Ksiądz Stanisław Małkowski "dał świadectwo"Ksiądz Stanisław Małkowski "dał świadectwo"

Bardzo smutna wiadomość o śmierci księdza Stanisława Małkowskiego. Dla mnie zawsze był Stasiem - z racji przyjaźni jego i mojej mamy. Do historii Polski przeszedł jako odważny kapłan, który w stanie wojennym ryzykował życiem. Jednak ksiądz Stanisław narażał się nie tylko komunistom. Także „salonowi”.
Opozycja demokratyczna potrzebowała w końcu lat 1970 kapłana - obok księdza Jana Zieji - który dałby nazwisko i uwiarygodnił jej działania. Stanisław to uczynił, ale na swoich warunkach: od samego początku zaangażował się w ochronę życia dzieci nienarodzonych - co się „salonowi” ówczesnemu, tak jak i dzisiejszemu nie podobało. Staś bronił praw człowieka, praw robotników, wolności słowa - a jednocześnie współtworzył "Gaudium Vitae", ruch broniący praw tych, którzy sami bronić się nie mogli, czyli dzieci poczętych. Ksiądz Stanisław był księdzem „niepokornym” nie tylko wobec komuny, ale także wobec tzw. lewicy laickiej, czyli środowisk, które zdominowały KSS KOR (choć go przecież zakładał Antoni Macierewicz z Piotrem Naimskim).
W oficjalnych życiorysach księdza Stanisława Małkowskiego nie znajdzie się informacji, że jednym z istotnych powodów wyboru przez niego kapłaństwa były traumatyczne przeżycia z mało pokojowego rozwodu jego rodziców. To zresztą zbliżyło jeszcze bardziej jego mamę Krystynę i moją mamę.
W stanie wojennym mieszkanie księdza Stasia na Saskiej Kępie było jednym wielkim magazynem bibuły. Stanisław dosłownie siedział wśród stosów literatury bezdebitowej, czasem zresztą przysypiając, a ja jak do niego regularnie przychodziłem dostawałem oczopląsu - a przychodziłem regularnie z plecakiem, żeby więcej zabrać ze sobą do Wrocławia i wpuścić w kanały kolportażowe NZS-u.
Był człowiekiem oczytanym i mądrym. Był jednym z paru kapłanów, którzy wywarli wielki wpływ na moje życie. Nawet nie tylko dlatego, że udzielał mi ślubu, czy był na weselu, ale przede wszystkim, że sam świecił przykładem, że można odważnie upominać się o wolną Polskę.
Do końca życia zapamiętam jeden z naszych dialogów w jego mieszkaniu na Saskiej Kępie (potrafił je zresztą dzielić z innymi ludźmi, którzy tego potrzebowali, choć z całą pewnością burzyło to jego strefę komfortu). Mówiliśmy o pewnym człowieku - ofierze komunizmu, gorliwym chrześcijaninie, przeciwniku moskiewskiego reżimu, który oddał życie za wiarę w czasach Związku Sowieckiego. Wtedy Staś powiedział do mnie, że choć zginął „dał świadectwo”. Na co ja „realistycznie” przypomniałem „ale zginął”... Na to z kolei Stanisław powtórzył: „ale dał świadectwo”. Tak spieraliśmy się kilka minut, aż w końcu mnie przekonał.
