białorusi bez wizy, jeśli przybędą do tego kraju samolotem do jednego z miast obwodowych – Mohylewa, Witebska, Homla oraz położonych bezpośrednio przy granicy z Polską – Brześcia i Grodna. Można się więc tam spodziewać bezpośrednich lotów z migrantami.
Do tej pory ruch bezwizowy na takich zasadach odbywał się wyłącznie przez lotnisko w Mińsku, a lotniska w stolicach obwodów praktycznie nie obsługiwały ruchu międzynarodowego. Cel nowych regulacji wydaje się więc oczywisty – chodzi o zwiększenie napływu imigrantów i ułatwienie ich dalszego przerzutu. Zwłaszcza że wspomniane kraje, jak zauważył minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński, to „ogromne rezerwuary uchodźców, ogromne rezerwuary ludzi poszukujących lepszego życia. To może oznaczać, że dziesiątki, setki tysięcy ludzi będzie ściąganych na naszą wschodnią granicę” – ostrzegł.
Plan Łukaszenki
Łukaszenka chce w ten sposób zaszantażować Unię Europejską. Skoro UE nie chce zdjąć sankcji, to białoruski satrapa chce ją zmusić do płacenia haraczu za uszczelnienie granicy, a dopóki go nie dostanie, będzie zarabiał na zwożeniu imigrantów – każdy z nich musi bowiem zapłacić kilka tysięcy dolarów za przelot oraz za „wycieczkę” na granicę z Unią, skąd zazwyczaj nie ma już powrotu. A zatem im więcej imigrantów, tym większy zarobek.
Przy okazji Łukaszenka odgrywa się na Unii za zamknięcie przestrzeni powietrznej dla białoruskich samolotów po tym, jak jego reżim zmusił w maju do lądowania w Mińsku samolot Ryanaira z opozycjonistą Ramanem Pratasiewiczem na pokładzie. Skoro więc białoruskie samoloty mają zakaz lotów do Europy, to latają gdzie indziej i zwożą na swoich pokładach nielegalnych imigrantów.
Wreszcie Łukaszenka, wywołując kryzys migracyjny, chce zdestabilizować sytuację polityczną w Polsce i w państwach bałtyckich, co miałoby być z kolei odpowiedzią na wspieranie przez te państwa opozycji białoruskiej. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Bo jasne jest, że plan Łukaszenki powiedzie się tylko wtedy, jeśli w obliczu wywołanej przez niego eskalacji kryzysu na granicy znajdzie w Polsce sojuszników. Nie mówię tu o sojusznikach sensu stricto, lecz o różnej maści „użytecznych idiotach”, którzy jeszcze niedawno tłumnie ściągali na granicę, oraz o politycznych i medialnych cynikach, którzy skorzystają z każdej nadarzającej się okazji, nawet tak groźnej jak konflikt hybrydowy na granicy, aby tylko uderzyć w znienawidzony rząd.
Reżim Łukaszenki wie o tym i ciągle podsyła różne kąski swoim potencjalnym rezonerom. Wśród tych wrzutek znalazła się nawet historia o łosiu, który zdechł, bo się zaplątał w zasieki. Nasi rodzimi ekofanatycy zaczęli się więc natychmiast domagać demontażu zasieków. Minister obrony Mariusz Błaszczak na szczęście uciął temat, obiecując postawienie dodatkowego płotu chroniącego zwierzęta przed obrażeniami. Historia ta pokazuje jednak, że białoruski satrapa całkiem sprawnie gra na słabościach naszych społeczeństw.
Kto kogo wykorzystuje?
Znacznie gorsza była wyjątkowo kłamliwa wrzutka o rzekomym przeciąganiu zwłok kobiety, którą polskie służby graniczne miały przerzucić na białoruską stronę. 19 września białoruska straż graniczna poinformowała o znalezieniu „ciała kobiety o niesłowiańskich rysach” zaledwie jeden metr w głąb terytorium Białorusi przy granicy z Polską w rejonie Kanału Augustowskiego. Obok kobiety była trójka dzieci, mężczyzna i starsza kobieta, a wszyscy byli obywatelami Iraku. Zasugerowano przy tym, że zwłoki kobiety zostały przeciągnięte na stronę białoruską przez funkcjonariuszy polskiej straży granicznej.
Prawda wyglądała zupełnie inaczej. Wycieńczoną kobietę zauważyli po polskiej stronie nasi strażnicy graniczni i powiadomili o tym Białorusinów. Ci jednak nie zareagowali. Jak relacjonował mediom komendant główny Straży Granicznej gen. Tomasz Praga, „pierwszy patrol pojawił się dopiero po kilku godzinach i zupełnie zignorował tę sytuację; przeszedł obok. Po dalszych naszych informacjach i kontaktach ze stroną białoruską został wysłany kolejny patrol w to miejsce. Niestety, po przybyciu stwierdził zgon tej kobiety” – wyjaśnił gen. Praga.
