Polemika wokół Marysi Sokołowskiej i jej miejsca w konserwatywnych mediach rozpaliła umysły wewnątrz naszej redakcji. Pisałem o jej przypadku ja, pisał Łukasz Adamski, napisał Robert Mazurek – wszyscy krytycznie. Wyeksponowania dziewczyny bronił Michał Karnowski (CZYTAJ: Pięć powodów dla których (moim zdaniem), Marysia Sokołowska MUSIAŁA znaleźć się na okładce tygodnika „w Sieci”. Muszę przyznać, że ta dyskusja bardzo mnie cieszy, bo poza wszystkim pokazuje, iż wewnątrz środowiska naszego tygodnika i portalu możliwe są ostre, ale merytoryczne spory. My nie jesteśmy „Gazetą Wyborczą”, gdzie obowiązuje jedna partyjna linia.

Ad rem jednak. Michał w swoim tekście starał się wyjaśnić, dlaczego redakcja podjęła decyzję o uczynieniu z Marysi Sokołowskiej tematu numeru. Nie przekonał mnie, ale nie chcę polemizować z każdym z jego argumentów. Uzupełnieniem mojej początkowej opinii są teksty Adamskiego i Mazurka, sądzę, że wszystkie składają się w spójną całość.

Chcę jedynie raz jeszcze podkreślić dwa moim zdaniem kluczowe problemy z panną Sokołowską, które sprawiają, że nie powinna ona w mediach naszej strony zajmować takiego miejsca, jakie obecnie zajmuje.

Kwestia pierwsza, o której wspomniał krótko Robert Mazurek. Sokołowska znalazła się w centrum uwagi nie z powodu jakichś swoich wybitnych dokonań, poprzedzonych ciężką pracą, lecz tylko dlatego, że nazwała Donalda Tuska „zdrajcą”. Michał Karnowski twierdzi, że wykazała się w ten sposób odwagą. Pytanie brzmi, czy taka „odwaga” uzasadnia szum wokół niej. Odwaga to zresztą rzecz względna. Bywa, że myli się ją z głupotą. U panny Sokołowskiej dostrzegam nie tyle odwagę, co lekkomyślność.

Moim zdaniem większą odwagą wykazują się choćby ci przedsiębiorcy, którzy wbrew urzędniczej klice starają się prowadzić uczciwe biznesy. Albo dziennikarze lokalnych mediów, ujawniający machloje władzy.

Choć słowa ogólnie rzecz biorąc dotknęła dramatyczna inflacja, to niektóre z nich nadal ważą. „Zdrajca” jest takim wciąż ważącym słowem. Aby nazwać jednego z najwyższych polskich urzędników państwowych „zdrajcą”, trzeba mieć bardzo przemyślane i dobre powody. I bardzo, ale to bardzo mocne uzasadnienie. Takiego uzasadnienia w żadnym momencie od dziewczyny z Gorzowa nie usłyszałem. To z kolei znaczy, że Sokołowska nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Sądzi zapewne, że „zdrajca” to po prostu zwykła obelga; mniej więcej to samo co „kłamca” albo „oszust”.

Tak nie jest, a żeby się przekonać, ile waży zwłaszcza w Polsce pojęcie zdrady, wystarczy sięgnąć po „Reytana” Jarosława Marka Rymkiewicza. Wobec szefa PO jestem niezmiernie krytyczny i uznaję go za postać ogromnie szkodliwą, ale nie dostrzegam powodów, które pozwalałyby określić go mianem „zdrajcy”. I wszystkim zalecałbym stosowanie tego określenia z umiarem.

Tu przechodzimy do kwestii drugiej: użycie właśnie tego słowa przez Marysię z Gorzowa pokazuje jej niedojrzałość. Mamy do czynienia nie z poważną diagnozą polityczną, ale z emocją w czystej postaci. Jeśli ktoś ma 17 lat, to takie działanie mu się wybacza. Ma czas, żeby dojrzeć. Pytanie brzmi, czy my – konserwatywni publicyści i dziennikarze – chcemy promować taki sposób widzenia, analizowania i komentowania polityki. Czy życzymy sobie, żeby publiczny dyskurs kończył się na obrzucaniu się coraz mocniejszymi obelgami, zaś analiza polityczna kończyła się na sposobie widzenia rzeczywistości przez licealistów i gimnazjalistów.

W czasie, gdy na naszym portalu trwa dyskusja o Sokołowskiej, w Warszawie trwa kongres Polska Wielki Projekt, którego celem jest coś dokładnie przeciwnego: pokazanie, że środowiska konserwatywne potrafią dobrze i dojrzale przeanalizować rzeczywistość społeczną, odcyfrować jej meandry, zrozumieć i przewidzieć posunięcia przeciwnika. Czy naprawdę chcemy, żeby w miejsce profesorów Krasnodębskiego, Thompson, Staniszkis, Zybertowicza z ich błyskotliwymi analizami wskoczyła przypadkowa licealistka, pokrzykująca do premiera Rzeczpospolitej, że jest „zdrajcą”? Rozumiem, że Staniszkis czy Zybertowicz nie są dla wszystkich. Ale kluczem do sukcesu jest przełożenie ich spostrzeżeń i tez na język prostszy, lecz przy zachowaniu istoty ich treści, nie zaś epatowanie publiczności prostymi – by nie rzec: prostackimi emocjonalnymi chwytami.

Więcej o Marii Sokołowskiej pisać nie będę. Życzę jej, żeby dziennikarze ze wszystkich stron jak najprędzej przestali się nią zajmować, a ona sama nabrała pewnej, by tak rzec, skromności i wstrzemięźliwości gdy idzie o wyrażanie opinii na temat naszej rzeczywistości, która bywa jednak nieco bardziej skomplikowana niż może się wydawać osobie w wieku lat 17.

CZYTAJ TEZ:

Joanna d’Arc w czasach Facebooka. „Ręka podniesiona na władzę ludową zostaje odrąbana“

„Powiem Wam, dlaczego premier jest zdrajcą”. W najbliższym numerze „wSieci” manifest Marysi Sokołowskiej