Profesor Andrzej Zoll skrytykował niedawno referendum zarządzone przez Bronisława Komorowskiego, wówczas jeszcze prezydenta, jako niekonstytucyjne. Ta opinia krakowskiego prawnika nie została rozpowszechniona przez główne media. Ale kiedy Zoll poddał krytyce referendum zaproponowane przez obecnego prezydenta Andrzeja Dudę, nagle jego opinia stała się niemal ogólnopolskim dobrem publicznym. Oba referenda Zoll skrytykował posługując się tym samym argumentem. Stwierdził mianowicie, że konstytucja RP reguluje tę sprawę w artykule 125, gdzie mówi się, że referenda ogólnopolskie mogą być zarządzane tylko „w sprawach szczególnie ważnych dla państwa”. Żadna z kwestii podjętych w obu referendach – twierdził Zoll – pod tę kategorię nie podpada. Referenda można organizować w sprawach takich jak wejście do UE, czy przyjęcie euro, natomiast nie w sprawie finansowania partii, Lasów Państwowych czy sześciolatków.

Aż dziwne, że nikomu nie chciało się zajrzeć do konstytucji i sprawdzić profesora Zolla.

Artykuł 125 brzmi:

W sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa może być przeprowadzone referendum ogólnokrajowe.

Wystarczy dobrze przyjrzeć się temu zdaniu, by stwierdzić, że profesor Zoll nie ma racji. Artykuł ten wcale nie reguluje, nie ogranicza i nie precyzuje przedmiotu referendum. Gdyby tak było, to brzmiałby on następująco:

Referenda mogą być przeprowadzane tylko w sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa.

Ale jego treść jest inna. Mówi się tutaj, że jeśli pojawiają się sprawy o szczególnym znaczeniu dla państwa, to można je poddawać referendum, a więc – w domyśle – nie muszą one być wyłącznie rozstrzygalne przez właściwe instytucje legislacyjne takie jak Sejm i Senat. Nie wiem, na jakiej podstawie profesor Zoll wyciągnął swoje wnioski, ale podejrzewam, że zaufał własnej pamięci i zaniedbał zajrzeć do tekstu konstytucji. Nie sądzę bowiem, by przeczytawszy artykuł 125 nie zrozumiał jego treści.

Można oczywiście narzekać, że nadmiar referendów osłabia samą istotę demokracji przedstawicielskiej i zmienia ją w demokrację bezpośrednią. Te narzekania są same w sobie zasadne, choć akurat w Polsce na nadmiar referendów nie możemy się skarżyć. Twierdzenie, że grozi nam dzisiaj w III RP demokracja bezpośrednia jest jawnie urągające elementarnemu poczuciu rzeczywistości. Powiedziałbym raczej, że chora jest sama demokracja przedstawicielska, bo jakże inaczej można nazwać systematyczne ignorowanie inicjatyw obywatelskich obejmujących głosy kilka milionów obywateli. Gdyby nie arogancja tych, pożal się Boże, przedstawicieli, problem referendów by nie powstał. Postulat zorganizowania referendum 25 października jest ledwie skromną próbą korekty tej fatalnej praktyki ostatnich lat, jaka czyni ustrój dzisiejszej Polski coraz mniej obywatelskim. A takiej korekty konstytucja nie zabrania.