Dzieci Palikota. "Zamiłowanie do happeningu"Dzieci Palikota. "Można by ich nazwać postpalikotowymi prostaczkami, którzy od mistrza przejęli zamiłowanie do happeningu"

Komedianci są specjalnością PO. Aż trochę dziw, że zamiłowania do happeningu nie widać w ogóle pośród najmłodszych posłów pisowców.
Z jednej strony współczesna „iwasiówszczyzna”, z drugiej przyznanie praw publicznych profanacji i bluźnierstwu – to trudne do przecenienia polityczne dzieło Palikota. Odmieniło ono polską politykę głębiej, niż mogłoby się jeszcze niedawno zdawać.
To było już dawno, przeszło dekadę temu, po premierze w jednym ze sławnych polskich teatrów. Z dość naiwną chęcią zrozumienia zapytałem reżysera, dlaczego w jednej z ważnych scen przedstawienia bohater wygłasza długą kwestię… wisząc na jakimś scenicznym urządzeniu głową w dół. Zawsze lubiłem teatr posługujący się mocnymi środkami wyrazu, bo „teatralne” to przecież równoznaczne z „przesadne”. Ale tym razem nie umiałem w treści sztuki znaleźć żadnego wytłumaczenia dla tak drastycznego dyskomfortu aktora, któremu krew uderzała do głowy i mimo starań miał trudności z artykulacją tekstu. Reżyser (ze znanym dziś i uznanym nazwiskiem) ucieszył się moim pytaniem.
Widzi pan! – odrzekł. – Nikt dotąd nie wymyślił takiej sceny w teatrze, ja jestem pierwszy. I udało mi się przyciągnąć pańską uwagę. O nic więcej tu nie chodziło. I niech pan nie próbuje niczego rozumieć, bo w teatrze przecież nie o to chodzi
Jak widać, wziąłem sobie do serca tamtą odpowiedź i pamiętam ją niemal słowo w słowo, po upływie sporej liczby lat.
Piętno błazna
Bliskie pokrewieństwo teatru i polityki – to w kulturze zachodniej truizm, co najmniej od dwóch i pół tysiąca lat. Wiadomo więc, że przemiany konwencji obowiązujących w teatrze i polityce oddziałują na siebie nawzajem. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy ów zyskujący naonczas sławę reżyser wpadł na pomysł, aby dla przyciągnięcia uwagi kazać aktorowi wygłaszać monolog w pozycji wiszącej, głową w dół, ówczesny poseł Platformy Obywatelskiej Janusz Palikot, z identyczną motywacją, kładł na stole w programie TVN24 ociekający krwią świński łeb, odgrywając przy tym scenę błagań skierowanych do Lecha Kaczyńskiego, aby ten złożył prezydenturę. Łeb świński nie miał wiele wspólnego z dymisją prezydenta, podobnie jak wiszenie aktora z fabułą tamtej sztuki. Nie mam całkowitej pewności, czy w Polsce to teatr inspirował przełom konwencji w polityce, czy też było odwrotnie. Choć pamiętając szukające rozgłosu przez skandal, także przez pornografię, spektakle pewnego sławnego w tamtych latach warszawskiego teatru, mam wrażenie, że Palikot – człowiek obyty i inteligentny, niewątpliwy ojciec komedianckiego stylu w polskiej polityce, mógł być wtórny w swoim koncepcie wobec zyskujących w tamtym czasie rozgłos reżyserów teatralnych.
O Palikocie, w latach jego największego politycznego powodzenia, pisano zazwyczaj jako o błaźnie. Ta ówczesna potoczna opinia brała się z niedoceniania znaczenia, jakie ów niby-błazen miał dla gruntownego przeobrażenia polskiej polityki. Dziś widać, że w ciągu dwóch minionych dekad XXI w. nie było w Polsce – oczywiście poza Kaczyńskim i Tuskiem – innego polityka, który tak mocno i tak trwale wpłynąłby na kształt polskiego życia publicznego. Jeśli z dzisiejszej perspektywy szukać polityka, który dokonał przełomu dającego skrajnej wulgarności prawo obecności na scenie publicznej na równi z wszystkimi tradycyjnymi formami politycznej ekspresji, wiadomo, że jednoznaczna odpowiedź brzmi: to Palikot. A jeśli z naszym dzisiejszym bagażem doświadczeń zapytać, kto amorficzną antyreligijną ruchawkę połączoną z profanowaniem krzyża jako pierwszy przekształcił w zorganizowane polityczne przedsięwzięcie skierowane przeciw polskiemu katolicyzmowi, by w ten sposób spróbować dobić się władzy – równie pewna odpowiedź brzmi: to Palikot.