Jasne było, że białoruskiemu reżimowi śmierć imigrantki była politycznie i propagandowo na rękę po to, aby mocniej uderzyć w Polskę. Mimo to antypisowskie media dystansują się od oficjalnych oświadczeń polskich służb i chętnie podchwytują kłamstwa Łukaszenki. Oczywiście nie całkiem wprost, bo byłoby to zbyt kompromitujące. Na wszelki wypadek stawia się więc znaki zapytania. Całkiem otwarcie objaśnił to były minister spraw wewnętrznych w rządzie PO-PSL Bartłomiej Sienkiewicz, który w wypowiedzi dla „Super Expressu” na temat zgonów imigrantów na granicy stwierdził – ni mniej, ni więcej – że nie ma powodu, aby bardziej wierzyć polskiemu rządowi niż Łukaszence.
Cały problem polega na tym, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy władza kłamie, czy nie. Bo nikt jej nie patrzy na ręce
– oznajmił Sienkiewicz.
Sienkiewicz chciałby, aby na granicy były obecne media związane z opozycją. Nie wiem, na ile ich relacje poszerzyłyby naszą wiedzę, jestem za to niemal pewny, że szukałyby tam głównie dowodów na nikczemność pisowskiej władzy. I tym samym wspomagały, choć niejako przy okazji, łukaszenkowską propagandę. W warunkach stanu wyjątkowego jest to na szczęście mocno utrudnione. Nic więc dziwnego, że opozycja chce jego zniesienia. Bo liczy się przecież tylko wojna z PiS. Jeżeli więc działania Łukaszenki mogą osłabić pisowską władzę, to należy bez wahania skorzystać z nadarzającej się okazji. To poziom zafiksowania, który jest już bardzo groźny dla państwa. Opozycja myśli bowiem, że wykorzystuje do swoich celów Łukaszenkę, podczas gdy w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót.
Manewr Tuska
Doniesienia o zgonach imigrantów na granicy są przedstawiane przez antypisowców jako dowód na to, że rząd nie radzi sobie z sytuacją. Opozycja, podobnie jak Łukaszenka, również modyfikuje swoją taktykę. Sygnał do zmiany tej taktyki pierwszy dał Donald Tusk, który jeszcze w sierpniu oświadczył, że „polskie granice muszą być szczelnie i dobrze chronione”. Wtedy na opozycji niewielu go zrozumiało, a Lewica wręcz go zaatakowała.
Tymczasem Tusk dobrze wiedział, że wspieranie dzikich rajdów aktywistów w rodzaju Franciszka Sterczewskiego czy Bartosza Kramka może kosztować opozycję utratę poparcia. Lepszym pomysłem było więc krytykowanie rządu za rzekomą nieudolność w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego. W tym sensie zwiększenie presji przez Łukaszenkę i doprowadzenie do zgonów wśród imigrantów jest dla opozycji korzystne politycznie. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej Łukaszenka ciśnie, tym większa szansa, że coś złego się wydarzy i wówczas będzie można oskarżyć rząd o utratę kontroli nad sytuacją.
Już teraz opozycja domaga się obecności Frontexu na wschodniej granicy. Co z tego, że ta unijna agencja nie ma własnych funkcjonariuszy (są jedynie oddelegowani z poszczególnych państw UE), chodzi przecież jedynie o to, aby wywołać wrażenie, że Polska zupełnie nie radzi sobie z kryzysem. Antypisowcy oraz związane z nimi media być może liczą też na to, że obcy funkcjonariusze w strefie granicznej byliby bardziej przychylni i skłonni do przecieków oraz dopuszczania w miejsca w tej chwili niedostępne. Niewykluczone, że cudzoziemscy strażnicy byliby także bardziej ulegli wobec imigrantów. Nic więc dziwnego, że rząd, który początkowo zastanawiał się nad zaangażowaniem Frontexu, nie ma dziś na to ochoty. Zwłaszcza że mamy dość własnych strażników i żołnierzy.
Co ciekawe, zmienia się również linia opozycji wobec żołnierzy. Jeszcze niedawno nazywani przez Frasyniuka „psami” i „śmieciami” nieoczekiwanie budzą dziś współczucie. Bartłomiej Sienkiewicz stwierdził, że żołnierze i strażnicy graniczni mają nad sobą „głupią, bezrozumną i złą władzę. Ale to jest służba, w której się nie dyskutuje z rozkazami. Ci ludzie są zakładnikami fatalnej polityki i rządu”. Widać w PO zrozumiano już, że atakowanie własnych żołnierzy antagonizuje przeciwko opozycji nie tylko mundurowych, lecz i sporą część społeczeństwa. Jednak słów wypowiedzianych przez Frasyniuka nie da się po prostu wymazać. Zwłaszcza że nigdy za swoje obelgi nie przeprosił. Nie da się też cofnąć głupich akcji w stylu Sterczewskiego czy już zupełnie samobójczego wizerunkowo niszczenia zasieków granicznych.
Manewr Tuska może się więc nie udać. Pomimo zmiany retoryki chodzi bowiem ciągle o to samo. O obalenie pisowskiej władzy. Bezpieczeństwo państwa i własnych obywateli jest tu – jak tego dowiodły wcześniejsze działania opozycji – zdecydowanie na dalszym planie.
Artykuł z 39/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
