wPolityce.pl: Miał Pan rację, gdy alarmował Pan opinię publiczną o nieprawidłowościach w praskiej skarbówce. Prokuratorzy ustalili, że rzeczywiście miały miejsce nieprawidłowości, ale nie kwalifikują się one na zarzuty karne. Jak Pan tę sprawę ocenia?

Andrzej Żydek: Boli mnie, że tę sprawę umorzono na takiej podstawie. To, że czyny osób, które odpowiadały za nieprawidłowości, się przedawniły było wiadomo już dawno. Te sprawy przeciągnięto tak dalece. Mówimy o latach 2001-2007. Wiedziałem, że winnych i tak nie uda się ustalić. Jednak uznanie, że w tych sprawach nie ma znamion przestępstwa, jest bolesne. Nie można mówić o braku znamion przestępstwa, jeśli mamy do czynienia z takimi nieprawidłowościami. Oficjalnie tłumaczono je brakami kadrowymi.

 

To tłumaczenie nieuprawnione?

Jeśli rzeczywiście skarbówka miałaby braki kadrowe, prowadzono by postępowania z lat 2001 czy 2002 w 2007 roku, pomijając inne. Trzeba by wyprostować bowiem zaległości. A przecież sytuacja była inna. Prowadzono sprawy świeże, a tamte się chowało. Na tym polegały te nieprawidłowości. To było celowe działanie, tak miało być. Niestety znów okazało się, że w naszym państwie prawo jest dla maluczkich, dla tych, których łapią fotoradary, których się kontroluje. Dla tych zwykłych obywateli jest prawo. Ci, którzy odpowiadają za stan finansów państwa, pozostają bezkarni. To boli.

 

Dlaczego te sprawy się tak skończyły?

Zobaczmy, co się działo od 2008 roku, gdy zaczęła się kontrola w praskiej skarbówce. Mnie wyrzucono z pracy, nie przedłużając umowy. Na etapie kontroli Ministerstwa Finansów sprawie ukręcono łeb. Z tego, co wiem, wszystkie nieprawidłowości zostały ujawnione, ale nikogo nie pociągnięto nawet do odpowiedzialności dyscyplinarnej. Nikt nie powiadomił o tym prokuratury. Ja zrobiłem to samodzielnie. Sprawa zostaje jednak umorzona zaledwie po trzech miesiącach. W tym czasie nawet nie zostałem porządnie przesłuchany. Umorzono sprawę. Potem, po moim alarmie, sprawa została podjęta. Jednak mijają kolejne lata. Co prokuratura sprawdzała w tym czasie? Co oni w tym czasie robili? Mogli tę sprawę umorzyć szybko.

 

Jednak tego nie zrobiono.

Sądzę, że bali się Was, dziennikarzy. Dlatego przeciągnęli to maksymalnie, wiedząc, że i tak sprawy umorzą. I nie mogli umorzyć tych postępowań w związku z przedawnieniem się karalności czynów. W mojej ocenie to jest faktyczna przyczyna umorzenia. Jednak gdyby prokuratura tak postawiła sprawę, mogłaby się narazić na zarzuty o zaniechaniu i spóźnionym działaniu. I dlatego mamy stwierdzenie o braku znamion czynu przestępczego. To rozwiązanie jest najbezpieczniejsze dla śledczych. Mam pewną satysfakcję, że potwierdziło się to, o czym mówiłem. Jednak trudno być w pełni zadowolonym.

 

Dlaczego?

Ja byłem policjantem, byłem komendantem jednego z komisariatów. Odpowiadałem m.in. za pion dochodzeniowo-śledczy. Gdyby u mnie choć jedna kontrola wykryła sprawę, którą ja schowałem, która nie znalazła biegu i się przedawniła, miałbym na karku prokuraturę i zarzuty związane z niedopełnieniem obowiązków nadzoru nad funkcjonariuszami. A w omawianej sprawie takich przypadków były setki. I nie ma żadnego postępowania. Nawet sam premier Donald Tusk mówił, że w skarbówce nie było nieprawidłowości, a ja jestem na wszystkich obrażony. Obecnie okazuje się, że nieprawidłowości były, a ja miałem rację. Widząc to wszystko, każdy sam musi się zastanowić, czy ktoś nad tą sprawą czuwa i jej pilnuje.

 

Sądzi Pan, że dzięki Panu uda się uniknąć nieprawidłowości w przyszłości?

Nie ma na to najmniejszych szans. Kontrola w praskiej skarbówce kończy się w 2008 roku. Są wyniki i zalecenia pokontrolne. I one przez następny czas nie są realizowane. W latach 2008-2009 kolejne sprawy się przedawniają. To są wielkie liczby. Nikt nie wskazuje winnych zaniedbań. Winą obarcza się osoby, które nie miały wpływu na politykę praskiej skarbówki. Trudno mieć pozytywny komentarz w tej sprawie. Trudno mieć nadzieje na polepszenie.

Rozmawiał Stanisław Żaryn