Fanatycy
Z jednej strony współczesna „iwasiówszczyzna”, z drugiej przyznanie praw publicznych profanacji i bluźnierstwu – to trudne do przecenienia polityczne dzieło Palikota. Odmieniło ono polską politykę głębiej, niż mogłoby się jeszcze niedawno zdawać. Ale od czasu jego prowokacyjnych wystąpień w różowej marynarce, z wywieszonym językiem i modelem penisa w dłoni, ciągnie się też za polską polityką marzenie o łatwej politycznej sławie i karierze, jaką można by zrobić dzięki skandalowi czy efekciarstwu.
W jakimś sensie dziećmi Palikota są polityczni fanatycy, którzy mniemają, że ich skrajne idee są tylko dlatego nieprzyjmowane przez większość, gdyż nie mogą się przebić z powodu panującej zmowy milczenia na ich temat. Dlaczego utalentowany reżyser filmowy Grzegorz Braun, który został posłem Konfederacji, z trybuny parlamentarnej nawołuje do batożenia gejów, zapowiada przyszłą karę śmierci ministrowi zdrowia (którego zresztą niekonsekwentnie uważa za chorego psychopatę) i co dwa tygodnie wywołuje widowiskowy happening usuwania go z sali sejmowej za nieprzestrzeganie wymogów epidemicznych? I dlaczego zdolna prawniczka Sylwia Spurek, wybrana na lewicową europosłankę, zapowiada nam co rusz, a to że będziemy się jeszcze ciężko wstydzić tego, iż jemy jajka i pijemy mleko, a to że doprowadzi do całkowitego zakazu łowienia ryb?
To jasne. Bo polityczny fanatyk musi mieć odwagę bycia skandalistą, aby wytworzyć wokół siebie aurę plebejskiej ciekawości wobec odmieńca. Jednak co charakterystyczne, prawdziwi fanatycy samych siebie i swoje szalone idee traktują nazbyt serio, aby w pełni podążyć tropem Palikota, czyli wejść w rolę organizatora ludycznych happeningów. Ich błąd polega na tym, że owszem, chcieliby szokować, ale wiara w powagę idei, które głoszą, zmusza ich do zachowania ponurego i pryncypialnego stylu działania, tak charakterystycznego zresztą od wieków dla fanatyków. Sam Palikot nigdy fanatykiem, nawet w najmniejszym stopniu, nie był. Owszem, po zerwaniu z Tuskiem otoczył się antyreligijnymi obsesjonatami po to, by zbudować pierwszą w Polsce partię walczącą z chrześcijaństwem. Ale sam był przecież cynikiem próbującym tych wszystkich sztuczek tylko jako sposobu na polityczną karierę.
Komedianci
Przeciwieństwem fanatyków są komedianci. Oni też są w polskiej polityce dziećmi Palikota, tyle że brak im już jego cech diabolicznych: odwagi, inteligencji i wyrafinowania w posługiwaniu się metodą skandalu. Można by ich nazwać postpalikotowymi prostaczkami, którzy od mistrza (coś jakby kot Behemot od messer Wolanda) przejęli zamiłowanie do happeningu, sztuczki i zabawy jako sposobów na publiczne istnienie. Dzisiejsi „młodzi” platformersi, tacy jak najsławniejsi spośród nich – posłowie Klaudia Jachira czy Franciszek Sterczewski (oboje rocznik ʼ88), nie są już ani wyzywająco wulgarni, ani jakoś szczególnie przebiegli, ani też nie uderzają spektakularnie bardziej niż inni w utrwalone wartości wspólnoty, po to by wzbudzić szok i skandal. W ich happeningach nie ma niczego z demoniczności, raczej bliższe są one szkolnym psotom albo infantylnym wygłupom.
Sterczewski będzie szczęśliwy, jeśli uda mu się chwilę uciekać przed strażnikami na granicy, co sfilmują kamery telewizyjne, albo wzbudzi medialną debatę na temat swoich butów, założonych na uroczystą inaugurację parlamentu. Do tych sztubackich happeningów poseł będzie mógł potem dorabiać ideologię humanitaryzmu (na granicy) albo własnej „nowej definicji kultury wysokiej” (jak będzie z całą powagą opowiadać o butach).
