Jacek Piekara zaprasza na wyprawę do wnętrza PRL. Premiera książkiJacek Piekara zaprasza na wyprawę do wnętrza PRL. Premiera książki

Spotkanie autorskie z Jackiem Piekarą.webp
Jacek Piekara i plakat informujący o spotkaniu
FacebookTwitter

Już we wtorek, 6 października odbędzie się wyjątkowe spotkanie z Jackiem Piekarą. Wszystko w związku z jego nową książką „Świat zaginiony. Wyprawa do wnętrza PRL”. Spotkanie w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL poprowadzi Paweł Sztama. Mamy dla Państwa fragment książki.

6 października 2026 o godzinie 18:00 w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie Jacek Piekara zaprezentuje swoją książkę "Świat zaginiony. Wyprawa do wnętrza PRL".

Jest to drugi tom opowieści - leksykonu o czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Opowiada o technologii, rozrywkach, obyczajach, świecie dzieci i szkole, ale także sporcie, mediach i popkulturze.

Jacek_Piekara_Plakat_lekki_6_października_Warszawa (2)

Poniżej fragment książki:

OBYCZAJE, ŻYCIE CODZIENNE

Bardzo częstym motywem fabularnym towarzyszącym książkom czy filmom o podróżach w czasie jest motyw niezrozumienia miejscowych obyczajów przez podróżnika odwiedzającego przeszłość lub przyszłość. Odmienne fryzury, moda czy technologia, zmieniające się bardziej lub mniej słownictwo, to jedna rzecz – rzucająca się w oczy natychmiast. Ale dochodzi jeszcze kwestia innych zachowań.

Czasami mogą one być dla podróżnika w czasie całkowicie niezrozumiałe, a czasami coś, co było dla niego akceptowalne albo wręcz powszechne stało się nietolerowanym kuriozum. Albo odwrotnie: coś, co było kuriozalne, a czasami nawet stanowiło przestępstwo, okazuje się w świecie przyszłości najzupełniej normalne. Jak sami zobaczycie, czytając ten rozdział, podróżnik w czasie przenoszący się z epoki Świata Zaginionego do naszej byłby wieloma rzeczami wstrząśnięty i zbulwersowany. Zresztą tak samo jak współczesny nam, młody podróżnik do przeszłości.

Dla niego Świat Zaginiony byłby dziwnym obyczajowym skansenem, czasami przerażającym, a czasami groteskowym. W 1976 roku przeprowadziłem się z osiedla Rakowiec na Ochocie na osiedle Stegny na Mokotowie (tylko dłuższy spacer dzielił mnie od Wilanowa i wilanowskiego pałacu). Można powiedzieć, że stegnieńskie bloki były pierwszą forpocztą nowej budowlanej cywilizacji na południu Warszawy. Bo obok nas (za ulicą Śródziemnomorską) cały czas wznosiły się piętrowe lub parterowe wiejskie domki, gdzie poczciwi tubylcy żyli ze swoimi krowami, końmi i kurami ;). I wcale a wcale nie przesadzam, ponieważ pamiętam, że kiedy miałem w nocy otwarte okna, rankiem potrafiło mnie budzić pianie koguta, słyszałem muczenie krów, a kiedy wychodziłem przed blok, nie raz się zdarzało, że widziałem na trawniku skubiącego trawę konia. Niedaleko naszego blokowiska kilometrami rozciągały się ogromne pola, sięgające aż po Powsin i Las Kabacki, na które chodziliśmy z psami na spacery. Pamiętam również, że z kolegami chętnie odwiedzaliśmy niedaleką hodowlę nutrii i karmiliśmy swobodnie biegające zwierzaki liśćmi i trawą. W tej chwili, przy ogromnym rozroście Ursynowa, Kabat i osiedli okalających Wilanów, Stegny znalazły się już nie na obrzeżach miasta, lecz niemal w jego centrum. A pomyśleć, że kiedy się na nie przeprowadzałem, było to miejsce, gdzie diabeł mówił dobranoc.

