11 listopada: Polska wychodzi na ulice11 listopada: Polska wychodzi na ulice . "Walka o Marsz Niepodległości to coś więcej niż konkretne nazwiska, twarze czy organizacje"

Polacy ruszyli z odsieczą, stając się gospodarzem Narodowego Święta Niepodległości, zaskakując polityków wszystkich opcji i demonstrując zakorzenienie w polskości, z którym od dekad walczą antypolskie grupy interesu.
A jeśli to coś więcej niż uliczna demonstracja przywiązania do polskości? A jeśli kod kulturowy Polaków właśnie wymyka się spod politycznych pojęć? Wiele wskazuje na to, że 11 listopada odbywa się coś wielkiego, z czego jeszcze nie zdajemy sobie sprawy.
Oni bali się Marszu Niepodległości od początku. Zanim wydarzenie zgromadziło tłumy, przeciwko manifestacjom narodowców występowali lewicowi aktywiści. W 2010 r. Robert Biedroń, wraz z grupą anarchistów, próbował zablokować pochód, za co został zatrzymany i oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej policjanta. Lewica chciała zgasić patriotyczne demonstracje, tymczasem rozpaliła narodowy gniew – od tej pory liczba uczestników marszu zaczęła lawinowo rosnąć. Tak rozpoczęło się zjawisko, którego reżyserem nie jest żaden polityk czy prawicowy działacz. Polacy ruszyli świętować niepodległość w takiej skali, która u polityków wszystkich opcji wywołała dezorientację, a wśród salonowych elit – blady strach.
Lewicowe gaszenie nie działa
Wydaje się, że marsz jest zjawiskiem innego porządku niż politycznego
– mówi tygodnikowi „Sieci” prof. Andrzej Zybertowicz, socjolog, doradca prezydenta RP.
Istotnym elementem każdej polityki jest wypracowanie kompromisu, a dla wielu uczestników marszu ta manifestacja polskości jest bezkompromisowa
– dodaje.
Faktycznie członkowie każdej z sejmowych opcji byli ostrożni w komentowaniu wydarzenia. Lewicę oficjalnie razi brak poczucia bezpieczeństwa i właśnie bezkompromisowość.
Nie wybieram się na marsz przede wszystkim dlatego, że jeśli zostanie zorganizowany, to będzie to nielegalne zgromadzenie, takie jest bowiem rozstrzygnięcie sądu, ale i z obawy o bezpieczeństwo
– odpowiada Karolina Pawliczak, posłanka z Nowej Lewicy.
Na wielu poprzednich marszach doszło do aktów wandalizmu i choć nie dotyczy to wszystkich uczestników, to jednak te incydenty odstraszają. Chciałabym, aby było to święto wszystkich Polek i Polaków, a dziś zawłaszczone jest głównie przez narodowców i skrajną prawicę.
Pawliczak przekonuje, że takie ekscesy stają się w Polsce symbolem obecnych czasów, w których „jest przyzwolenie na agresję, zwłaszcza ze strony polityków prawicy”.
Na marsz przyjeżdżają także przedstawiciele różnych organizacji z innych krajów Europy, a co jakiś czas w stutysięcznym tłumie znajduje się ktoś, kto wda się w przepychanki. Nie zapominajmy jednak, że na 11 listopada przybywają jeszcze inni, specyficzni goście. Ultralewacka Antifa, która jest szkolona do walk ulicznych, kilkukrotnie wzniecała bójki i zadymy, a środowiska kibicowskie uczestniczące w marszu nie przyglądały się temu bezczynnie. Prasa naszego zachodniego sąsiada już w 2011 r. przyznawała, że środowiska anarchistyczne przyjeżdżają z Niemiec, by „walczyć z faszyzmem”. I znów próba stłumienia parady biało-czerwonych flag była kontrskuteczna – rok później uczestników było dwa razy więcej.
Patriotyzm bezkompromisowy
Teza Zybertowicza o bezkompromisowości wielu uczestników Marszu Niepodległości potwierdza się w rozmowach z kolejnymi politykami. Marek Dyduch, wiceprzewodniczący Nowej Lewicy, dawniej członek PZPR, nie widzi tam dla siebie miejsca:
Jak dla mnie jest tam za dużo skrajności i radykalizmu, a właściwie wykluczenia środowisk lewicowych i obraźliwych haseł kierowanych do tej strony politycznej. Dla mnie to jest przerażające
– wyznaje tygodnikowi „Sieci”. Polityk liczy na złagodzenie dyskusji:
Chciałbym, żeby Polska była krajem tolerancyjnym, w którym będzie można obchodzić święta w sposób pokojowy. Z kolei nie podzielam chęci do zakazania marszu, bo to jest druga skrajność, która udowadnia, że w Polsce jest za mało dialogu i to jest jednym z głównych grzechów życia publicznego. Takie wydarzenia jak ta manifestacja przyczyniają się tylko do wzrostu nieufności w społeczeństwie
– komentuje.
