Demokraci z odzysku. Komuniści obrońcami integracji EuropyDemokraci z odzysku. "Byli komuniści bardzo chętnie ustawiają się dziś w roli twórców i obrońców europejskiej integracji"

Nasze wnuki dowiedzą się z podręczników, że Polacy zostali oswobodzeni z komunistycznej niewoli przez Darka Rosatiego wraz z Władkiem Frasyniukiem i Włodkiem Cimoszewiczem.
Miller, Rosati, Belka, Cimoszewicz – dawni funkcjonariusze PZPR dziś próbują uchodzić za demokratów walczących o wolność i zapewne w takiej roli chcieliby się zapisać w historii. Ale akces byłych komunistów do obozu liberalnego nie świadczy o tym, że stali się oni demokratami, lecz raczej o tym, że obecna demokracja liberalna przestaje być demokracją.
Leszek Miller napisał wspominkowo na Twitterze, że gdyby za młodu nie zainteresował się polityką, to pewnie budowałby elektrownie albo sieci przesyłowe, bo z zawodu jest elektroenergetykiem.
Widzę chłopaka, który dużo czyta, ale szybko, po szkole zawodowej, w 17. roku życia, przekracza bramy fabryki
– można przeczytać w jego poście. Szkoda, że tak się nie stało. Bo z elektroenergetyka Millera nasz kraj miałby zapewne więcej pożytku niż z polityka Millera.
Uzależniony od władzy
W swoim krótkim wpisie Miller powiedział nam o sobie niemal wszystko. Młody i rzeczywiście niegłupi chłopak z prowincji ma zbyt duże ambicje, aby być zwykłym robotnikiem. Nie dostrzega przed sobą wielkich perspektyw, dlatego bez większych oporów łapie okazję, którą podsuwa mu partia komunistyczna, i natychmiast zaczyna robić w niej karierę. I zamiast stawiać słupy energetyczne, wymienia gabinety w komitetach partyjnych na coraz większe. Staje się funkcjonariuszem władzy, człowiekiem całkowicie od niej uzależnionym. Nic innego nie potrafi już robić, bo bez dostępu do stołków powróci do punktu wyjścia, a więc – w swoim przekonaniu – stanie się nikim. Jego słynny cynizm jest więc zapewne formą obrony przed nieustannie wiszącą nad nim groźbą deklasacji.
Koniunkturalista? A może po prostu ofiara wykluczenia społecznego, która skorzystała z jedynej dostępnej jej ścieżki awansu? Zapewne jedno i drugie. Bo przecież trudna sytuacja życiowa nie usprawiedliwia aż takiej gorliwości, z jaką Miller służył potem partii komunistycznej.
Dziś Miller tłumaczy, że „Polska mogła być taka, jaka była, albo by jej w ogóle nie było. Byłem przekonany o trwałości bipolarnego świata” – wyjaśnia swoje wybory czytelnikom „Gazety Wyborczej”. To nic zaskakującego, podobne uzasadnienia znajdował dla siebie Wojciech Jaruzelski, a wraz z nim tuziny pomniejszych aparatczyków. Tylko jeszcze raz należy zapytać, czy przekonanie o trwałości sowieckiej dominacji, faktycznie powszechne w PRL, naprawdę musiało się równać współpracy z Moskwą? Nie można było być po prostu zwykłym elektroenergetykiem?
Oczywiście Miller zrobił ze swoim życiem, co zechciał. Można byłoby o tym dziś nie mówić, gdyby nie to, że sam Miller wciąż szuka rozgrzeszenia u swoich obecnych politycznych przyjaciół i aby dowieść im swojego zaangażowania, niestrudzenie walczy z pisowskim reżimem.
W przeszłości wiele razy zachowywał się podobnie. Gdy jego błyskotliwa kariera zawaliła się po aferze Rywina, wyizolowany i odsunięty przez swoje środowisko szukał szczęścia, zakładając biało-czerwony krawat Samoobrony. Kiedy i to nie wypaliło, wrócił do SLD, aby po kolejnej przegranej wykonywać dziwne umizgi w kierunku PiS. Wreszcie udało mu się wydeptać ścieżki do Platformy Obywatelskiej, która dzięki wstawiennictwu zasiedziałych tam dawnych towarzyszy, wyekspediowała go ostatecznie do Parlamentu Europejskiego. Stamtąd Miller grzmi dziś na pisowski reżim, wspiera prawa gejów i dopomina się o imigrantów. Zmienił poglądy? Trudno powiedzieć, zresztą nie o to chodzi. Miller nie jest już młody, ale ciągle ma ambicje, jest gorliwy i uzależniony od władzy. I to się na pewno nie zmieniło.