Warszawa. Krowy, konie i koguty

Czy zdarzyło Wam się stracić w domu prąd? Cóż, na pewno tak. Jest to spowodowane najczęściej awarią zewnętrzną, na przykład wywołaną wichurą lub burzą (ewentualnie można mieć wyłączony prąd, jeśli zapomniało się zapłacić rachunku), a czasami zostają „wysadzone” korki z uwagi na zwarcie w domowym urządzeniu (z doświadczenia wiem, że bardzo chętne do „wysadzania” domowych korków są dwa rodzaje urządzeń: czajniki elektryczne oraz żelazka). Jednak w czasach PRL prąd wyłączano planowo, na polecenie władz, ponieważ nie starczało energii produkowanej w elektrowniach, by oświetlać wszystkie mieszkania. Dlatego bywało, iż odcinano dostawy prądu do całego wielkiego osiedla. Zdarzało mi się spacerować z psem po takim wygaszonym blokowisku i zaręczam Wam, że jest to widok nie do zapomnienia. Noc, ciemne ulice, a wśród nich ciągnące się po horyzont szeregi betonowych bloków z czarnymi oknami. Sprawiało to prawdziwie postapokaliptyczne wrażenie. Oczywiście do pewnego czasu, ponieważ ludzie szybko próbowali poradzić sobie z ciemnością, zapalając w domach świeczki. Dlatego w każdym domu z czasów mojego dzieciństwa zawsze w szafkach trzymano zapas świeczek. Utrata prądu była denerwująca, ale jeszcze gorsze było odłączenie wody, co zdarzało się często w związku albo z uszkodzeniami, albo z remontami sieci wodociągowej. Z tym że prąd wyłączano z reguły nie dłużej niż na kilka godzin, a zdarzało się, że wodę odłączano nawet na dwa tygodnie! I to zarówno ciepłą, jak i zimną. Wyobrażacie sobie, z jakimi ograniczeniami i niewygodami wiąże się brak wody przez dwa tygodnie!? Jak radziliśmy sobie wtedy? Otóż w moim przypadku (warszawskie Stegny, niedaleko Wilanowa), mieliśmy kilkaset metrów od bloku ujęcie wody artezyjskiej. Czyli klasyczną stalową pompę, z której wodę pompowało się za pomocą dźwigni. I właśnie przed tą pompą ustawiały się kolejki mieszkańców z wiadrami, kanistrami czy garnkami. Na szczęście zazwyczaj władze ostrzegały, że woda zostanie wyłączona i zapowiadały, na jaki czas się to stanie, więc mieszkańcy do kataklizmu się przygotowywali. Póki woda z kranów leciała, napełniano nią wannę oraz czajniki, misy, garnki, by być przygotowanym na późniejszy kryzys. Taki zapas służył tylko do celów higienicznych, bo po wodę do picia szło się do, wspominanej już przeze mnie, pompy. Powszechną cechą wody, którą pamiętam z dzieciństwa, było to, że zdarzały się dni, w których z kranów leciała wyłącznie ciecz koloru rdzy. Jeśli napełniliście nią wannę, była tak ciemna, że nie widać było przez nią dna. Czasami, zwłaszcza latem, na ulice miast wyjeżdżały cysterny lub beczkowozy, by ludzie mogli z nich pobierać wodę.

Co ciekawe, nie przypominam sobie, byśmy kiedykolwiek mieli problem z gazem. Czyli elektryczności mogło zabraknąć, wody mogło zabraknąć, ale gaz zawsze był. I w dodatku bardzo tani. Rachunki za gaz nie stanowiły żadnego obciążenia dla budżetu, były to sumy wręcz groszowe. Kiedy porównamy tę sytuację z dzisiejszym kryzysem energetycznym i z kosmicznymi cenami gazu, widzimy, że przynajmniej w tej kwestii Świat Zaginiony był lepszy od obecnego (ale to jedynie malutki wyjątek od reguły).

W zimie zdarzały się również awarie lub celowe wyłączenia w elektrociepłowniach. I w związku z tym wielkie osiedla zostawały pozbawione ogrzewania. Kaloryfery albo przestawały grzać, albo grzały tak słabo, iż żeberka pozostawały ledwo letnie. A zimy czterdzieści lat temu nie były takie ciepłe jak dzisiejsze. Temperatury pomiędzy minus 20 a minus 30 stopni Celsjusza były raczej zwyczajnością, a nie niezwykłością. Zdarzało się nawet (chociaż rzadko), że z uwagi na mrozy zamykano szkoły, co oczywiście przyjmowaliśmy z wielką radością.

Jak zapamiętałem okres jesienno-zimowy w PRL? Otóż ludzie ubrani byli zazwyczaj w różne odcienie czerni, szarości i granatu. Ulice pełne takich ciemnych postaci wyglądały bardzo, ale to bardzo smutno. Nie wynikało to bynajmniej z dziwnej mody na szaro-brudne kolory, lecz zostało spowodowane tym, że przemysł odzieżowy Zaginionego Świata nie rozpieszczał klientów ani zróżnicowaniem krojów, ani bogactwem kolorów. Nieco weselej wyglądał Świat Zaginiony latem i wiosną, głównie dzięki dziewczętom i kobietom, które pomimo ogromnych kłopotów z kupnem ładnych ciuchów, potrafiły znaleźć efektowne sukienki, bluzki czy spódnice. Wiele Polek umiało wtedy szyć, posiadało maszyny do szycia, a bardzo modne były tak zwane „wykroje” z niemieckiego pisma „Burda”. Wykrojami nazywano precyzyjne instrukcje, wyjaśniające na technicznych schematach, w jaki sposób należy uszyć daną część odzieży. Jeżeli kobieta nie potrafiła lub nie miała czasu uszyć sobie ubrania sama, oddawała wybrany materiał oraz wykrój do krawcowej i ta, za stosunkowo niewielką opłatą, przygotowywała wybraną część ubrania. Było to zjawisko bardzo popularne, a w zasadzie każda Polka albo miała „swoją” krawcową albo przynajmniej miała w rodzinie lub w gronie znajomych kogoś, kto adres dobrej krawcowej mógł polecić. Pamiętajcie bowiem, że nie było sklepów internetowych (bo nie było i samego Internetu), a sklepy stacjonarne dysponowały skromnym wyborem. A jeśli zdarzyło się wielkie święto i dostarczono akurat modne i ładne ciuchy, natychmiast znikały one z półek. Zresztą w przypadku ubrań, podobnie jak w przypadku wielu atrakcyjnych artykułów, zdarzało się, iż nie trafiały one nawet na półki, tylko rozdzielał je między siebie i znajomych personel sklepu. Żeby dostać ubrania modne oraz markowe należało udać się na tak zwane ciuchy, czyli na przykład na słynny Bazar w warszawskim Rembertowie.

źr. wPolityce za mat. prasowe

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Stankiewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.