Cuda w PO. Platforma niezdolna do demokratycznej rywalizacjiCuda w PO. "Agresja, demagogia i cuda dowodzą tego, iż Platforma Obywatelska jest niezdolna do demokratycznej rywalizacji"

Tusk od powrotu 3 lipca br. chce partią wstrząsnąć, na nowo nakręcając ją na agresję wobec PiS. Ale na groźnych minach i pomrukach Tuska się kończy.
Platforma Obywatelska musi się uciekać do sztuczek, obok agresji i demagogii, żeby wykreować wizerunek ugrupowania zdolnego do wygrania wyborów.
Wybory w Platformie Obywatelskiej (23 października) dowodzą, że albo ta partia co roku radykalnie traci ciągłość ze swoją wersją z przeszłości, nawet tej bliskiej, albo jest tworem iluzjonistów ( jak w filmach „Iluzja”, oryginalnie „Now You See Me”), czasem na miarę Davida Copperfielda (Kotkina). W klasycznej iluzji z pustego kapelusza wyskakuje całkiem niepusty królik, a sztuczne kwiaty zamieniają się w gołębie. Tyle że w iluzji wszystko jest precyzyjnie zaplanowane, a rezultaty zgodne ze scenariuszem, natomiast w PO niczego nie można być pewnym. Może tylko jednego: gdy w wyborach na przewodniczącego startuje tylko Donald Tusk i w istocie jest to głosowanie na Donalda Tuska, a nie na przewodniczącego partii, najlepiej warunki bycia Tuskiem spełnia sam Tusk. Gdyby kandydatów było dwóch, to już nie byłoby takie pewne, dlatego zapewne nie zaryzykowano. W regionach zaryzykowano i sprawdziły się podstawowe zasady iluzji. Na Pomorzu głosowano na Agnieszkę Pomaskę (przynajmniej taki był oficjalny scenariusz Tuska – jeszcze jako p.o. przewodniczącego), ale lepszą Pomaską okazał się marszałek województwa Mieczysław Struk. Na Dolnym Śląsku głosowano na Romana Szełemeja, ale lepszym Szełemejem okazał się Michał Jaros. Skoro Tusk nie miał rywala, to iluzja skupiła się na liczbach.
Oto 23 października br. Donald Tusk dostał 11 474 głosy (97,4 proc. głosujących; przeciw były 253 osoby). Skoro frekwencja wyniosła 73,3 proc., oznaczałoby to, że uprawnionych do głosowania było ok. 15,5 tys. osób. Iluzja polega na tym, że wyborach na przewodniczącego PO w styczniu 2020 r. Borys Budka otrzymał 6481 głosów, i to przy frekwencji wyższej niż podczas głosowania na Tuska (76 proc.). Wtedy podano, że uprawnionych do głosowania było 10 816 osób. Gdy porównać jeszcze liczby z wyborów w 2013 i 2015 r., iluzja jest już pełna, nic się bowiem nie zgadza albo w Platformie członkowie wyskakują jak króliki z kapelusza, a potem zamieniają się w gołębie (bądź odwrotnie). Natomiast gdy kandydatów jest więcej niż jeden, do skrzyni (powiedzmy, że obsługiwanej przez Davida Copperfielda) wchodzi kto inny, niż z niej wychodzi (Pomaska – Struk, Szełemej – Jaros). A potem iluzjonista (Tusk) mówi swoim pomocnikom, że jest mu wszystko jedno, kto wychodzi, choć w scenariuszu tak nie było i jest to sprzeczne z zasadami iluzji. Ale w PO wszystko jest z wszystkim sprzeczne, a im bardziej, tym mocniej jest to przedstawiane jako precyzyjnie zaplanowane. W rzeczywistości zgadza się tylko to, że Tusk miał się z p.o. przewodniczącego stać przewodniczącym. Ale nawet to, czy jako przewodniczący jest silniejszy niż jako p.o., wcale nie jest takie pewne.
