Bezużyteczni prezydenci. "Łasi na pieniądze egoiści"Bezużyteczni prezydenci. "Byłe polskie głowy państwa funkcjonują wyłącznie jako łasi na pieniądze egoiści"

Dla Polski jej byli prezydenci albo nie są w stanie nic zrobić, albo nie chcą, albo nie mają takich możliwości. W mediach goszczą głównie jako celebryci.
Co dla Polski, a co dla siebie robią Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski? Czy wzmacniają wizerunek naszego kraju na świecie?
Żadne albo wręcz niekorzystne dla Polski skutki wywołują działania byłych prezydentów – Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Po odejściu z urzędu dwóch pierwszych zajmowało się wyłącznie zarabianiem pieniędzy, i to za wszelką cenę, Komorowski zaś robił bardzo mało, gdyż poza Polską nie jest znany ani poważnie traktowany.
Lech Wałęsa przez lata korzystał z wizerunku „legendy Solidarności”, laureata Pokojowej Nagrody Nobla i wyzwoliciela Europy Wschodniej od komunizmu, lecz poza inkasowaniem za to pieniędzy („wykłady”) ani nie był w stanie lobbować na rzecz Polski, ani tworzyć pozytywnego obrazu naszego kraju. A często był wręcz pośmiewiskiem z powodu swoich zachowań i „odlotowych” wypowiedzi (np. o kosmitach, co kilka tysięcy lat robiących rewolucję na Ziemi). Degradacja Wałęsy w czasie pandemii i wysiłki, żeby zarobić nawet niewielkie sumy, jeszcze pogłębiły obraz osoby żałosnej, niekompetentnej i szkodzącej wizerunkowi Polski.
Aleksander Kwaśniewski po zakończeniu dwóch kadencji prezydenckich zaczął lobbować, ale nie na rzecz Polski. Bronisław Komorowski po odejściu z urzędu jest emerytem, od czasu do czasu komentującym politykę w polskich mediach. Bez znajomości i wpływów za granicą jest bezużyteczny dla polskich interesów. A z powodu swoich dziwnych wypowiedzi nie jest w ogóle brany pod uwagę jako doradca czy osoba, o której zdanie warto zabiegać.
W przeciwieństwie do emerytowanych głów innych państw byli polscy prezydenci funkcjonują wyłącznie jako łasi na pieniądze egoiści. Co o tyle przykre, że Lech Wałęsa był znany w skali globalnej, Aleksander Kwaśniewski zaś traktowany poważnie, przynajmniej gdy chodzi o kwestie Europy Środkowej i Wschodniej. Dla Polski jej byli prezydenci albo nie są w stanie nic zrobić, albo nie chcą, albo nie mają takich możliwości. W mediach goszczą głównie jako celebryci bądź wtedy, gdy zrobią lub powiedzą coś budzącego zdumienie. Najbardziej aktywny jest Aleksander Kwaśniewski, lecz to on korzysta na sprawowanej w latach 1995–2005 funkcji, a nie Rzeczpospolita. Nawet gdy mówi rzeczy rozsądne i warte rozpowszechniania za granicą. Ale to wszystko przykrywa jego wieloletnia pogoń za pieniędzmi, co sprawiało, że pracował nawet na rzecz krwawego dyktatora.
Oto, co robili byli prezydenci po odejściu ze stanowiska.
Aleksander Kwaśniewski
Po odejściu z najwyższego urzędu w Polsce Aleksander Kwaśniewski doradzał miliarderowi Janowi Kulczykowi, z którym wiele go łączyło wtedy, gdy biznesmen działał na styku z państwem, a były lider SdRP i SLD był głową tego państwa. Sporo o tym dowiedziała się polska opinia publiczna pod koniec 2004 r., gdy ujawniono notatki polskiego wywiadu dotyczące spotkania w lipcu 2003 r. w Wiedniu Jana Kulczyka z Władimirem Ałganowem, rosyjskim agentem działającym w Polsce w latach 90. Kwaśniewski zasiadał w międzynarodowej radzie doradców firmy Kulczyk Investments. Wraz z byłym prezydentem Niemiec Horstem Köhlerem i emerytowanym generałem Jamesem L. Jonesem, w latach 2009–2010 doradcą prezydenta Baracka Obamy ds. bezpieczeństwa narodowego. Kwaśniewski miał otrzymywać z tego tytułu ok. 200 tys. dol. rocznie.