Rosati , przypadek szczególny
Oczywiście Leszek Miller nie jest jedyny. Wśród jego dawnych towarzyszy partyjnych znajdziemy znacznie więcej takich, którzy w aliansie z obozem antypisowskim szukają dziś swojej szansy na odkupienie dawnych grzechów. Najbardziej aktywni z nich, tacy jak np. Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Belka czy Dariusz Rosati, już od dawna funkcjonują z powodzeniem jako demokraci i bojownicy o wolność. Świadomie pomijam tu Aleksandra Kwaśniewskiego, który – po pierwsze – jest człowiekiem raczej unikającym otwartych konfliktów, a po drugie – jako były prezydent nie musi już zabiegać o własną pozycję.
Przypadkiem szczególnym jest za to Rosati, członek PZPR od 1966 r. do jej rozwiązania w roku 1990, sekretarz komitetu uczelnianego partii na warszawskiej SGPiS, a w ostatnim okresie PRL członek rady nadzorczej FOZZ. Pomimo tego nieszczególnego życiorysu politycznego, a może raczej właśnie z jego powodu, Rosati z niesłychanym tupetem próbuje się przedstawiać jako człowiek, który zawsze stał po stronie wolności. Jego wpisy w mediach społecznościowych, w których z rozrzewnieniem wspomina powstanie Solidarności lub brutalnie tłumione manifestacje w rocznicę polskiej niepodległości, budzą zażenowanie, zwłaszcza u tych, którzy dobrze znają prawdziwą przeszłość Rosatiego, partyjnego ekonomisty, robiącego podczas stanu wojennego karierę naukową i wyjeżdżającego na staże do USA i Europy Zachodniej, co było przywilejem zarezerwowanym zwykle dla najbardziej zaufanych i lojalnych popleczników reżimu komunistycznego. Tymczasem Rosati w swoich projekcjach ustawia się niemalże w roli antykomunistycznego opozycjonisty. W 40. rocznicę Porozumień Sierpniowych napisał np. że „Solidarność zrodziła się z pragnienia wolności, równości wobec prawa i poczucia wspólnoty. Bohaterami »S« pozostaną na zawsze Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Władek Frasyniuk, Zbyszek Janas. Nie uda się Kaczyńskiemu zakłamać historii”. A zatem – jak można z tego wnioskować – Rosatiego połączyło z Władkiem, Zbyszkiem, Bogdanem i Lechem odwieczne pragnienie wolności i to ono właśnie sprawia, że ciągle czuje się on strażnikiem tej wspólnie wywalczonej wolnej Polski. Tego – jak podkreśla – nie da się „zakłamać”.
Można się z tego śmiać, oburzać się, załamywać nad tym ręce. Można też uznać, że Rosati, po którym jak po kaczce spływają wszelkie apele o odrobinę powściągliwości w wybielaniu swojego życiorysu, zwyczajnie sfiksował. Ale prawda jest chyba inna. Rosati w pełni świadomie wypisuje takie farmazony, licząc – być może słusznie – że wielu ludzi niepamiętających już PRL przyjmie je bez zdania sprzeciwu. Być może nie byłoby to takie łatwe, gdyby wywołani do tablicy Frasyniuk czy Borusewicz sprzeciwili się temu, ale oni – podobnie jak cały obóz antypisowski – milcząco autoryzują barwne opowieści swojego „opozycyjnego” kolegi Darka. Choć z drugiej strony antypisowcy są przecież bardzo skrupulatni w studiowaniu życiorysów swoich przeciwników i wyłapywaniu na prawicy pojedynczych, zwykle drugorzędnych byłych partyjniaków.
W przypadku Rosatiego i jemu podobnych mamy więc do czynienia z dość bezczelną próbą przepisywania historii na nowo, podjętą po to, aby utrwalić w niej swój zupełnie fałszywy wizerunek: demokraty i bojownika o wolność. To dziś coraz poważniejszy i powszechniejszy problem, bo jeżeli nikt nie będzie się temu przeciwstawiał, to nasze dzieci i wnuki dowiedzą się z podręczników, że Polacy najpierw wywołali wojnę, potem zorganizowali Holokaust, a na końcu, gdy wskutek własnych zbrodni popadli w komunistyczną niewolę, to zostali z niej oswobodzeni przez Darka Rosatiego z Władkiem Frasyniukiem i Włodkiem Cimoszewiczem.
