Frontex nie pomoże. "Ich udział mógłby mieć fatalne skutki"Frontex nie pomoże. "Udział agencji w procedurze azylowej mógłby mieć dla Polski fatalne konsekwencje"

Co bardziej nawiedzeni lewicowcy i ci, którzy kierują się zasadą „im gorzej, tym lepiej”, liczą na to, że dzięki obecności Frontexu uda się nieco uchylić granicę i przemycić do Polski imigrantów.
Udział Frontexu w procedurze azylowej mógłby mieć dla Polski fatalne konsekwencje. Obcy urzędnicy mogliby bowiem skłaniać imigrantów do przyjęcia azylu w naszym kraju. Tyle tylko, że żaden z nich nie ponosiłby odpowiedzialności za dalsze losy azylantów. A ci zgodnie z prawem, które mówi, że imigrant nie może się powtórnie starać o azyl w innym kraju Unii, musieliby pozostać na terytorium Polski. I tak, boczną furtką, mogliby wejść do nas ludzie, przed którymi w tej chwili twardo się bronimy.
Na początku poprzedniego tygodnia Komisja Europejska (KE) zaproponowała Polsce układ. Na jego mocy KE była gotowa pokryć 2 proc. kosztów budowy muru na granicy z Białorusią, jednak w zamian oczekiwała udziału agencji Frontex w procedurze udzielania azylu imigrantom próbującym się przedrzeć do Polski. Polska – słusznie – odmówiła.
Dlaczego słusznie? Przede wszystkim dlatego, że byłoby to faktyczne oddanie kontroli nad granicą międzynarodowej instytucji, czyli – mówiąc wprost – scedowanie na rzecz Unii kolejnego atrybutu naszej suwerenności. W dodatku za ochłapy, bo czymże jest równowartość 30 mln zł wobec planowanego przez rząd 1,5 mld na budowę nowoczesnego ogrodzenia?
I nie ma tu nic do rzeczy, że wschodnia granica Polski jest zarazem wschodnią granicą Unii, zgodnie z traktatami (które, to prawda, są coraz częściej łamane i naciągane) to państwa członkowskie odpowiadają bowiem za ochronę swoich granic. Zatem nie ma żadnego obowiązku, aby poddawać granicę unijnemu nadzorowi. Zwłaszcza że Unia – poza ogłoszeniem dość mikrych sankcji oraz negocjacjami z Łukaszenką i Putinem, które tylko zachęciły ich do eskalacji kryzysu – niewiele dotąd zrobiła, aby nam realnie pomóc w odparciu hybrydowej agresji ze strony białoruskiego reżimu.
Co więcej udział Frontexu w procedurze azylowej mógłby mieć dla Polski fatalne konsekwencje. Obcy urzędnicy mogliby bowiem skłaniać imigrantów do przyjęcia azylu w naszym kraju. Tyle tylko, że żaden z nich nie ponosiłby odpowiedzialności za dalsze losy azylantów. A ci zgodnie z prawem, które mówi, że imigrant nie może się powtórnie starać o azyl w innym kraju Unii, musieliby pozostać na terytorium Polski. I tak, boczną furtką, mogliby wejść do nas ludzie, przed którymi w tej chwili twardo się bronimy. Co więcej, nie byliby oni zainteresowani pobytem w naszym kraju, co mogłoby wywołać dalsze problemy, tym razem na granicy z Niemcami. Gdyby zaczęli oni na większą skalę uciekać do Niemiec, to nie sposób byłoby wykluczyć zawieszenia przez Berlin układu Schengen na naszej zachodniej granicy. Jakie mielibyśmy z tego korzyści? Przyznam, że ja nie widzę żadnych. Wręcz przeciwnie. Lepiej więc trzymać się dotychczasowej strategii i w żadnym wypadku nie oddawać nikomu kontroli nad własną granicą.
