Co tam się dzieje? Hołdys wśród "ekspertów" u SchnepfCo tam się dzieje? Hołdys wśród "ekspertów" u Schnepf. "Mój kolega, który grał w restauracji..."

Zbigniew Hołdys w ostatnich latach kojarzy się bardziej z zacietrzewieniem politycznym niż muzyką. Tym razem został jednak „ekspertem” - i to na antenie TVP w likwidacji, w programie Doroty Wysockiej-Schnepf.
Zbigniew Hołdys w ostatnich latach kojarzy się bardziej z zacietrzewieniem politycznym niż muzyką. Tym razem został jednak „ekspertem” - i to na antenie TVP w likwidacji, w programie Doroty Wysockiej-Schnepf. Hołdys brał udział w debacie: „Czy nagradzanie lepszych krzywdzi słabszych?” i jako przeciwnik tej tezy podał przykład swój i „kolegi, który grał w restauracjach dla sześciu osób”.
Kiedy dziennikarka skonfliktowana z Krzysztofem Stanowskim i oskarżająca Zbigniewa Ziobrę o to, że wystąpieniem telewizyjnym rzekomo doprowadził do śmierci jej matki, zapraszająca do swoich programów takie persony jak Arkadiusz Szczurek, zabiera się za ciekawe i ważne tematy - musi to skończyć się właśnie tym, że jednym z gości jest Zbigniew Hołdys, postać znana.
Hołdys o ciężkim losie artysty
W programie „Zderzenia. Schnepf z Nawrockim” (nie chodzi o prezydenta RP, lecz o dziennikarza TVP Info w likwidacji, Grzegorza Nawrockiego), silnie rozpolitykowany muzyk na poziomie zacietrzewienia zbliżonym do Tomasza Lisa, był wśród przeciwników tezy o tym, że „nagradzanie lepszych krzywdzi słabszych”. Punktem wyjścia stała się rozpętana przez panią Rzecznik Praw Dziecka ogólnonarodowa awantura o darmowe lody w nagrodę za świadectwo z czerwonym paskiem.
Jest taka książka, którą bardzo lubię, Vitusa Dröschera „Reguła przetrwania”, która opisuje setki przypadków zwierząt, jak one się zachowują w stadzie. We wszystkich tych opisanych przypadkach, zresztą wspaniałych, zachęcam, żebyście się z tym zapoznali, trwa rywalizacja. Taka jest natura po prostu żywego organizmu. Chce przetrwać za wszelką cenę. Chce szybciej pływać, być mądrzejszy, silniejszy, sprytniejszy, ładniej wyglądać. I ja sobie przypominam czasy, które dwoje zwolenników tezy chce nam tu zaproponować
— wskazał muzyk.
W PRL obowiązywał przepis, że wszyscy artyści zarabiają tyle samo. Wszyscy, bez względu na liczbę widzów, bez względu na liczbę sprzedanych płyt, na liczbę sprzedanych biletów na filmy. Ja dostawałem 3 dolary za koncert i 3 dolary za koncert dostawał również mój kolega „Żużel”, który grał w restauracji do tańca dla sześciu osób, a ja grałem na Stadionie Dziesięciolecia. To były przepisy zrównujące nas wszystkich, więc do czego ma dążyć artysta?
— zastanawiał się.
Artysta przy tej okazji wspomniał o tym, że rzucił szkołę krótko przed maturą i żalił się, że z tego powodu „dostaje kuksańce” w internecie.
„Ty nieuku” i tak dalej po mnie jadą. Nikt sobie nie zdaje sprawy z tego, że ja rzuciłem szkołę dlatego, że ja się w niej nie mieściłem. To są skomplikowane sprawy, bo to było po 68’ roku, kiedy wyrzucono z mojej szkoły wielu moich przyjaciół i nauczycieli żydowskiego pochodzenia. Ja się w szkole czułem źle, a jednocześnie miałem ogromną potrzebę zdobywania wiedzy, która w szkole nie była dostarczana, czyli muzyka, literatura amerykańska, iberyjska- tych rzeczy w ogóle nie było - kinematografia. I tym się pasjonowałem. I tak i musiałem do tego dojść sam wyszarpywać tę wiedzę. To by było wypływanie flaków. I co wtedy miałem zrobić? Nie robić tego, zostać tym takim nikim?
— pytał.
Innymi słowy: Hołdys zawsze jest „tym lepszym” i nawet rzucenie szkoły w jego przypadku nie było „biologią”, tylko „metafizyką”.
X/tvp info/Joanna Jaszczuk