Cudowne rozmnożenie
Między styczniem 2020 r. a październikiem 2021 r. w Platformie przybyło prawie 5 tys. osób mających czynne prawo wyborcze. W tym czasie do partii zapisało się najwyżej kilkaset osób. Ten cud jest zapewne wynikiem zmian w statucie partii, obowiązujących od 18 września br., czyli przyjętych wtedy, gdy PO kierował już Tusk. Kluczowy jest tu paragraf 102 pkt 4 statutu:
Wygasa członkostwo w Platformie członków, którzy w okresie 5 lat poprzedzających 18 września 2021 r. nie wpłacili żadnej wymagalnej składki członkowskiej, chyba że w terminie do dnia 31 grudnia 2021 r. dokonają zapłaty jakiejkolwiek składki członkowskiej za pośrednictwem osobistego rachunku bankowego
Przez pięć lat można było zalegać ze składkami członkowskimi i wtedy zyskiwało się status „członka wspierającego”. Ktoś taki nie miał jednak czynnego prawa wyborczego. Po zmianie statutu obowiązującej od 18 września br. wystarczyło wpłacić „jakąkolwiek składkę członkowską”, czyli np. 5 zł, bo tyle wynosi składka za miesiąc (a to podstawowa jednostka rozliczeniowa), żeby pozostać członkiem partii. Czyli żeby nie wylecieć z Centralnego Rejestru Członków. Paragraf 11 statutu (o członkach wspierających) zniknie po 31 grudnia br. A wtedy obowiązywać będzie zmieniony paragraf 15: (pozostaje przepis, że „czynne prawo wyborcze przysługuje wszystkim członkom Platformy wpisanym do CRC, chyba że postanowienia Statutu stanowią inaczej) stwierdzający, że „czynne prawo wyborcze w wyborach do właściwych terytorialnie władz Platformy przysługuje wszystkim członkom Platformy wpisanym do CRC, pod warunkiem niezalegania ze składkami członkowskimi za okres powyżej 6 miesięcy oraz po upływie co najmniej 6 miesięcy od dnia przyjęcia w poczet Platformy, chyba że Zarząd Krajowy wyrazi zgodę na wcześniejsze korzystanie z tych praw”. Jeśli do PO nie zapisało się od powrotu Tuska kilka tysięcy osób, a dane tego nie potwierdzają, to skok uprawnionych do głosowania może wynikać z zastosowania zapisu w par. 102 pkt 4 statutu partii.
W powszechnych wyborach przewodniczącego PO latem 2013 r. uprawnionych do głosowania było aż 42 tys. członków PO. Donalda Tuska poparło wtedy ponad 16 tys. osób, a jego rywala Jarosława Gowina – ponad 4 tys. Łącznie oddano 21,8 tys. głosów, a frekwencja wyniosła tylko 51,12 proc. W wyborach w styczniu 2016 r. Grzegorz Schetyna otrzymał ok. 7,9 tys. głosów (z ok. 17 tys. uprawnionych, a frekwencja wyniosła 52 proc.). W ciągu dwóch i pół roku liczba uprawnionych do głosowania spadła aż o 60 pkt proc. (25 tys. osób). Skoro Borys Budka otrzymał w styczniu 2020 r. 6 481 głosów (78,77 proc. ważnych przy frekwencji 76 proc.), a uprawnionych do głosowania było dokładnie 10 816 osób, oznacza to spadek liczby uprawnionych o kolejne ponad 4 tys. Tendencja jest zatem stała i spadkowa. I nagle staje się cud, choć nie bardzo spektakularny, bo na Donalda Tuska głosują 11 474 osoby (97,4 proc. głosujących), czyli ponad pół tysiąca więcej niż było w ogóle uprawnionych w styczniu 2020 r. Skoro przy wyborze Tuska frekwencja wyniosła 73,3 proc., oznacza to, że uprawnionych było ok. 15,5 tys. osób – skok w stosunku do głosowania w styczniu 2020 r. o prawie 5 tys. osób (ok. 33 pkt proc.). Nie jest to wynik imponujący ( jak w wypadku „zjazdu” między rokiem 2013 a 2016), ale pokazujący „cudowny” wpływ Tuska na liczebność platformerskiej armii.
Ale to nie koniec cudów tudzież postępów iluzji. W 2011 r. Platforma deklarowała, że ma ok. 50 tys. członków, czyli 42 tys. uprawnionych do głosowania w 2013 r. nie dziwi. W styczniu 2021 r. partia deklarowała istnienie 33 090 członków, obecnie zaś ok. 32 tys. Jeśli uprawnionych do głosowania w styczniu 2020 r. było tylko 10 816, to oznacza, że ok. dwóch trzecich członków PO nie miało na początku 2020 r. czynnego prawa wyborczego. Albo wielu się z PO wypisało, albo trafiło do zamrażarki zwanej „członkostwem wspierającym”, np. z powodu niepłacenia składek (przypomnijmy: 5 zł miesięcznie). Skoro po powrocie Tuska liczba uprawnionych (bo nie nowych członków PO) wzrosła o ok. 5 tys., martwe dusze musiały przestać być martwe, zombie zaś znowu stały się ludźmi. Z tego powodu Tusk powinien być ogłoszony tym, który potrafi wskrzeszać i jest dziwne, że nikt z jego apologetów jeszcze tego nie zrobił. Wprawdzie wskazywałoby to na „cuda” nad urną, ale umiejętność jest na tyle wyjątkowa, że może warto.
Słabość PO, słabość Tuska
Tuż po 23 października br., czyli po wyborach wewnętrznych w PO, wydawało się, że sukces Tuska jest ograniczony (99 proc. poparcia w Łodzi robi wrażenie chyba tylko na zwolennikach Kim Dzong Una). Tusk wskazał przecież wyraźnie, że na Pomorzu życzy sobie zwycięstwa Agnieszki Pomaski, na Dolnym Śląsku zaś Romana Szełemeja. Oboje jednak przegrali. A spośród pozostałych 14 szefów regionów połowa to mają być osoby, które Tuskowi średnio pasują. Ponieważ jednak Tusk musi być nie tylko zwycięzcą, ale i najsprytniejszym w Platformie, zaraz pojawiły się teorie, że faworyzując Pomaskę i Szełemeja, w istocie stawiał on na Mieczysława Struka i Jarosa. A nawet jak na Jarosa nie stawiał, to winnym przegranej Szełemeja jest Schetyna, który demonstracyjnie i specjalnie go poparł. A wiadomo, że jak Schetyna kogoś poprze, to ten przegra. Tuskowi to się nie zdarza.