Krótko po odejściu z urzędu Aleksander Kwaśniewski został dobrze opłacanym przewodniczącym zarządu założonej przez Wiktora Pinczuka fundacji Yalta European Strategy. Pinczuk, zięć byłego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy, był jednym z najbardziej wpływowych ukraińskich oligarchów. „Pinczuk pieniądze ma, a ja ich nie mam” – tłumaczył po ujawnieniu informacji o płatnym doradzaniu oligarsze (w Radiu Tok FM) Kwaśniewski. Mówił, że korzysta z pomocy ukraińskiego oligarchy m.in. dlatego, że w Polsce trudno mu znaleźć sponsora dla jego działań o zasięgu międzynarodowym. Kwaśniewski był też przewodniczącym Europejskiej Rady ds. Tolerancji i Pojednania, której fundatorem jest Wiaczesław Mosze Kantor, rosyjski biznesmen żydowskiego pochodzenia, prezes Europejskiego Kongresu Żydowskiego, ale przede wszystkim współwłaściciel firmy Acron, która próbowała przejąć udziały w polskiej Grupie Azoty. W 2007 r. Kwaśniewski mówił:
Moja fundacja podpisuje porozumienia z partnerami, np. ze środowisk żydowskich, bo pracujemy na rzecz pojednania polsko-żydowskiego, amerykańskimi, ponieważ jesteśmy zainteresowani rozwojem współpracy euroatlantyckiej Polska tyle z tego miała, że mogła utracić kontrolę nad jedną ze strategicznych firm.
Najbardziej znacząca, a jednocześnie z wielu względów wątpliwa była „fucha” Kwaśniewskiego w Międzynarodowej Niezależnej Grupie Doradczej przy prezydencie Kazachstanu Nursułtanie Nazarbajewie (sam ustąpił z tej funkcji 20 marca 2019 r., ale nie przestał mieć wpływu na to, co się dzieje w państwie). Ta „fucha” przez lata gwarantowała Kwaśniewskiemu stałe i wysokie dochody. Nazarbajew rządził Kazachstanem od 1991 r., gdy była sowiecka republika ogłosiła niepodległość. Rządził też w czasach ZSRS, gdy był sekretarzem generalnym partii komunistycznej w republice. Po 1991 r. dowolnie zmieniał pod siebie konstytucję, mógł nakazać parlamentowi właściwie wszystko (np. zmianę nazwy stolicy kraju z Astany na Nursułtan, nadanie mu tytułu Wodza Narodu i zapewnienie właściwie dożywotniej władzy – w roli honorowego prezydenta) oraz immunitetu od odpowiedzialności karnej.
Po 1991 r. OBWE nie uznało żadnych wyborów w Kazachstanie za demokratyczne. Zwyciężała w nich zawsze partia prezydenta, a on decydował, jaka siła polityczna będzie w danej kadencji odgrywać rolę opozycji. Realna opozycja była przez Nazarbajewa prześladowana, a jej działacze nawet mordowani. Nazarbajew nie miał żadnych problemów z wydaniem polecenia strzelania do protestujących robotników, choćby w mieście Żanaozen. Dla Kwaśniewskiego Nazarbajew miał jedną zaletę – posiadał pieniądze i chciał je wydawać na doradców takich jak on. Dyktatorskie rządy, łamanie praw człowieka i prześladowanie opozycji miały znaczenie marginalne. Kwaśniewski mógł zarobić u Nazarbajewa kilka milionów dolarów.
