Z jazzbandu na barykadę. Szeregowiec „Ali”Z jazzbandu na barykadę. Dlaczego postać tak malownicza jak szeregowiec „Ali” nie zapisała się bardziej w relacjach powstańców"

Emocje patriotyczne w stosunku do Polski Agbola miał z pewnością, bo kiedy tylko w 1944 r. wybuchło powstanie, zgłosił się natychmiast na ochotnika.
Polska miała szczęście do ciemnoskórych żołnierzy. Choć nie było ich wielu. Afrykańczycy walczyli w Powstaniu Wielkopolskim, wojnie polsko-bolszewickiej. Polski zryw 1944 r. wsparł Nigeryjczyk August Agbola O’Brown.
Lokal był duży, dobry i drogi. Jaki zresztą miał być, skoro mieścił się na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, czyli dokładnie w centrum Warszawy. Na dole była restauracja, a w 1926 r. dobudowano werandę i to właśnie ona podobno była prawdziwym arcydziełem. Składała się z dwóch kondygnacji – „ponad przeszkloną zimową, wzniesiono otwartą letnią” – jak pisał Jerzy S. Majewski. Dodawał, że wypełniały ją witrażowe lampy, dziwacznie powycinane lustra i delikatnie złocone sztukaterie, ale klienci tak naprawdę niewiele uwagi zwracali na architektoniczne smaczki. Do czwartej nad ranem panował tu gwar, rozlewano rzeki alkoholu, a ze sceny płynęły dźwięki dekadenckiego jak na owe czasy jazzu. Gdyby ktoś zajrzał do Gastronomii – taką bowiem nazwę nosił ten ekskluzywny lokal – w roku 1935, z pewnością natknąłby się na występ zespołu Wiesława Wilkosza.
Ten wszechstronnie wykształcony skrzypek stworzył doskonały skład. Grali dużo standardów, bo ludzie chcieli tańczyć, ale prezentowano też wiele autorskich kompozycji, a ich wykonanie było tak dobre, że występy z Gastronomii często transmitowano w Polskim Radiu. Wzajemne relacje Wilkosza z tą instytucją sięgały zresztą głębiej i dotyczyły też poważniejszych spraw niż nocne libacje przy jazzie. To właśnie jego zespół tworzył muzyczne ilustracje do przemówień prezydenta Stefana Starzyńskiego we wrześniu 1939 r. W każdym razie ktoś, kto regularnie wpadał do Gastronomii, z pewnością trafił na jeden z dość licznych występów zespołu Wilkosza z pewnym postawnym, ciemnoskórym perkusistą. „Nigeryjczykiem zasuwającym warszawską gwarą” – jak ujęła to Aleksandra Zbroja.
Był to August Agbola O’Brown. Obywatel Nigerii, a więc Imperium Brytyjskiego. Lat 40 (ur. 1895). Żonaty (Zofia Pychówna), dwójka dzieci (Ryszard, Aleksander). Pochodzenie książęce ( jak twierdził). Biegła znajomość pięciu języków (polski w stopniu doskonałym). Wzrost: wysoki. Sylwetka: szczupła. Wygląd: przystojny, elegancki. Zamieszkały: m.in. ul. Wspólna. Pobyt w Polsce: od 1922 r. Opinie: wykształcony, kulturalny, znakomity muzyk. Praca: gra w lokalach: Caveau Caucassien (w podziemiach Filharmonii), Kakadu (pl. Dąbrowskiego 8), cukiernia Lardellego (ul. Polna 30), Gastronomia (róg Nowy Świat/Al. Jerozolimskie).
Pan opalony
Do Polski przyjechał na początku lat 20., ale nie bezpośrednio z Nigerii, lecz z Anglii, a następnie z Wolnego Miasta Gdańska. Musiał mieć dość burzliwą młodość i wyraźną skłonność do przygód, skoro przez kilka lat był marynarzem brytyjskiej floty handlowej, do Polski zaś trafił jako muzyk grający w rewii (możliwe też, że i tańczący w niej).
Kiedy nauczył się grać? Gdzie zetknął się z jazzem? Jeśli pochodził z południa Nigerii, mógł rozpocząć swoją jazzową karierę już tam – ten rejon europeizował się znacznie szybciej niż północ i z pewnością nowe trendy muzyczne pojawiały się w tamtejszych lokalach, w których bywali zamożni Brytyjczycy. Ale to tylko domysły. Z twardych faktów mamy jedynie to, że do Polski dotarł jako profesjonalny muzyk, który z powodzeniem włączył się w rytm nocnego życia stolicy. Musiał zresztą nieźle sobie radzić, o czym świadczy jego elegancki sposób bycia, ale także to, że zamieszkał w dość drogim centrum miasta.