Z kolei Jachira wyrecytuje z patosem z trybuny sejmowej własną przeróbkę „Roty”, wstawiając tam Rzepichę zamiast Piasta, PiS zamiast Niemca, no i w końcu Tuska i Lempart zamiast Pana Boga. Ale nawet ta ostatnia podmiana, niby intencjonalnie bluźniercza, w wydaniu posłanki jedynie rozwesela, zwłaszcza gdy (w nagraniu, które właśnie odsłuchałem na YouTubie) po skończonej prezentacji poetyckiej słychać ciche westchnienie prowadzącej obrady wicemarszałek Gosiewskiej: „O mój Boże!”.
Tym niemniej widać, ile satysfakcji czerpią owi posłowie komedianci z tego, że ich dość ubogie happeningi nabierają rozgłosu i są zwielokrotniane komentarzami w sieci oraz w telewizyjnych kanałach informacyjnych, niczym jakieś wystąpienia Tuska czy Kaczyńskiego. Całkiem zresztą możliwe, że komedianci stawiają sobie dość pragmatyczne cele, które chyba udaje im się osiągać. Chcą być wyświetleni na smartfonach nastolatków, którzy za dwa lata pójdą po raz pierwszy głosować i może nawet oddadzą na nich głos, bo na kogo w końcu mają go oddać, jak nie na happenerów, którzy choć już podstarzali (mają po 33 lata), to przynajmniej słabo się mogą kojarzyć z dorosłością.
Nie w ich stylu
O ile fanatycy występują z reguły w małych partiach skrajnych (Lewica, Konfederacja), o tyle komedianci są specjalnością Platformy. Aż trochę dziw, że zamiłowania do happeningu nie widać w ogóle pośród najmłodszych posłów pisowców. Przejrzałem ostatnio pokrótce w sieci dossier na temat najmłodszych wiekiem posłów PiS: Roberta Gontarza (rocznik ’93), Jacka Ozdoby, Jana Kanthaka czy Anny Gembickiej (wszyscy rocznik ’91). I muszę przyznać, że wiedza, jaką na ich temat dysponuje opinia publiczna, sprowadza się w większości do nudnawych, politycznych wypowiedzi naśladujących język starych polityków. No, może z wyjątkiem wiceminister Gembickiej, która robi wrażenie swoimi profesjonalnymi wystąpieniami na temat biznesu i pieniędzy. I jeszcze barwną anegdotą na temat posła Kanthaka, który procesem sądowym próbuje dowieść, iż nie spotykał jakiegoś tam działacza lewicy w krakowskim klubie gejowskim (jak ów złośliwie rozgłasza). W każdym razie widać wyraźnie, że pod tym względem dwie wielkie partie są najzupełniej od siebie odmienne.
Sam Palikot zaczynał swoją komediancką karierę w PO pod czujnym okiem Tuska, a jego spuścizna happeningu, jako metody politycznej, pozostała uprzywilejowanym dziedzictwem tej partii. Młodzi politycy PiS nie mają żyłki do takiego stylu uprawiania postmodernistycznej polityki.
Czy Platforma ma jakiś polityczny zysk ze swoich młodych posłów komediantów? Chyba niewielki albo zgoła nawet żaden. Jachira jest częścią „dobrodziejstwa inwentarza”, jakie Schetyna wziął na siebie po połknięciu Nowoczesnej. Z kolei Sterczewski złapał fuksem mandat w Poznaniu, nie tyle dzięki partii, ile sobie samemu i swojemu środowisku. Co więcej, domagał się odejścia na emeryturę dziadersa Tuska, musi zatem być świadom, co w Platformie teraz się na niego czai za każdym węgłem. Palikot był niegdyś dla Tuska bezcenny, ale tylko dlatego, że były to czasy, w których istniało ciągle silne poczucie tabu, np. w materii religii czy seksu. Palikot tymczasem cieszył się, jak mógł, gdy szokował sprośnością albo profanacją, podczas gdy nikt inny tego wówczas nie robił. Od tamtego czasu życie publiczne odmieniło się całkowicie, a od bluźnierców i bezwstydników aż się w nim roi.
Jeśliby Tusk uznał, iż dla jego politycznych interesów przydałyby mu się znów prawdziwie bluźniercze czy obsceniczne happeningi, to na skinienie palcem ma tutaj zastępy aktorów i aktorek, reżyserów i reżyserek, profesorów i profesorek, intelektualistów i intelektualistek, z których każdy i każda bez zahamowań wcieli się chętnie w rolę jeszcze jednego dziecka Palikota.
Artykuł z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