Były polski prezydent doradzał też ukraińskiemu oligarsze Mykole Złoczewskiemu. W 2002 r. założył on spółkę Burisma Holdings, zajmującą się wydobyciem ropy i gazu. Szybko stała się ona jednym z największych producentów ropy i gazu na Ukrainie, gdyż Złoczewski otrzymał licencję na eksploatację trzech głównych złóż w kraju oraz dostęp do gazociągów. Politycznie osłaniało go członkostwo w Partii Regionów i finansowanie Wiktora Janukowycza. Za to został ministrem ekologii (2010–2012) i przyznał sobie licencję na eksploatację kolejnych złóż ropy i gazu. Burisma szybko stała się drugą pod względem wielkości prywatną spółką wydobywającą gaz i ropę na Ukrainie. Gdy skończyła się władza Janukowycza, za Złoczewskim wydano list gończy. Przebywał wtedy w Monako. Potrzebował międzynarodowej osłony i „ubezpieczenia”, więc zaprosił do rady dyrektorów (organu nadzorczego Burismy) kilka znanych postaci z zagranicy. W tym gronie znalazł się Aleksander Kwaśniewski. Obok byłego polskiego prezydenta pieniądze od Burismy brał m.in. Hunter Biden, syn ówczesnego wiceprezydenta USA Joe Bidena.
Jestem byłym politykiem, który to, co ma, to jego wiedza, doświadczenie. I jeżeli ktoś jest tym zainteresowany, a są to ludzie poważni, to nie widzę powodów, by nie dzielić się tym doświadczeniem czy wiedzą. I jeżeli jeszcze są pieniądze, które mogę zarobić, to też nie widzę w tym żadnego problemu
– mówił Kwaśniewski po ujawnieniu w 2014 r. informacji o jego pracy dla Złoczewskiego. Biden dostał od Złoczewskiego łącznie ok. 3 mln dol., Aleksander Kwaśniewski zaś milion euro (na konto w PKO BP). W aktach ukraińskiego śledztwa w sprawie Złoczewskiego wskazano, że pieniądze dla Bidena juniora oraz dla Kwaśniewskiego „pochodzą z przestępstwa”.
Holdingiem Burisma zainteresował się prokurator generalny Ukrainy Wiktor Szokin, co zagroziło synowi Joego Bidena, więc ojciec, obecny prezydent USA, naciskał na władze Ukrainy, by Szokina wyrzucić. I Szokin został zdymisjonowany (w marcu 2016 r.). Sam Joe Biden tak o tym mówił w styczniu 2018 r.:
Powiedziałem im: »Nie damy wam miliarda dolarów«. A oni mi mówią: »Nie ma pan takich pełnomocnictw, nie jest pan prezydentem, a prezydent mówił, że da«. Odpowiedziałem: »Zadzwońcie do niego. Mówię wam, że nie dostaniecie miliarda dolarów«. Popatrzyłem na nich i powiedziałem: »Wyjeżdżam za sześć godzin i jeśli do tego czasu nie zdymisjonują waszego prokuratora generalnego, tego sukinsyna, nie dostaniecie pieniędzy«. I zwolnili go. I nominowali tego, który w tym momencie pasował
Aleksandrowi Kwaśniewskiemu nie przeszkadzało ani to, jak Złoczewski zdobywał majątek i wpływy, ani toczące się przeciw niemu śledztwa. Nie przeszkadzały mu też działania Joego Bidena, by ratować syna i samego siebie. Liczyły się tylko pieniądze. W żaden sposób nie zdyskontował znajomości z Bidenem juniorem, nie mówiąc o tym, że mógł ją wykorzystać dla dobra Polski.
Lech Wałęsa
Choć był dużo bardziej znany za granicą niż Kwaśniewski, miał znacznie mniejsze możliwości spożytkowania swoich „fuch” dla dobra Polski, bo poza ojczyzną lansował wyłącznie siebie, nawet chyba nie myśląc o promowaniu Polski. A okazji trochę miał. W 2008 r., głównie dzięki ówczesnemu premierowi Donaldowi Tuskowi, został członkiem unijnej rady mędrców. Ta 12-osobowa „grupa refleksji” miała znaleźć rozwiązania w sprawie przyszłości Unii Europejskiej. Pomysłodawcą był ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy, a jej przewodniczącym został były socjalistyczny premier Hiszpanii Felipe González. Poza Lechem Wałęsą w grupie znaleźli się m.in. była prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga, były unijny komisarz ds. konkurencji Mario Monti (Włochy), polityk niemieckiej CDU Wolfgang Schuster, była szefowa francuskiej socjalistycznej centrali związkowej CFDT Nicole Notat, Richard Lambert, były redaktor naczelny dziennika „Financial Times”, oraz Jorma Ollila, były prezes fińskiego koncernu Nokia.