Przed samą wojną spotykałem go dosyć często, ot tak na ulicy, gdzieś na Marszałkowskiej, bliżej Ogrodu Saskiego. Zapamiętałem go jako faceta dość przystojnego, postawnego i niezwykle eleganckiego. Chodził w jasnych garniturach i kolorowym krawacie, no i oczywiście nosił stosowne kapelusze, jakieś borsalino. Bez wątpienia był człowiekiem inteligentnym i bystrym
– wspominał po latach na łamach „Jazz Magazine” fotograf Andrzej Zborski.
Ale jeśli w kosmopolitycznej Warszawie dwudziestolecia ciemnoskóry jazzman mógł się czuć całkiem swobodnie, to z chwilą wybuchu wojny musiały się pojawić problemy. Grać nie mógł już na pewno, a przynajmniej oficjalnie – żaden koncesjonowany przez okupanta lokal nie zatrudniłby muzyka tak bardzo odległego od aryjskiego kanonu urody. Były, rzecz jasna, lokale nielegalne – w ogóle w okupowanej Warszawie życie muzyczne kwitło – tam jednak nie zarobiłby pieniędzy. A trzeba pamiętać, że miał na utrzymaniu dwóch młodych chłopców, z pewnością też rzucających się w oczy z powodu ciemniejszej karnacji. Choć tu akurat pewności nie mamy. Autorka poświęconego mu audiobooka Aleksandra Zbroja cytuje ogłoszenie opublikowane w „Tajnym Detektywie”, gdzie porzucona przez O’Browna małżonka prosi czytelników o podanie adresu męża:
Tancerza, murzyna, który od kilku miesięcy pozostawił mnie zupełnie bez środków do życia wraz dwojgiem dzieci
Z drugiej jednak strony nieco później O’Brown odpowiedział na łamach, informując o swoim miejscu pracy i zadeklarował opiekę nad dziećmi… Ten wątek pozostaje więc na razie bez odpowiedzi.
Prawda jest taka, że w ogóle niewiele wiemy o tym, co Agbola robił w czasie okupacji. Istnieją wersje mówiące, że włączył się w działalność konspiracyjną, że roznosił bibułę i broń, ale to chyba tylko romantyczna legenda – gdyby nawet chciał, po prostu za bardzo rzucał się w oczy. Zdaniem Krzysztofa Karpińskiego:
Uczestniczył w obronie Warszawy we wrześniu 1939. W 1941 r. wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. Był kolporterem prasy podziemnej i ulotek, pomagał ukrywającym się, głównie uciekinierom z getta. Utrzymywał się z nauki języków obcych i handlu
Możliwe. Bardziej prawdopodobna jest wersja Zborskiego – choć dobrze pamiętać, że późniejszy mistrz obiektywu miał wówczas jakieś dziesięć lat. Według niego Agbola po prostu handlował. Co zresztą potwierdzają wywiady robione przez historyków wśród dawnych sąsiadów perkusisty.
Było to w roku 1942 lub 1943, zdarzyło mi się wejść do sklepu elektrotechnicznego na rogu Marszałkowskiej i dawnej Piusa. Zacząłem wybierać z pudła jakieś potrzebne mi śrubki, kiedy wszedł do sklepu Mr Brown z gustowną walizeczką i spytał sprzedawcę, czy jest potrzebny. – Oczywiście panie opalony – odparł kupiec – daj pan. Murzyn otworzył walizkę, sprzedawca w niej pogrzebał, wyciągnął, co mu było potrzebne. A teraz chodź pan, panie opalony, do kantorku – padła propozycja sprzedawcy
– opowiadał, dodając, że z kantorka dobiegł go wkrótce szelest przeliczanej gotówki i odgłos nalewanej wódki. Czy w walizeczce był tylko sprzęt elektroniczny? A może właśnie jego czarna karnacja była najlepszym kamuflażem dla kolportażu niepodległościowej kontrabandy? Dziś nie da się już tego ustalić. Emocje patriotyczne w stosunku do Polski Agbola miał jednak z pewnością, bo kiedy tylko w 1944 r. wybuchło powstanie, zgłosił się natychmiast na ochotnika.
