Dzisiejszy przekaz medialny zdominowały wyolbrzymione doniesienie z Brukseli, mające zapisać się czarną kartą w historii polskiej demokracji. Unijni komisarze w towarzystwie Elżbiety Bieńkowskiej postanowili wszcząć postępowanie kontrolne wobec Polski, by sprawdzić czy naruszyła praworządność. Ciekawe, czy gwiazda afery podsłuchowej ma świadomość, że usiadła na dynamicie. Skandal ze ściganiem dziennikarzy tropiących aferę podsłuchową nie ma sobie równych. Jej solowe popisy o fikcyjnych kontrolach unijnych funduszy też z pewnością zainteresują jej kolegów komisarzy.

Wbrew ogólnomedialnej narracji, to nie Bruksela, a Warszawa przystawiła dziś czarną pieczęć w księgach wolności słowa, ujawniając skandaliczne działania rządów PO-PSL. Nie ma już wątpliwości jak politycy Platformy traktowali media i jakimi metodami tropili dziennikarzy, którzy mogli im zaszkodzić. Komendant główny policji potwierdził, że wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się ujawnianiem „afery taśmowej”, oraz wobec ich rodzin prowadzone były „policyjne czynności operacyjne”. Nie dotyczyło to jednego czy dwóch przedstawicieli mediów, ale kilkudziesięciu. Z audytu zleconego przez Komendanta głównego policji wynika, że dziennikarzy tropiły dwie grupy specjalne, które angażowały 29 funkcjonariuszy.

Wszystko po to, by udaremnić przecieki z restauracyjnych nagrań, które ujawniły całkowity blamaż byłego rządu. Oprócz ministra Sienkiewicza z jego słynną maksymą o państwie teoretycznym, zarejestrowano wiele wpływowych postaci na czele z samą komisarz Elżbietą Bieńkowską.

Niektóre taśmy mogłyby wyjątkowo zainteresować Komisję Europejską. Z pewnością obecni koledzy Bieńkowskiej zainteresowaliby się wątkiem poruszonym w jej rozmowie z Tomaszem Tomczykiewiczem, Bartoszem Arłukowiczem i biznesmenem Krzysztofem Kwapiszem. Chodziło w nim o kontrolę NIK wykorzystania funduszy unijnych w służbie zdrowia. Bieńkowska mówi jasno, że posłuży się wynikami kontroli z 2011 r. i zrobi tak, „by wyszło dobrze”.