Strategią umiarkowanej lewicy od lat jest łagodzenie języka – już w latach 90. stare SLD rozmywało kwestie rozliczeń z czasów PRL, aby uniknąć dyskusji wokół – także własnej – przeszłości.
Faktycznie 11 listopada na ulicach Warszawy słychać antykomunistyczne czy antylewackie hasła: „Nie czerwona, nie tęczowa, tylko Polska narodowa” – rozbrzmiewa nieraz. „Śmierć wrogom ojczyzny” – oto jeden z napisów na którymś z transparentów. Lewica może mieć jednak problem w dyskusji nad tym hasłem, było ono bowiem jednym z zawołań Narodowych Sił Zbrojnych – podziemnej organizacji, która w czasie II wojny światowej i zaraz po niej walczyła z Niemcami i z Sowietami. To tak jak w stanie wojennym ludzie Solidarności pocieszali się hasłem, że „na wiosnę, zamiast liści będą wisieć komuniści” – nie było w tym krzty przemocy.
Na przypomnienie bezkompromisowych haseł Robert Bąkiewicz uśmiecha się i mówi:
Trudno się dziwić, że na marszu nie ma jakiejś szczególnej sympatii do ludzi, którzy swoimi poglądami lewicowymi lub liberalnymi traktują tradycję i wspólnotę narodową jako wroga.
Narodowiec współorganizuje wydarzenie od kilku lat, ostatnio stał się jednym z głównych „wrogów publicznych” salonu III RP – atakowany za kontrmanifestację wobec Donalda Tuska czy zorganizowanie Straży Narodowej, broniącej kościołów w czasie ataków Strajku Kobiet.
Jeśli mamy w kraju ludzi, którzy nie są przywiązani do polskich wartości, to faktycznie Marsz Niepodległości może im nie pasować
– mówi. Na brzmienie jego nazwiska wielu polityków podnosi głos.
„Marsz dobry, ale…”
Politycy szeroko rozumianego centrum odcinają się od tych obchodów w inny sposób.
W tym roku się nie wybieram, gdyż będę uczestniczył w uroczystościach w Krakowie
– mówi Miłosz Motyka, rzecznik prasowy PSL. Polityk przyznaje, że do tej pory w ten sposób nie obchodził 11 listopada ze względu na udział w innych uroczystościach. – Ale – jak dodaje Motyka
nie miałbym problemu, żeby w marszu uczestniczyć, może z wyjątkiem 2019 r., gdy na wydarzenie zostali zaproszeni neofaszyści z Włoch.
Rzecznik PSL stwierdza też, że w Polsce nie można zakazywać marszu pod biało-czerwoną flagą, choć wyraża zrozumienie dla obaw ratusza – że może dojść do zamieszek.
Jan Strzeżek, rzecznik Koła Parlamentarnego Porozumienie, nie pójdzie na marsz – jak przekonuje – ze względu na Bąkiewicza.
Zmieniały się twarze wydarzenia, ale ta obecna jest dla mnie nie do zaakceptowania. Bąkiewicz stał się symbolem zaostrzenia dyskusji politycznej, jego zagłuszanie przemówienia powstaniec warszawskiej Wandy Traczyk-Stawskiej czy skandaliczne wystąpienia jego ludzi na zgromadzeniu 1 sierpnia, tuż przed „godziną W”, mnie oburzają i zniechęcają.
Strzeżek ma na myśli przemówienia, w których narodowcy – w rocznicę powstania warszawskiego – ostro komentowali politykę Unii Europejskiej czy antycovidowe restrykcje. Padały hasła o Żydach, o nowej okupacji.
Bąkiewicz jest twarzą skrajnych emocji
– przekonuje rzecznik.
Jeszcze ostrzej komentuje to Robert Kropiwnicki z Platformy Obywatelskiej.
Jest nieszczęściem, że organizacje nacjonalistyczne przyciągają zwykłych ludzi, przekonując ich, że są umiarkowani
– mówi tygodnikowi „Sieci”.
Tymczasem na tej imprezie dominują takie hasła, jak „śmierć wrogom ojczyzny” czy „white power”
– podsumowuje.
Dlaczego ze 100 tys. uczestników, rodzin z dziećmi, przyjezdnych z całej Polski, weteranów II wojny światowej, politycy mówią akurat o tej garstce?