Bez kompleksów
Warto przy tym pamiętać, że Frontex to nie jest – wbrew temu, co sugerują swoim wyznawcom liberalne media – żadna superjednostka, która przyjedzie na naszą granicę i rozpuści tam komandosów, na których widok Białorusini natychmiast czmychną do Mińska, a imigranci z powrotem do Syrii i Iraku. Przeciwnie to licząca 1,3 tys. urzędników agencja, której podstawowym zadaniem jest koordynacja polityki granicznej, wymiana i analiza informacji oraz pomoc w nagłych wypadkach.
Oczywiście hybrydowa agresja na polską granicę jest takim nagłym wypadkiem. Tyle że w takich sytuacjach Frontex może jedynie poprosić inne państwa członkowskie o przysłanie nam do pomocy swoich strażników. Czy oni są nam dziś potrzebni? Polsce, która ma teraz na białoruskiej granicy 16 tys. strażników granicznych, policjantów i żołnierzy, w niczym nie pomoże podesłanie co najwyżej kilkuset funkcjonariuszy z innych krajów Unii. Zwłaszcza że sami przecież udzielamy takiej pomocy zagrożonej Litwie i delegowaliśmy swoich strażników na południe Włoch do walki z nielegalną imigracją z Afryki.
Ktoś może jednak uznać, że nawet kilkuset funkcjonariuszy z państw Unii się przyda, zwłaszcza że są – jak można domniemywać – dobrze wyszkoleni. Owszem, są wyszkoleni, bo ich instruktorami byli Polacy. Jak zwrócił niedawno uwagę w wywiadzie dla naszego tygodnika dowódca Straży Granicznej gen dyw. Tomasz Praga, to polscy strażnicy dzięki wygraniu konkursu ogłoszonego przez Frontex szkolą dziś funkcjonariuszy z innych państw. Zatem mając do dyspozycji tysiące własnych profesjonalnych strażników, naprawdę nie musimy mieć kompleksów i spoglądać na innych.
Prawda ekranu
Oczywiście nie należy być naiwnym i sądzić, że apele o pomoc Frontexu są wyłącznie wynikiem braku wiedzy. Opozycja, bo to głównie od niej wypływają te apele, domaga się obcych funkcjonariuszy, aby upiec przy tej okazji dwie pieczenie na jednym ogniu. Zatwardziali antypisowcy chcą udowodnić w Polsce i poza jej granicami, że „reżim” sobie nie radzi i musi korzystać z pomocy Unii. A skoro tak, to powinien się teraz przed tą Unią ugiąć, także w innych sprawach i zdać się na jej wytyczne. Z kolei co bardziej nawiedzeni lewicowcy i ci, którzy kierują się zasadą „im gorzej, tym lepiej”, liczą na to, że dzięki obecności Frontexu uda się nieco uchylić granicę i przemycić do Polski imigrantów.
Warto zauważyć, że są to zwykle ci sami ludzie, którzy sprzeciwiają się znowelizowaniu ustawy o ochronie granicy oraz budowie tam muru. I głośno domagają się powrotu mediów na granicę, aby poznać „prawdę” o tym, co się tam dzieje. Jak wygląda ta „prawda”, widzieliśmy już wcześniej, przy okazji kotka rzekomo przyniesionego z Afganistanu, dzieci z Michałowa i – przede wszystkim – agresywnych medialnych ataków na żołnierzy i strażników granicznych. Taką „prawdę” cały czas sączą białoruskie i rosyjskie media propagandowe. Nie ma więc sensu podsyłać za plecy polskich żołnierzy epigonów wschodniej propagandy, którzy nawet w takiej sytuacji nie potrafią się powstrzymać od dowalania „reżimowi”.
Byłoby inaczej, gdyby w Polsce media nie żywiły się w takim stopniu wojną polityczną i nie były stronami sporu. Wówczas ta dyskusja o ich obecności na granicy zapewne miałaby sens. Teraz jednak, gdy media stały się narzędziem manipulacji i amunicją w wojnie propagandowej, ich swobodny dostęp do granicy może zagrażać bezpieczeństwu państwa. Tracą na tym, niestety, uczciwi dziennikarze.
