Białoruskie scenariusze. "Zaognienie sytuacji"Białoruskie scenariusze. "W interesie reżimu jest zaognienie sytuacji, nawet doprowadzenie do lawinowego wzrostu liczby ofiar śmiertelnych"

Łukaszenka odwołał się do narzędzia presji w postaci emigrantów szturmujących granice Unii Europejskiej, która ustanie, kiedy UE uzna jego władzę i zniesie sankcje.
Użycie migrantów w charakterze narzędzia presji na państwa Unii Europejskiej jest elementem szerszej rozgrywki, którą prowadzi Łukaszenka. Narzędziem, za pomocą którego chce on poszerzyć obszar swej władzy i zwiększyć pole manewru zarówno wobec Moskwy, jak i Zachodu.
Dla Łukaszenki najważniejszy jest teraz czas. Jeśli do końca roku nie odbuduje swej nadszarpniętej po ubiegłorocznych wyborach pozycji politycznej, to w kolejnych miesiącach będzie tylko gorzej. Oczywiście nie chodzi o zdobycie poparcia Białorusinów, bo na to dyktator ma niewielkie szanse. Jak wynika z badań opinii publicznej przeprowadzonych w czerwcu przez Grigorija Astapenię dla brytyjskiego Chatham House, gdyby wybory prezydenckie odbyły się teraz, to w pierwszej rundzie dyktator przegrałby zarówno z Wiktarem Babaryką, jak i z Pawiełem Łatuszką, a w drugiej ze Swiatłaną Cichanouską.
Jednak sondaż ten pokazał też nieco bardziej złożony obraz nastrojów białoruskiego społeczeństwa, które podzieliło się na mniej więcej trzy równe grupy. Socjologowie mówią o „twardych” zwolennikach protestów, których, jak wynika z badań Astapenii, jest 36 proc., identyczna liczba pytanych identyfikuje samych siebie jako niezaangażowanych, niepopierających ani władzy, ani opozycji, a do grupy zwolenników Łukaszenki kwalifikuje się 28 proc. uczestników sondażu. Przy tym badanie pokazuje też, że Białorusini są zastraszeni, znacznie ostrożniej odpowiadają na pytania i częściej odmawiają w nich uczestnictwa, chcieliby co prawda odejścia Łukaszenki, ale niemała część społeczeństwa mówi również, że czuje się bezpieczna i ceni sobie stabilizację.
Nie procenty są w tym wypadku istotne, ale co innego. Otóż trzeba powiedzieć, że brutalnymi represjami i nachalną propagandą obóz władzy odbudował część swego poparcia społecznego. Nie ma większości, ale dysponuje siłą, i ta większość nie jest mu potrzebna, bo nie ubiega się o demokratyczny mandat. Długofalowo na sytuację polityczną na Białorusi kluczowy wpływ ma jednak inny czynnik – obywatele chcą zmian, nie zaakceptowali reżimu, co oznacza, że przy najbliższej okazji znów mogą się ujawnić nastroje większości.
Sankcje Unii i szturm na granice
Łukaszenka korzysta też z lepszej, niźli zapowiadali to wszyscy eksperci, sytuacji gospodarczej. PKB kraju wzrósł w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy tego roku o 3 proc., zamiast planowanych 1,9 proc., a bilans handlowy poprawił się na tyle, że mówi się nawet o „białoruskim cudzie eksportowym”. W efekcie przez pierwsze sześć miesięcy tego roku wynagrodzenia realne na Białorusi rosły, a reżim bez problemu poradził sobie z tym, co jeszcze kilka miesięcy temu uważano za główne zagrożenie dla jego stabilności, czyli ze spłatą międzynarodowych zobowiązań. W czasie ostatniego spotkania z Putinem Łukaszenka miał nawet oświadczyć, że Mińsk nie potrzebuje kolejnych kredytów z Rosji.
Jednak ta korzystna koniunktura zaczyna odchodzić do przeszłości. Przede wszystkim znacznie przyspieszyła inflacja, która zbliża się do 10 proc. w skali roku. W efekcie już w sierpniu spadły realne wynagrodzenia, w szczególności wśród pracowników sektora budżetowego, który zawsze był punktem oparcia dla reżimu. Oznaki niezadowolenia można zauważyć także wśród robotników, a jeśli Łukaszenka czegoś się obawia, to nie demonstracji wielkomiejskiej inteligencji i studentów, ale strajków w państwowych przedsiębiorstwach. Konstantin Byczek, zastępca naczelnika zarządu dochodzeniowego białoruskiego KGB, poinformował kilkanaście dni temu o ujawnieniu w kilku dużych fabrykach sieci zakonspirowanych komórek organizacji nazywającej się Ruch Robotniczy. W świetle oficjalnej wersji miałaby to być organizacja, której uczestnicy planowali akty dywersji w najważniejszych białoruskich zakładach przemysłowych, takich jak rafineria Naftan czy Grodno-Azot. Sam Łukaszenka tydzień wcześniej, w trakcie spotkania z wicepremierem Parchomczukiem i ministrem przemysłu Nazarowym, mówił o „szpiegach” w państwowych przedsiębiorstwach, którzy donoszą Zachodowi, w jaki sposób Mińsk ma zamiar obejść wprowadzone sankcje. Wówczas odczytywano to jako wyraz narastającej szpiegomanii dyktatora, ale wydaje się, że możemy mieć do czynienia z reakcją na napływające informacje o stanie nastrojów wśród robotników.
