SENT, czyli wszyscy jesteśmy przemytnikamiSENT, czyli wszyscy jesteśmy przemytnikami

Kiedy państwo zaczyna traktować każdego obywatela jak potencjalnego przestępcę, rykoszetem obrywają najsłabsi. Spór o rozszerzenie systemu SENT obnażył błędy w kalibracji działań administracji skarbowej.
Od marca 2026 roku polscy przedsiębiorcy zmagają się z biurokratyczną rewolucją, która w teorii miała uderzyć w zorganizowaną przestępczość, a w praktyce zdemolowała spokój tysięcy drobnych handlarzy. Rozszerzenie systemu SENT na przewóz odzieży i obuwia, ogłoszone pod sztandarem bezkompromisowej walki z szarą strefą, obnażyło głębokie oderwanie administracji państwowej od gospodarczych realiów Polski powiatowej.
Kiedy resort finansów, kierowany przez Andrzeja Domańskiego, nakreślał wizję uszczelniania podatków, cel wydawał się z definicji słuszny. Problem w tym, że zamiast wymierzyć potężne narzędzia inwigilacyjne w hurtowych importerów z Dalekiego Wschodu, urzędnicy wycelowali je w lokalne targowiska. Pierwotne, absurdalnie niskie progi objęcia systemem – 10 kg odzieży lub 20 par butów – sprawiły, że nadzór objął praktycznie każdego busa zaopatrującego małe, prowincjonalne ryneczki. Przedsiębiorcy, często osoby dorabiające do emerytur, z dnia na dzień musieli mierzyć się z obowiązkiem cyfrowej rejestracji w PUESC, stałym monitoringiem GPS i paraliżującą groźbą drakońskich kar.
Skala przewidzianych sankcji do dziś budzi grozę. Zwykła literówka w numerze rejestracyjnym czy chwilowa awaria lokalizatora kosztuje przewoźnika 46 proc. wartości ładunku, przy czym minimalna kwota mandatu wynosi aż 20 tysięcy złotych. Organizacje zrzeszające przewoźników wskazują, że z tytułu samych błędów formalnych nałożono już ponad 4,7 mln zł kar, zamieniając system operacyjnie prowadzony przez KAS (pod kierownictwem Marcina Łobody) w swoistą maszynkę do zarabiania na ludzkich pomyłkach.
Ten opresyjny automatyzm doskonale wpisuje się w szerszą kulturę kontroli, w której aparat państwowy zdaje się zakładać złą wolę każdego podatnika. Trudno o lepszą i zarazem bardziej gorzką ilustrację tej mentalności niż ujawniona niedawno afera z „pizzą z krewetkami”. Przypomnijmy: urzędniczki po cywilnemu wlepiły gdańskiemu restauratorowi 2500 zł mandatu za zastosowanie 8 proc. zamiast 23 proc. stawki VAT, rezygnując z pouczenia, choć realne uszczuplenie dla budżetu wyniosło... 6 złotych. Bezduszna statystyka i odgórna presja na wyniki wzięły górę nad proporcjonalnością i zdrowym rozsądkiem.
Oliwy do ognia dolał bilans pierwszego miesiąca działania nowych przepisów. Na 55 tysięcy zgłoszeń dokonanych przez legalnie działające podmioty, KAS wykryła nieprawidłowości w zaledwie 86 przypadkach, wystawiając ostatecznie 34 mandaty. Zmuszono cały sektor legalnego handlu do ponoszenia ogromnych kosztów administracyjnych i ryzyka, by złowić ułamek procenta rzekomych oszustów.
Rosnąca presja społeczna i majowy, ogólnopolski protest branży wymusiły na Ministerstwie Finansów czerwcową kapitulację w postaci znaczących wyjątków. System ograniczono, a progi podniesiono. To jednak pyrrusowe zwycięstwo drobnych przedsiębiorców. Kosmetyczne nowelizacje nie rozwiązują strukturalnego problemu: handlujący w halach targowych wciąż są pokrzywdzeni wyłączeniami niedostosowanymi do realiów, a ci, których dotknęły kary w rygorystycznym okresie przejściowym, zostali pozostawieni sami sobie, bez perspektyw na abolicję.
Spór o SENT to dziś coś więcej niż dyskusja o procedurach celnych. To debata o tym, czy w drodze do pełnego uszczelnienia systemu państwo może zgubić z oczu obywatela. Zawetowanie przez prezydenta Nawrockiego kolejnej ekspansji systemu – „SENT na beton” – daje jasny sygnał, że zapędy kontrolne napotykają instytucjonalny opór. Usprawnianie państwa nie może bowiem polegać na zaciskaniu biurokratycznej pętli na szyi jego najsłabszych gospodarczo obywateli.
źr. wPolityce.pl