Problemem jest także brak spójnej narracji w walce z zewnętrznym zagrożeniem. Bo jeśli część mediów uważa za głównego wroga własny rząd, to siłą rzeczy wspiera przeciwko Polsce – niekoniecznie intencjonalnie – białoruskiego satrapę i jego patrona z Kremla. To są rzeczy niedopuszczalne, ale ciągle nie wszyscy dostrzegają w tym zagrożenie. Bo na razie – na szczęście – konflikt ma ograniczony zasięg, a przy tym nienawiść do PiS odbiera niektórym rozum i pozbawia ich instynktu samozachowawczego.
Łukaszenka zręcznie to wykorzystuje, a nawet inicjuje, o czym świadczy ujawniona w zeszłym tygodniu przez Amerykanów informacja o tym, że źródłem wycieku domniemanych maili ministra Michała Dworczyka byli hakerzy sponsorowani przez reżim w Mińsku. Podobne działania prowadzono także wobec władz litewskich, co wprost dowodzi, że autorytarne reżimy za naszą wschodnią granicą czerpią siłę z naszych wewnętrznych sporów.
Podwójne standardy
KE, jak już wspomniałem, chciałaby wykorzystać Frontex do poszerzenia swojej władzy. Tym razem nad granicami państw członkowskich i ich polityką azylową. Gdyby to się powiodło, to – znając dotychczasową politykę Unii – zapewne wkrótce zalałaby nas fala imigrantów, z których potem bogatsze kraje wyłuskiwałyby nielicznych, którzy mogliby zasilić tamtejsze rynki pracy. Pozostała większość koczowałaby w obozach na terenie Polski, ciągle próbując z nich uciec. A odpowiedzialność za ich ucieczki ponosiłaby Polska. W ten sposób mielibyśmy u nas coś na kształt planowanej w 2015 r. i szczęśliwie zablokowanej relokacji imigrantów, która zakładała, że Niemcy i inne państwa Unii, które wpuściły do siebie wówczas setki tysięcy przyjezdnych z Azji i Afryki, podzielą się ich nadwyżką z Polską i innymi państwami naszego regionu.
Podejrzenia co do intencji KE są o tyle uzasadnione, że dopiero co głównym tematem w jej relacjach z Polską były przepychanki, groźby i kary w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości i rzekomych antydemokratycznych działań rządu PiS. Zatem nie ma żadnych powodów, aby sądzić, iż zdominowana przez ideologicznych wrogów prawicy KE zamierza ułatwiać życie obecnym polskim władzom i poważnie traktować nasz kraj. Coraz bardziej prawdopodobna wydaje mi się więc hipoteza, że uderzenie Łukaszenki (i Putina) w Polskę było nieprzypadkowe, bo jako obiekt walk wewnętrznych i sporów z Unią wydawała się łatwym, osamotnionym celem.
Dodatkowo unijne instytucje – o czym mogliśmy się już niejednokrotnie przekonać, ostatnio choćby w sprawie wymiaru sprawiedliwości – stosują różne standardy wobec różnych państw. Dotyczy to także kwestii związanych z tzw. push-backiem, czyli odsyłaniem nielegalnych imigrantów, którzy przedostali się na drugą stronę granicy. Skądinąd przyjmuje się, że imigrant, który wdarł się nielegalnie na terytorium państwa Unii, powinien – o ile poprosi o azyl – taki azyl otrzymać. Problem w tym, że imigranci, którzy szturmują nas zza wschodniej granicy, takiego azylu się nie domagają, bo chcieliby go złożyć dopiero w kraju docelowym, a więc np. w Niemczech. Z tego powodu są odsyłani przez nasze służby z powrotem na granicę.
Unia chciałaby jednak – i pewnie w tym miałaby pomóc obecność Frontexu – aby ich nie odsyłano i przyjmowano w Polsce. Na jakiej podstawie mielibyśmy kogoś siłą trzymać w naszym kraju? Tego nie wiadomo. Wiadomo za to, że ta sama Unia nie ma podobnych skrupułów w sprawie imigrantów afrykańskich szturmujących hiszpańskie enklawy na marokańskim wybrzeżu Ceutę i Melillę. Tam push-back jest dozwolony. No ale w Hiszpanii rządzi przecież miła KE lewica.