Z Moskwy do Brukseli
Do konfabulacji Rosatiego można by jeszcze dodać, że to partia komunistyczna wprowadziła nas do Europy, ale tu sprzeciwiłby się pewnie Leszek Miller, który uważa się za samodzielnego autora polskiego członkostwa w UE. Jak wspomina Miller:
Traktat akcesyjny mogliśmy ratyfikować w Sejmie. Ale pomyślałem: jeśli zrobi to parlament, to kiedyś inna większość powie: my tego nie uznajemy. Dlatego wybraliśmy referendum. Kaczyński może nas wyprowadzić z UE w każdej chwili
I tak Miller już w 2004 r. we własnej wyobraźni przechytrzył Kaczyńskiego, który – jak wiadomo – już w chwili wejścia do Unii chciał nas z niej wyprowadzić.
Byli komuniści bardzo chętnie ustawiają się dziś w roli twórców i obrońców europejskiej integracji. Kiedyś złośliwie się mawiało, że wynika to z ich służalczej mentalności nakazującej im zawsze poszukiwać pana. I że gdy zabrakło Moskwy, to postawili na Brukselę. Albo – jak kto woli – na Berlin.
Pewnie jest w tym sporo prawdy, zwłaszcza że Bruksela od dawna bardzo chętnie przyjmuje ich hołdy, najwyraźniej dostrzegając w byłych komunistach swoich politycznych sojuszników lub przynajmniej użytecznych wykonawców swojej woli. Nie świadczy to jednak o tym, że byli komuniści stali się nagle – wbrew temu, co sami o sobie trąbią – demokratami. Przeciwnie, oznacza to jedynie, że skoro dawni zamordyści czują się w Brukseli tak komfortowo, to w takim razie z europejską demokracją muszą się dziać bardzo niepokojące rzeczy.
Właściwie to nic zaskakującego. Unia Europejska jest dziś strukturą o bardzo wyraźnym ideologicznym zabarwieniu, w której nie ma miejsca na żadne odstępstwa i herezje od obowiązującej liberalno-lewicowej linii, czego dowodzi choćby obecne grillowanie Polski oraz Węgier. W takim środowisku nasi dawni partyjniacy czują się jak ryby w wodzie, zwłaszcza że to przecież włoski komunista, zmarły w 1986 r. Alberto Spinelli, uchodzi dziś za głównego „ojca założyciela” dążącej do centralizmu (czyli poddanej faktycznemu dyktatowi nieobieralnych elit) Unii Europejskiej.
Przepustka do salonu
Łatwość, z jaką byli komuniści przeistoczyli się w ciągu ostatnich 30 lat w rzekomych demokratów, świadczy nie tylko o ich konformizmie (bo przecież – tak jak w przypadku Millera – są to w większości ludzie uzależnieni od wysokich stanowisk), lecz także o silnych kompleksach. Choć bardzo pragnęli być częścią elity, to przynajmniej po marcu 1968 r., w warunkach PRL stało się to dla nich niemożliwe. Dopiero „okrągły stół” dał im wymarzoną przepustkę do liberalnych salonów, dzięki czemu wielu z nich mogło z czasem zacząć występować z pozycji autorytetu, zarezerwowanej dotąd dla dawnych opozycjonistów. Charakterystycznym wyjątkiem był tu Miller, który – w odróżnieniu od Belki, Rosatiego czy Cimoszewicza – był zwykłym aparatczykiem bez tytułów naukowych i stypendiów w Ameryce. Dlatego nie wpuszczono go do salonu, co potem długo jeszcze odreagowywał w swoich licznych potyczkach z Michnikiem i lepiej ustawionymi towarzyszami. Liberalna lewica okazała się dla niego boleśnie klasistowska.
Komuniści są oczywiście przyzwyczajeni do tego, że lud trzeba „wychowywać” i trzymać krótko, ale będąc kiedyś pod rozkazami Moskwy, odczuwali duży dyskomfort. Bo wiadomo, wysługiwanie się stetryczałym satrapom z Kremla prestiżu społecznego nie dodawało. Dziś, gdy opowiadają się po stronie liberalnej Europy, jest zupełnie inaczej. Różni dawni partyjniacy, oczywiście po ich wcześniejszym zaakceptowaniu przez liberalne salony, mogą bowiem automatycznie uchodzić za światowców, ludzi nowoczesnych i demokratów. Ich próżność została wreszcie zaspokojona, choć oni sami za bardzo się nie zmienili.
Artykuł z 37/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