Coś głębszego niż polityka
Politycy zawsze powtarzają wyświechtane partyjne przekazy, ale w przypadku 11 listopada mają większy powód do zakłopotania
– tłumaczy Zybertowicz. Profesor mówi, że poza złożeniem kwiatów nasi parlamentarzyści nie potrafią wiele więcej dodać do radosnego i dumnego święta. Właściwie do tego przyznał się poseł Kropiwnicki. Na przypomnienie o orle z czekolady, którego prezydent Komorowski zaproponował na 11 listopada, polityk przyznaje, że ten pomysł był niefortunny, ale same obchody prezydenta Komorowskiego uważa za właściwe.
Głowa państwa składająca, wraz z przedstawicielami wszystkich partii, wieńce pod pomnikami wszystkich ojców niepodległości to właściwy kierunek
– przekonuje. Poseł przyznaje przy tym, że faktycznie brakuje obchodów, w których mogliby uczestniczyć wszyscy Polacy.
Nie wypracowaliśmy formuły, w której i starsi, i dzieci, i rodziny mogliby razem świętować np. poprzez koncerty czy festyny
– komentuje.
Jednak burdy i zadymy narodowców to nie jest wizja, która mnie przekonuje.
I znowu – politycy wskazują konkretne incydenty, czasem przejaskrawione przez media, czasem w ogóle nieprawdziwe, a nikt zdaje się nie pamiętać o skali i rozmachu niepodległościowego zgromadzenia.
Nie tylko narodowcy
Także członkowie i sympatycy Konfederacji miewają problem, by wznieść się ponad partyjne postrzeganie Marszu Niepodległości. 3 listopada Bąkiewicz delikatnie upomniał Ziemowita Przebitkowskiego, prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, by nie odrzucał wsparcia innych polityków. Wszechpolak skrytykował organizatorów marszu, bo ci pochwalili się wsparciem Dariusza Mateckiego, kojarzonego z PiS. Bąkiewicz odpowiedział, że „kiedyś Młodzież Wszechpolska propagowała ideę »wszechpolską«, łączącą Polaków ponad podziałami, dziś te podziały tylko wzmacnia”.
Marsz Niepodległości, choć zaproponowany przez narodowców, nie stał się ich trampoliną do władzy. Ruch Narodowy wprowadził do Sejmu swoich przedstawicieli dopiero dekadę po sukcesie narodowych obchodów, po połączeniu z ludźmi Janusza Korwin-Mikkego, to nie marsze z 11 listopada im w tym dopomogły. Zdaje się, że na konfederacką wizję marszu Polacy odpowiedzieli szerszą propozycją demonstracji dumy narodowej. Z Robertem Winnickim, mimo dwukrotnego ustalenia terminu rozmowy, nie udało mi się skontaktować.
Stop niepodległości
Tegoroczny marsz stanął pod znakiem zapytania, gdy Rafał Trzaskowski odmówił zgody na wydarzenie.
Nie wiem, czy marsz się odbędzie, a w każdym razie nie wiem, czy odbędzie się w sposób legalny, bo na tę chwilę nie został zarejestrowany
– komentuje Monika Beuth-Lutyk, rzeczniczka ratusza.
Wniosek organizatorów nie spełniał wymagań formalnych
– dodaje.
Został on zgłoszony do wojewody jako impreza cykliczna, a tymczasem w zeszłym roku marsz nie odbył się legalnie, zatem cykl został przerwany i nie ma podstaw do rejestracji w tym trybie
– co potwierdził sąd. Przepisy są precyzyjne w tej sprawie.
Bąkiewicz na wspomnienie tego argumentu znowu się ironicznie uśmiecha.
Stwierdzenie, że marsz nie jest imprezą cykliczną, jest absurdalne. To jest najsłynniejsza cykliczna manifestacja w Polsce, zdjęcia z marszu obiegają świat, a tu nagle władze Warszawy udają, że o tym nie wiedzą.
Beuth-Lutyk argumentuje inaczej:
Przedsięwzięcie powinno być zgłoszone jako wydarzenie zwykłe.
Urzędniczka jednocześnie przypomina inną decyzję Trzaskowskiego, która bezpośrednio uderza w organizatorów obchodów:
Prezydent Warszawy już w kwietniu złożył do sądu wniosek o delegalizację stowarzyszenia Marsz Niepodległości ze względu na narracje, hasła i zachowania, które towarzyszą wydarzeniom 11 listopada, jednak nie ma to związku z formalnymi działaniami wobec rejestracji wydarzenia w tym roku.
Marsz 2021
Ale marsz się odbędzie. Organizatorzy zapowiadają „spontaniczny spacer”, czyli zachęcają do uczestnictwa. Któż zatrzyma Polaków w przechadzaniu się z biało-czerwonymi flagami?
Nikt nie może nam odebrać możliwości manifestowania przywiązania do niepodległości i suwerenności państwa polskiego, nawet jeśli to jest prezydent miasta stołecznego
– mówi Bąkiewicz.