W grudniu wchodzą w życie postanowienia IV pakietu sankcji Unii Europejskiej, nałożonych po uprowadzeniu samolotu Ryanair, które mogą się okazać bardziej dolegliwe od poprzednich i uderzą w białoruskie przedsiębiorstwa, w rodzaju Biełaruśkalij, które dużo eksportują i są w związku z tym kluczowe dla sytuacji budżetu. To zresztą ciekawy przykład tego, jak nie należy nakładać sankcji na reżimy w rodzaju białoruskiego. Otóż uchwalone przez Unię w ramach IV pakietu działania zostały tak skalibrowane, aby w sposób ograniczony uderzyć w możliwości reżimu. Na listę towarów objętych restrykcjami nie wpisano tych, które mają największe znaczenie dla eksportu, na dodatek ich wejście w życie przesunięto do 5 grudnia. Chciano w ten sposób, jak argumentowali urzędnicy w Brukseli, wysłać sygnał Łukaszence i dać mu czas na skorygowanie polityki reżimu. Tylko że białoruski dyktator odebrał te działania w kategoriach słabości i odwołał się do narzędzia presji w postaci emigrantów szturmujących granice Unii Europejskiej, która ustanie, kiedy ta uzna jego władzę i zniesie sankcje.
Fala represji i „knujący” Zachód
Nie ustaje również nacisk wywierany na Łukaszenkę przez Putina, aby ten rozpoczął reformę konstytucyjną i przeprowadził referendum, które ma rozpocząć proces transmisji władzy. Po ostatnim spotkaniu w Rosji Łukaszenka przyspieszył proces reformy konstytucyjnej i zapowiedział przeprowadzenie „nie dalej niż w lutym” przyszłego roku referendum w sprawie jej przyjęcia, co ma oznaczać zmianę na stanowisku prezydenta kraju.
Ale jednocześnie białoruski dyktator przeszedł do kontrnatarcia, do którego pretekstem stało się wydarzenie z 28 września, mogące się okazać się datą przełomową, jeśli chodzi o sytuację na Białorusi. Tego dnia w Mińsku w czasie próby wejścia do prywatnego mieszkania Andreja Zelcera, młodego (31-letniego) pracownika jednej z tamtejszych firm komputerowych, został zastrzelony przezeń funkcjonariusz KGB i sam właściciel mieszkania. Cała sprawa jest mocno niejasna, akcja przeprowadzona przez funkcjonariuszy – w zgodnych opiniach zarówno ukraińskich, jak i rosyjskich specjalistów pytanych przez dziennikarzy – daleka była od profesjonalizmu.
Władze zdarzenie to potraktowały w kategoriach sygnału do zaostrzenia represji. Natalia Ejsmant, rzeczniczka Łukaszenki, powiedziała, przytaczając słowa dyktatora, że to, co się stało, „nie pozostanie bez kary”, a kierujący administracją Łukaszenki Igor Sergijenko oświadczył, że ci którzy „dostrzegają w przestępcy świętą ofiarę”, zostaną wykryci i ukarani. Inni funkcjonariusze reżimu poszli jeszcze dalej. I tak szef komisji ds. bezpieczeństwa białoruskiego parlamentu, gen. Oleg Biełokoniew powiedział, że „za każdego zamordowanego przedstawiciela organów siłowych należałoby zlikwidować 100 przeciwników” obecnej władzy. Zdelegalizowano ostatnią na Białorusi organizację broniąca praw człowieka, aresztowano niemal 120 osób, które w sieciach społecznościowych pozytywnie, lub choćby tylko ze współczuciem, wypowiadały się o Zelcerze. W trakcie licznych rewizji rozwścieczeni funkcjonariusze aparatu represji demolowali wyposażenie, łamali meble i niszczyli wszystko, co im wpadło w ręce.