Rada Mędrców miała określić problemy, przed jakimi do 2030 r. stanie zjednoczona Europa, oraz sposoby radzenia sobie z nimi. Udział Wałęsy w tym gremium był raczej groteską, gdyż jego „mądrości” wywoływały albo politowanie, albo żarty. Na pewno nie służyły wizerunkowi Polski jako poważnego państwa. I to był właściwie jedyny „poważny” epizod w karierze Lecha Wałęsy po prezydenturze.
W listopadzie 2020 r. Lech Wałęsa oświadczył:
Jestem bankrutem! Żona pyta o pieniądze, a ja ich nie mam
Wszystko wydał, a tego wszystkiego mogło być nawet kilkadziesiąt milionów złotych. Przyznał, że to, co miał, rozdał „rodzinie, znajomym i Kościołowi”. A to dlatego, że utrzymuje kilkanaście osób, głównie rodziny swoich dzieci. Płacił nawet alimenty za jednego z synów.
Przez lata źródłem utrzymania byłego prezydenta RP były wykłady wygłaszane za granicą i bazujące na legendzie Solidarności oraz pokojowym Noblu. Sam Wałęsa twierdził, że za jeden wykład zagraniczny dostawał od 10 do 100 tys. dol. Ale większość tych pieniędzy przeznaczał ponoć na działalność instytutu swojego imienia. Gdy ogłosił, że jest bankrutem, wyjaśniał:
Liczyłem, że tak jak było, będzie zawsze, więc rozdawałem, a nie gromadziłem. Dzisiaj już nie mam co rozdawać. Potrzebne mi to, ale chyba nie dożyję czasów, kiedy znowu będę mógł wsiąść do samolotu i polecieć na drugi koniec świata spotykać się z ludźmi
Wszystko zepsuła pandemia. Przed zarazą Lech Wałęsa miał przeciętnie jeden wykład w tygodniu, co by oznaczało, że rocznie miał z tego źródła ok. 2 mln zł (przed opodatkowaniem). Niestety Polska miała z jego wykładów tyle, że wielu ludzi wcześniej przychylnych naszemu krajowi i samemu Wałęsie ze zdumieniem pytało, jak ktoś taki mógł być głową dużego państwa.
Bronisław Komorowski
Jako prezydent nie był nawet w ułamku procentu tak znany na świecie jak Lech Wałęsa czy Aleksander Kwaśniewski. Z rzadka miewał wykłady i mógł liczyć na wynagrodzenie rzędu 3–5 tys. dol. za jeden. To drobne „na waciki” w stosunku do tego, co otrzymują byli prezydenci USA.
George W. Bush za jedno wystąpienie dostawał 100–150 tys. dol. (tygodniowo wygłaszał nawet trzy). Bill Clinton za wykład inkasował od 200 do 700 tys. dol., a Barack Obama 400–800 tys. dol. (prezydenci USA otrzymują emeryturę w wysokości 200 tys. dol. rocznie). Ale w ich przypadku, podobnie jak to jest z innymi emerytowanymi głowami państw, ponad pieniędzmi był interes, wpływy i wizerunek państwa. Dla byłych polskich prezydentów kasa jest najważniejsza. A pęd do jej zdobywania sprawia, że częściej Polskę kompromitują, niż działają dla jej dobra. Są to źle wykorzystane zasoby, choć może inaczej być nie mogło, gdy wziąć pod uwagę ich biografie, uwikłania i „osiągnięcia”.
Artykuł z 40/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