Szeregowiec „Ali”
W pierwszych dniach sierpnia było z tym trochę zamieszania, bo w okolicach, w których Agbola mieszkał, organizacją walk powstańczych zajął się samozwańczy ppor. Jerzy Lewicki „George”. Jak wspominał ppor. Henryk Wilimczyk „Marywil”:
Z chwilą wybuchu powstania »George«, nie posiadający ani jednego karabinu, ani pistoletu, postanowił zorganizować pluton wojska, wywiesił więc własnoręcznie zrobiony plakat »Pluton George przyjmuje ochotników «
Jego relację uzupełniał kpt. Tadeusz Klimowski „Ostoja”. Według niego „George” twierdził, że posiada baon ponad tysiąca ludzi, że codziennie osobiście melduje się u Tadeusza „Bora” Komorowskiego oraz że posiada niezbędne uzbrojenie.
Wszystkie te stwierdzenia były nieprawdą. Skupiał tylko zgłaszających się ochotników z oddziałów, do których nie dotarli lub będących poza konspiracją. Poza tym otoczył się kobietami i kradł
– wspominał „Ostoja”.
Czy również Agbolę skusił ręcznie malowany plakat i wstąpił w powstańcze szeregi już w pierwszych dniach? Czy też znalazł się w oddziale po 6 sierpnia, kiedy dowodzenie odcinkiem przejął już najzupełniej legalnie Jan Antoszewicz „Iwo” oraz jego zastępca „Ostoja? Nie wiemy. Mamy jedynie pewność, że czarnoskóry żołnierz widziany był w punkcie dowodzenia przy ul. Marszałkowskiej 74 – co potwierdzał Jan Radecki „Czarny”. Wiadomo, że miał pseudonim Ali i należał do oddziału Aleksandra Marciniaka „Łabędzia”. Ale samego jego udziału w bezpośredniej walce nie da się już prawdopodobnie zrekonstruować. Trudno zresztą zrobić to nawet w przypadku samego „Łabędzia” – choć zachowane dokumenty wskazują, że awansował bardzo szybko, aktywność dowodzonego przez niego oddziału musiała być więc przez dowództwo dostrzegana.
Walczył w Batalionie »Iwo« na trenie Śródmieścia Południowego, w rejonie ulic Wspólnej, Wilczej, Marszałkowskiej, Hożej, to jest tam, gdzie mieszkał jeszcze przed wojną i podczas niej
– pisał Zbigniew Osiński, który w 2008 r. „odkrył” postać Agboli. Historyk skłaniał się raczej do opinii, że jedyny ciemnoskóry powstaniec nie walczył z bronią w ręku. Bardziej prawdopodobne jest to, że dostał przydział do radiostacji i przy swoich talentach językowych mógł się zajmować np. tłumaczeniem przechwytywanych meldunków.
Ale istotnie jest dość zastanawiające, dlaczego postać tak malownicza jak szeregowiec „Ali” nie zapisała się bardziej w relacjach i wspomnieniach powstańców. Da się to jednak dość łatwo wytłumaczyć samym charakterem baonów „Iwo” i „Ostoja”. Przede wszystkim składały się niekoniecznie z ludzi znanych wcześniej w konspiracji, głównie z ochotników. Były to również jednostki bardzo duże jak na warunki powstania. Ich monograf Marek Strok wylicza, że przez cały okres walk przewinęło się przez nie ponad tysiąc żołnierzy. Były wreszcie jednostkami odwodowymi. Jak pisał Strok o baonie „Iwo”:
I dlatego nie zasłynął z samodzielnie przeprowadzanych, spektakularnych akcji zaczepnych, choć w wielu uczestniczył jako wsparcie, a powierzone mu placówki i barykady zostały utrzymane do końca powstania
W „piekiełku”
Nie wiemy, czy szeregowiec „Ali” utrzymywał owe barykady do końca, ale jakimś sposobem uniknął niemieckiego obozu, a zaraz po wyjściu Niemców znów był w Warszawie. Początkowo grał w ulokowanych gdzieś w scenerii rodem ze „Złego” Tyrmanda knajpach Piekiełko i Huragan, ale jazz w komunistycznej Polsce musiał poczekać jeszcze kilka lat na swoje ponowne odkrycie – nawiasem mówiąc właśnie przez Tyrmanda. O’Brown musiał się więc jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości i udało mu się zatrudnić w Wydziale Kultury i Sztuki Zarządu Miejskiego. Co konkretnie tam robił – nie wiadomo. Najwyraźniej jednak praca urzędnika nie bardzo pasowała temu wciąż energicznemu człowiekowi. Był już dobrze po pięćdziesiątce, kiedy poślubił niejaką Olgę Miechowicz i w 1958 r. wyjechał z nią najpierw do Paryża, by ostatecznie osiąść w Londynie.
Mając 64 lata, został trzeci raz ojcem – urodziła mu się córka Tatiana. Zmarł, gdy miała siedemnaście lat – w 1976 r.
Artykuł z 30/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
