Dwa narody, dwie strategie - ten sam celDwa narody, dwie strategie - ten sam cel

Dwie nacje mają niemal bliźniacze - choć różniące się do szczegółów - strategie odnośnie Polski i ich zbrodni na narodzie polskim. Dodajmy, gwoli ścisłości, że nie tylko na polskim.
Niemcy i Ukraina wobec ludobójstwa na Polakach od lata grają "na przeczekanie". I Berlin i Kijów liczą na to, że zbrodnie naszych zachodnich i wschodnich sąsiadów na naszych rodakach zostaną wolniej czy szybciej przykryte kurzem niepamięci. I temu podporządkowują swoje działania administracyjne oraz, rzecz jasna, politykę historyczną. W tym miejscu zajmę się jednak tą pierwszą sferą.
Berlin jest konsekwentny, gdy chodzi o politykę względem miejsc, w których istniały niemieckie obozy śmierci. Skądinąd dotyczy to także Oflagow i Stalagow -a więc obozów dla jeńców (w pierwszym przypadku - oficerów, w drugim - podoficerów i zwykłych żołnierzy). Otóż od dziesięcioleci już istnieje w Republice Federalnej Niemiec ustawodawstwo jednoznacznie zabraniające dokonywania jakichkolwiek zmian, gdy chodzi o tereny dawnych "obozów koncentracyjnych", jak nazywano je - przyznajmy, że eufemistycznie! - w okresie PRL . Co to oznacza w praktyce ? Oto zakaz wszelkich prac remontowych i naprawczych. Efekt? Baraki niemieckich obozów śmierci... dematerializują się. Coraz mniej z nich zostaje. Nikną. Oczywiście nie nikną dokumenty, literatura historyczna, archiwa, zapisy pamiętnikarskie. Znikają - bo umierają - świadkowie. I znikają budynki - materialne dowody niemieckich zbrodni, widoczne gołym okiem dla wszystkich, tamtejszych i cudzoziemców, historyków i ludzi kompletnie nie interesujących się tym, co działo się 80-90 lat wcześniej. Niemiecki krajobraz bez krematoriów, baraków śmierci, lazaretów - umieralni? Tak. Już nie za długo. O to przecież IM chodzi. Ukraina robi to samo, co do celów, tylko innymi metodami. Chodzi o ekshumacje. Odciągane w czasie. Za wszelka cenę. Jeśli już nawet wydawane są polityczne zgody - to natychmiast piętrzą się przeszkody administracyjne. Oczywiście za zgodą, a nawet z inspiracji polityków, którzy przed chwilą trąbili publicznie o "zielonym świetle" dla ekshumacji. Gra pozorów. Łapanie króliczka tak, aby za wszelką cenę go nie złapać. Przecież świat ujrzałby wtedy malutkie szkielety dzieci, kobiet, zupełnie bezbronnych mężczyzn. Tej prawdy o ludobójstwie na Polakach (ale też Żydach) pokazać nie można.
Ostatnio dr Leon Popek mówił, że w tym tempie, aby odkryć wszystkie polskie groby na Wołyniu (a przecież sporo ich jest też w dawnym województwie stanisławowskim czy na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu!) trzeba... kilkuset lat. I znów, jak w przypadku Niemiec: o to IM chodzi. Żeby odwlec w czasie, zmęczyć opinię publiczną, zrelatywizować przy braku "dowodów".
Dwóch sąsiadów, dwie antypolskie strategie materialnego zniszczenia dowodów ludobójstwa na naszych rodakach. Pozwolimy na to?