Ponad naszymi głowami?
O tym, że najważniejsi przywódcy Unii nie traktują Polski ani innych państw naszego regionu podmiotowo i najchętniej – ku radości naszej antypisowskiej opozycji – wzięliby sprawy dotyczące naszego życia i naszego bezpieczeństwa w swoje ręce, świadczą choćby podjęte w zeszłym tygodniu próby negocjowania ponad naszymi głowami z Łukaszenką i Putinem.
Nie wiem, jakie dokładnie intencje przyświecały Angeli Merkel, że wzięła do rąk słuchawkę i zadzwoniła do Putina, który poinstruował ją, aby rozmawiała bezpośrednio z Łukaszenką, co też wkrótce uczyniła. Wiem za to, że Łukaszenka, który był bojkotowany przez Zachód od czasu sfałszowanych wyborów prezydenckich w 2020 r., tylko czekał na taką sposobność. I że białoruski satrapa wspólnie z Putinem się przekonał, że presja na polską granicę przynosi efekty. W tym samym czasie własne debaty z Putinem podjął też, tradycyjnie zazdrosny o własną pozycję w Europie, Emmanuel Macron.
Skutek tego był taki, że napór na polską granicę jeszcze bardziej wzrósł. Koczujących przy granicy imigrantów podburzyli funkcjonariusze białoruskich służb, którzy – jak wszystko na to wskazuje – wzięli czynny udział w napaści na polskie przejście graniczne w Kuźnicy. W chwili gdy piszę te słowa, Komenda Główna Policji poinformowała o dziewięciu rannych policjantach, którzy zostali poszkodowani podczas wtorkowego najazdu (w tym jeden ciężko, z pękniętą wskutek uderzenia kamieniem czaszką). Była też mowa o rannym żołnierzu i strażniczce granicznej.
Nie o taką pomoc ani o takie umiędzynarodowienie konfliktu chodzi Polsce. Przekonali się już o tym wcześniej Ukraińcy, których wystawiono do wiatru, gdy się okazało, że zainicjowane przez Zachód rozmowy w tzw. formacie normandzkim niczego nie dały, a Rosjanie znów mocno zagrażają bezpieczeństwu i integralności Ukrainy.
Unia, chcąc pomóc Polsce, powinna ją jednoznacznie wesprzeć i zaostrzyć sankcje. Także we własnym interesie. Bo wszelkie ukłony i ustępstwa wobec Łukaszenki jedynie go zachęcają do dalszej agresji. Być może nadszedł już czas, aby całkowicie zamknąć granicę z Białorusią.
Jeżeli jednak nasi unijni partnerzy nadal będą prowadzić własną grę, licząc przy tym na jakieś korzyści polityczne w Polsce, to wówczas sprowadzą na wszystkich poważne niebezpieczeństwo. Bo Mińsk i Moskwa stawiają przecież na wewnętrzne podziały w Unii, nie przypadkiem Putin – wypowiadając się na temat kryzysu granicznego – wspomniał o możliwości negocjacji jedynie z „głównymi” państwami Unii. Nasze (i nie tylko nasze) doświadczenie historyczne uczy tymczasem, że w ten sposób nie kupi się spokoju. Czeka nas więc najpoważniejszy chyba do tej pory test z europejskiej solidarności.
Na razie kanclerz Merkel uspokaja, że – pomimo dwóch rozmów telefonicznych z Łukaszenką – jest w pełni solidarna z Polską. Solidarni są też zwykli mieszkańcy Europy Zachodniej, którzy – tak jak w niedawnym sondażu zamieszczonym w „Le Figaro” – przytłaczającą większością poparli polską decyzję o budowie muru na granicy (85 proc. spośród ponad 100 tys. głosujących). Zobaczymy, czy to przełoży się na konkretne działania.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