Nowa fala represji dotknęła też, i to jest niezwykle interesujące, białoruską edycję „Komsomolskiej Prawdy”, której internetowa strona została zablokowana po tym, jak znalazła się na niej wypowiedź koleżanki Zelcera z lat młodości, która wyraziła się o nim ze współczuciem, mówiąc, że był „spokojnym człowiekiem”. Ale na tym nie koniec. Otóż autor artykułu, dziennikarz Giennadij Możejko, wiedząc, co się święci, uciekł do Moskwy i tam został zatrzymany przez agentów białoruskich służb, przywieziony do Mińska i aresztowany. Grożą mu wieloletnie wyroki. Już po zablokowaniu strony internetowej rosyjskiego dziennika rzecznik Kremla Pieskow wezwał Mińsk do „poszanowania swobody mediów” oraz odblokowania strony dziennika. Jednak białoruski reżim, niewiele sobie robiąc z tych wypowiedzi, a także z publicznych deklaracji wielu rosyjskich oficjeli, w tym samego Putina, że „Moskwa nie zostawia swoich”, nie ustąpił ani nie zmienił swego nastawienia. W efekcie redaktor naczelny „Komsomolskiej Prawdy”, znany rosyjski dziennikarz reżimowy Władimir Sungorkin, poinformował, że dziennik likwiduje swą białoruską mutację. Ta informacja stała się w Moskwie sensacją.
Aby zrozumieć, co ona oznacza, trzeba nieco uwagi poświęcić właścicielowi dziennika. Formalnie jest nim przedsiębiorca Grigorij Bieriezkin, jednak jak się w Rosji uważa, faktycznie kontroluje go Jurij Kowalczuk, właściciel holdingu Narodowa Grupa Medialna, „król rosyjskiej propagandy”, bliski przyjaciel Putina, przez niektórych analityków uznawany nawet za człowieka nr 2 w rosyjskich elitach. Przeprowadzenie w Moskwie akcji w związku z Możejką przez służby Łukaszenki oznacza, że nie mogła się odbyć bez przyzwolenia, a nie można wykluczyć, że z udziałem rosyjskich siłowików. Tym bardziej jest to znaczące wydarzenie, że działanie to wzbudził sprzeciw części „cywilów” na Kremlu i wymierzone było w interesy bliskiej grupy z otoczenia Putina. Wszystko to razem wzięte skłania do opinii, że białoruski dyktator ma bardzo wpływowych przyjaciół w Moskwie i to, co się dzieje na Białorusi, staje się elementem rywalizacji grup polityczno-biznesowych w samej Rosji.
Tego rodzaju oceny potwierdzają też niedawne deklaracje Siergieja Szojgu, rosyjskiego ministra obrony, który zapowiedział, że na Białorusi powstaną dwa, a nie jedno, „centra bojowo-szkoleniowe”, które zdaniem niektórych ekspertów będą regularnymi bazami wojskowymi. Zwiększenie ich liczby ma być wynikiem „doświadczeń” wyniesionych z niedawnych ćwiczeń Zapad 2021, ale czy wyłącznie o to chodzi? Nikołaj Karpienkow, dowodzący białoruskimi wojskami wewnętrznymi, powiedział przed kilkoma dniami, że „w całej Europie Zachodniej zbierają ludzi powiązanych z ISIS” i potem, przy okazji realizowanej przez Polskę i Litwę polityki push back, przerzucają tych ludzi na Białoruś. W jego opinii tego rodzaju działanie ma prowadzić do destabilizacji sytuacji i jest kolejną fazą operacji Zachodu. Co ciekawe, niedawno sam Łukaszenka mówił o tym, że na Ukrainie szkoleni są terroryści i dywersanci, którzy mają przeniknąć przez granicę i destabilizować sytuację. Karpienkow jest bardzo nieciekawą postacią, był jednym z ludzi współtworzących „szwadron śmierci”, który przed kilkunastoma laty zajmował się likwidowaniem przeciwników politycznych Łukaszenki, zamordował m.in. Aleksandra Kozulina, niezależnego kandydata w wyborach prezydenckich. Jego słowa mogą wskazywać na to, że część elity władzy w Mińsku, ciesząca się wsparciem rosyjskich siłowików, jest wręcz zainteresowana eskalacja napięcia na granicach z Polską i pozostałymi państwami wschodniej flanki NATO.
Scenariusze rozwoju sytuacji
Użycie migrantów w charakterze narzędzia presji na państwa Unii Europejskiej jest tylko elementem szerszej rozgrywki, którą prowadzi Łukaszenka, narzędziem, za pomocą którego chce on poszerzyć obszar swej władzy i zwiększyć pole manewru, zarówno wobec Moskwy, jak i Zachodu. Ostatnie decyzje białoruskiego parlamentu zatwierdzające wypowiedzenie umowy o readmisji z Unią Europejską, a także otworzenie nowych „szlaków migracyjnych”, przede wszystkim z Syrii, czy nieprzyjęcie polskiego transportu humanitarnego pokazują, że Mińsk jest zainteresowany eskalowaniem, a nie rozładowaniem konfliktu na granicach.