Z kolei na Pomorzu Tusk nie mógł oficjalnie poprzeć marszałka województwa Mieczysława Struka, bo to on ciągnął samolot OLT, czyli niezbyt rozsądnie zachowywał się wobec aferalnej Amber Gold (po co przypominać tę aferę, jeśli jej odłamki trafiły też w Tuska – poprzez jego syna Michała). No i niektórym kojarzy się ze Sławomirem Nowakiem, a ten ma poważne zarzuty korupcyjne w Polsce i na Ukrainie. Z drugiej strony Tusk nie mógł nie poprzeć Pomaski, skoro to była jedyna kobieta ubiegająca się o fotel szefowej wojewódzkich struktur. Przegrała, a tym samym żadna kobieta w deklaratywnie hiperkobiecej partii nie kieruje regionem. Tusk chce przykryć złe wrażenie deklaracją uczynienia wiceprzewodniczącymi partii pięciu kobiet (wedle statutu wiceprzewodniczących może być do 10). Ale zawód i niesmak pozostaną, bo to macho przewodniczący tych pięć kobiet wskazuje, czyli sprowadza je roli paprotek albo zawdzięczających swój status wyłącznie mężczyznom.
Jedynym właściwie sukcesem Tuska w wyborach w regionach było utrącenie kandydatury pełniącego tę funkcję na Mazowszu eurodeputowanego Andrzeja Halickiego. Tusk tak mu obrzydzał kandydowanie, aż Halicki sam zrezygnował ze startu, popierając Jana Grabca, co przesadnie szczerze nie wyglądało. Halicki tak dobrowolnie zrezygnował na Mazowszu, jak Schetyna na Dolnym Śląsku. Ta analogia jest o tyle uzasadniona, że przez lata Halicki był uważany za jednego z najwierniejszych druhów Schetyny, a tych Tusk nie cierpiał.
Platforma Obywatelska, jaką zastał Tusk po powrocie, jest już inną partią niż w 2014 r., gdy ją pożegnał: znacznie gorzej zorganizowaną i mało skuteczną. Najbardziej dobitnym przejawem tej słabości PO był wybór Budki na przewodniczącego, który na to stanowisko się kompletnie nie nadawał. Ale Budka dlatego został szefem partii, bo jest ona właśnie taka jak jej przewodniczący wybrany w styczniu 2020 r.: jałowa ideowo, rozleniwiona, mało sprawna, zmęczona, zajęta samą sobą. Mimo objęcia sterów przez Tuska i cudów nad urną w październiku br., Platforma jest wciąż partią najbardziej pasującą do Budki, a nie do Tuska. I nie do Schetyny. Może najbardziej pasuje do Rafała Trzaskowskiego, ale on nie zdecydował się nawet kandydować na przewodniczącego, choć wcześniej się odgrażał, że ma takie ambicje, że rzuci Tuskowi rękawicę. Nie rzucił, w czym przypomina wielu czołowych polityków tej formacji.
Dlatego Tusk od powrotu 3 lipca br. chce partią wstrząsnąć, na nowo nakręcając ją na agresję wobec PiS. Ale na groźnych minach i pomrukach Tuska się kończy, czego koronnym dowodem był wiec 10 października br. na pl. Zamkowym w Warszawie. Nie było na nim 100 tys. osób, jak chcą organizatorzy, ratusz oraz „Gazeta Wyborcza” z TVN, lecz pięć razy mniej, czyli ok. 20 tys. Te 100 tys. miało być pokazem siły miesiąc przed Marszem Niepodległości. A skoro była klapa i Marsz Niepodległości zapowiadał się na frekwencyjnie wyjątkowy, uruchomiono wszelkie siły i środki, żeby do tego nie dopuścić, czyli przede wszystkim uruchomiono warszawski ratusz, „niezawisłe” sądy oraz kampanię zniesławiania organizatorów i uczestników. Najwyraźniej mocarstwo na glinianych nogach, jakim jest Platforma Obywatelska, także pod przywództwem Tuska musi się uciekać albo do agresji i demagogii, albo do cudów, żeby podtrzymać, a właściwie na nowo wykreować wizerunek ugrupowania zdolnego do wygrania wyborów i dokonania politycznej zmiany. Tyle że agresja, demagogia i cuda dowodzą tego, iż PO jest właśnie niezdolna do demokratycznej rywalizacji, a kompleksy i wady zmuszają ją do korzystania z nadzwyczajnych środków. To jednak wyraz słabości, a nie siły. Także wyraz słabości Donalda Tuska, co ten chce wszelkimi sposobami przykryć. I nic tu nie zmienia 97,4 proc. poparcia w wyborach na szefa partii. Nic nie zmieniają też cuda nad urną.
Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
