Uruchomienie pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce w 2036 roku oraz wybór partnera do budowy drugiej w 2027 roku - taki jest plan rządu Donalda Tuska. – To nierealny harmonogram, choć w grę wchodzi bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju – ocenia Anna Łukaszewska-Trzeciakowska.
Minister energii przedstawił dziś zaktualizowany Program Polskiej Energetyki Jądrowej, zapewniając że inwestycje w reaktory to nie tylko kwestia bezpieczeństwa dostaw energii, ale też szansa na stabilne ceny prądu oraz mocna podstawa rozwoju gospodarki.
Nie ma umów na budowę, nie ma finansowania
Plan jest niezmienny, czyli budowa elektrowni o mocy 6-9 tys. MW. Resort podtrzymał harmonogram pierwszej inwestycji na Pomorzu w gminie Choczewo. Budowa, do której przygotowania trwają od wielu lat, ma praktycznie ruszyć w 2028 roku i w osiem lat później popłynie pierwszy prąd. Była minister klimatu i środowiska Anna Łukaszewska-Trzeciakowska uważa, że nie da się dotrzymać tego harmonogramu. Przez ostatnie trzy lata niewiele się wydarzyło. Nie ma ostatecznych umów ani na budowę ani na finansowanie. Przypomina też, że każda instytucja finansowa zanim wyłoży pieniądze na tego typu kosztowny projekt, będzie oczekiwała realnego harmonogramu i wszystkich niezbędnych umów na wykonawstwo.
Kilka dni temu w związku z publikacją Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu ujawniono, że na budowę elektrowni jądrowych w naszym kraju potrzeba ok. 223 mld zł. Natomiast wcześniej szacowano, że pierwsza z nich kosztować będzie nawet 100 mld zł.
Bezpieczeństwo energetyczne Polski to bardzo poważna sprawa i należy do niej też poważnie podchodzić
— mówi była minister.
Tymczasem powstaje wrażenie, że ponieważ od dłuższego czasu zapowiadano aktualizację Programu jądrowego, to w końcu trzeba było go przygotować. Ale nie o to przecież chodzi
— dodaje.
Druga elektrownia jądrowa we mgle
Dziś na konferencji prasowej wiceminister energii odpowiedzialny za sektor jądrowy Wojciech Wrochna zapowiedział na przyszły rok wybór partnera i technologii do drugiej dużej elektrowni jądrowej, zaś decyzja co do ostatecznej lokalizacji zapadnie w 2028 roku. W grze są dwie główne propozycje – Bełchatów i Konin, gdzie istnieją już elektrownie wykorzystujące węgiel brunatny jako paliwo, ale stopniowo ograniczają produkcję. Zdaniem Anny Łukaszewskiej-Trzeciakowskiej ten plan jest także mało realny. „Nie wiadomo, na jakiej podstawie ten wybór ma być dokonany” – mówi.
Przypomnijmy, że zainteresowanie tym projektem wyraża francuski koncern EDF, amerykański Westinghouse (już wybrany do projektu w Choczewie) oraz koreański koncern KHNP. Nieoficjalnie mówi się o firmie kanadyjskiej AtkinsRéalis (dawniej SNC-Lavalin), która mogłaby dostarczyć reaktory CANDU o mniejszej mocy (ok. 700 MW).
Za koordynację przygotowań do budowy drugiej elektrowni atomowej w naszym kraju ma odpowiadać spółka Polskie Elektrownie Jądrowe, czyli ta sama, która prowadzi inwestycję w Choczewie.
Nie wyobrażam sobie tego, by podmiot który problemy z przygotowaniami do budowy pierwszej elektrowni zajmował się też kolejną
— mówi Anna Łukaszewska-Trzeciakowska.
„Skoro ta spółka nie potrafiła wyjść poza to, co zostało wykonane za naszych czasów i rozwinąć gotowego projektu, jaki ma już na stole, to dokładanie jej kolejnego jest zwyczajnie błędne” - dodaje.
Wiceminister Wrochna, cytowany przez PAP, mówił na konferencji dziś, że oczekiwane jest zaangażowanie kapitałowe partnerów przy budowie drugiej elektrowni jądrowej, ale nie chodzi o dostawcę technologii. Wspomniał o zaangażowaniu Polskiego Funduszu Rozwoju w proces poszukiwania partnera.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/gospodarka/762484-polski-atom-ciagle-z-przeszkodami
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.