Politolog Witalij Cygankow powiedział Radiu Swaboda, że działania reżimu mają na celu nie tylko uwiarygodnienie wersji, iż ubiegłoroczne masowe wystąpienia były organizowane przez obce służby, lecz że Łukaszenka, dążąc do eskalacji napięcia, chce uzyskać pretekst, który pozwoliłby mu wprowadzić na czas nieokreślony stan wyjątkowy lub wojenny na Białorusi. W efekcie wymuszone przez Moskwę i zapowiedziane na „nie później niźli w lutym” przyszłego roku referendum konstytucyjne, które miałoby rozpocząć proces zmiany modelu władzy na Białorusi i stopniowego odchodzenia dyktatora, mogłoby zostać odwleczone w czasie. Ostatnie spotkanie Łukaszenki z członkami „komisji konstytucyjnej”, w którego toku dyktator mówił, że „jest jeszcze wiele pracy do zrobienia”, wskazuje, iż w obozie władzy trwa właśnie wewnętrzna debata na temat najlepszych rozwiązań. Oficjalny projekt przewiduje wyposażenie w specjalne rozszerzone kompetencje Białoruskiego Zgromadzenia Narodowego, ciała będącego do tej pory rodzajem pozakonstytucyjnej platformy konsultacyjnej, którego członkowie nie pochodzą z wyboru. Miałoby ono stać się czymś w rodzaju superparlamentu uprawnionego do zatwierdzania wyborów prezydenckich lub zdjęcia z urzędu głowy państwa, gdyby ta sprzeniewierzyła się swoim obowiązkom. Spekuluje się, że to Łukaszenka mógłby stanąć na czele tego organu władzy, uzyskując, trochę na wzór rozwiązań wprowadzonych w Kazachstanie, status „superarbitra” mającego w najważniejszych sprawach państwowych ostatnie słowo. Zwiększenie napięcia na granicy jest i w tym wypadku na rękę Łukaszence, bo konsoliduje obóz władzy, który „okrążony przez wrogów” musi się bronić, a nie cyzelować zapisy nowej konstytucji.
Jakie zatem scenariusze rozwoju sytuacji na granicy Białorusi i Polski wchodzą w grę? Wydaje się, że najbardziej prawdopodobnym jest nasilanie presji i wzrost napięcia. W interesie reżimu jest zaognienie sytuacji, nawet doprowadzenie do lawinowego wzrostu liczby ofiar śmiertelnych, co w miesiącach zimowych wydaje się coraz bardziej możliwe. To dziś najbardziej prawdopodobny wariant rozwoju sytuacji. Efekt „katastrofy humanitarnej” na granicy może zwiększyć liczbę przeciwników obecnej polityki zarówno w Polsce, jak i w Unii, a o to Łukaszence w gruncie rzeczy chodzi. Ceną będzie, jak zapowiedział, uznanie jego władzy i odejście od polityki sankcji.
Jeśli Polsce, Litwie i Łotwie uda się powstrzymać ten napór, zarówno w wyniku umocnienia granicy, jak i wsparcia sojuszników (ważne w tym kontekście są niedawne deklaracje tureckiego ministra spraw zagranicznych), to nie można wykluczyć, że rachunek nakładów i efektów, który skłonił Łukaszenkę do użycia migrantów w charakterze broni, osłabnie. Przejście państw graniczących z Białorusią do działań bardziej asertywnych, polegających na utrudnianiu ruchu towarowego, może tylko ten moment przyspieszyć. Trzeba być jednak gotowym, choć brzmi to w obecnej sytuacji jak herezja, aby zaproponować reżimowi rozwiązanie problemu, które będzie z jego perspektywy akceptowalne.
Mamy wreszcie trzecią możliwość. W stolicach Europy Zachodniej mogą dojść do wniosku, że paradoksalnie przyspieszenie procesu kontrolowanej transmisji władzy na Białorusi i zaprowadzenie tam moskiewskich porządków może się przyczynić do osłabienia presji migracyjnej. Jednak ceną ewentualnego porozumienia Zachodu z Rosją w tej kwestii jest nie tylko pozostawienie Moskwie wolnej ręki na Białorusi, lecz również, a może przede wszystkim, zgoda na rozpoczęcie rozgrywki o przyszłość Ukrainy. Z naszej perspektywy to także scenariusz zły, tyle że skutki jego realizacji odczujemy później.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