Nie tylko narodowcy zapowiadają obecność. Adam Borowski, antykomunistyczny opozycjonista, legenda warszawskiej Solidarności, mówi jasno:
Chodziłem co roku, bo nie chodziłem w „marszu Bąkiewicza”, ale chodziłem w Marszu Niepodległości. Żałuję, że wśród organizatorów nie ma szerszego grona światopoglądowego, bo to jest świetny sposób świętowania. W tym roku pójdę tym bardziej, bo nie pozwolę na to, by ktokolwiek nam tego zabraniał.
Prof. Zybertowicz wśród uczestników marszu odnotowuje „odczucia metafizyczne”.
Ta sytuacja, w której w marszu uczestniczą ludzie z małymi dziećmi, pokazuje ich chęć wzięcia udziału w sztafecie pokoleń. Czują się ogniwem w tej sztafecie i chcą, by ich dzieci były ogniwem następnym.
Socjolog porównuje takie świętowanie do obchodzenia Bożego Narodzenia, w którym przekazuje się młodym dawne obyczaje. Stwierdza też, że na marszu dostrzegamy poważny zasób kulturowy, którego bez szczegółowych badań nie da się naukowo zrozumieć.
Utrzymująca się popularność tego przedsięwzięcia świadczy o tym, że kulturowy gen polskości domaga się uznania swojej prawomocności i obecności.
Zybertowicz porównuje tłumy z 11 listopada do tłumów manifestujących przeciwko stanowi wojennemu.
Wtedy wielu z nas nie wierzyło w zwycięstwo, ale gromadziliśmy się, żeby dać świadectwo naszego przywiązania do wolnej Polski.
Także Borowski kojarzy współczesne obchody z oporem przeciwko komunizmowi.
My przecież żyjemy w bardzo podobnym sporze. Wtedy walczyliśmy o Polskę, śniliśmy o niej, a dziś musimy jej bronić, bo chcą nam ją zwyczajnie zabrać
– podkreśla.
Kto nam zatruwa polskość
Tymczasem od lat słuchamy wyzwisk. Na łamach „Gazety Wyborczej”, w portalu Onet czy programach TVN porównuje się maszerujących do faszystów. Reporterka stacji za radykalne hasło uznała okrzyk: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, a kamerzyści pojawiają się tam po to, by uchwycić groźnie wyglądający kadr. Prof. Andrzej Friszke nazwał marsz „faszystowskim w całej swej istocie”. Jak tłumaczyć te szalone obelgi wobec świętujących?
Prof. Jacek Kurzępa, socjolog, nakreśla sytuację jako zmagania części elit z narodem, stolicy z „Polską pozawarszawską”.
Z jednej strony mamy naturalny i spontaniczny ruch społeczny wobec niepodległości, ważności i transmisji tego dziedzictwa, a z drugiej strony mamy inżynierię społeczną, próby zdyskontowania społecznego entuzjazmu do własnych celów. Raz przebija się ta pierwsza narracja, innym razem przeciwna
– komentuje badacz.
Ta inżynieria społeczna to, jak twierdzi uczony, „instrumentalne wykorzystanie tematyki niepodległości przez przeciwstawne stronnictwa polityczne”. Słowem – jedni politycy chcą się jakoś do marszu przyczepić, a inni pokazać go jako faszystowski, by przestraszyć część Polaków i zaciągnąć ich do swojego stronnictwa.
Kurzępa ostrzega, by na marsz nie patrzeć z perspektywy Warszawy:
Sprawa troski o niepodległość rozlewa się na całą Polskę, włącznie z Polską prowincjonalną, gminno-powiatową.
Socjolog jednoznacznie ostrzega:
Boję się prowokacji, bo to, co tętni w naturalnym krwiobiegu narodu, w tej Polsce pozawarszawskiej, jest odgórnie zatruwane toksynami, ten spektakl warszawski budowany manipulacjami wokół marszu, ma nas zasmucić, zirytować, sprawić, że poczujemy się zagubieni.
Walka o Marsz Niepodległości to zatem coś więcej niż konkretne nazwiska, twarze czy organizacje. Narodowcy pozostawali osamotnieni w swoich marszach, dopóki z lewej strony nie poleciały na nich wyzwiska za noszenie biało-czerwonej flagi. Wtedy Polacy ruszyli z odsieczą, stając się gospodarzem Narodowego Święta Niepodległości, zaskakując polityków wszystkich opcji i demonstrując zakorzenienie w polskości, z którym od dekad walczą antypolskie grupy interesu. Może więc z naszym narodem, szarpanym przez zewnętrzne i wewnętrzne siły, nie jest jeszcze tak źle?
Artykuł z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
