Piotrze, czytając Twoją odpowiedź na mój polemiczny tekst odnoszę wrażenie, że częściowo się rozmijamy w naszej argumentacji, a po części ty nie dostrzegasz absurdów, które mają znaczenie dla mnie.
Rozmijamy się, ponieważ – jak już wyjaśniałem – nie jestem zwolennikiem zniesienia praw autorskich. Zarazem jednak uważam – chyba w przeciwieństwie do Ciebie – że kwestia ich granicy nie jest jedynie sprawą techniczną i detalem, ale sprawą zasadniczą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje, że za wykonaną pracę należy się wynagrodzenie. Problem – i to, powtarzam, fundamentalny – tkwi w tym, jaki ma być zakres obowiązywania praw autorskich. A dokładniej – co może zrobić z utworem jego końcowy użytkownik, który za niego zapłacił.
Oczywiście, podany przez ciebie, Piotrze, przykład z wydaniem książki, jest absurdalny z mojego punktu widzenia: za kolejne wydania książki należą się pieniądze (ale też bywa różnie, bo różnie są konstruowane umowy z wydawcami, dobrze wiesz). Pytanie brzmi inaczej: czy jeśli ktoś kupi książkę/płytę/film, to ma prawo zrobić z nim, co zechce, czy nie. Dziś zasady są ogromnie restrykcyjne. Nie ma jeszcze sposobu, aby zabezpieczyć elektronicznie papierową książkę przed skopiowaniem (choć z tego, co wiem, skopiowanie całej książki w punkcie ksero jest już nielegalne), ale już książki elektroniczne są zabezpieczone. E-booka nie da się skopiować dowolną liczbę razy. Podobne zabezpieczenia dotyczą muzyki czy filmów. I tu pojawiają się wątpliwości. Czy jako autor zgodziłbym się, żeby ktoś, kto zapłaci za moją książkę, przekazał ją bezpłatnie znajomym? Tak, zgodziłbym się. Uważam, że ktoś, kto za jakiś utwór raz zapłacił, powinien uzyskać szerokie prawa do dysponowania nim. Dziś takiej możliwości nie ma, a w pewnych przypadkach są one wyjątkowo mocno ograniczone. Tak jest choćby w przypadku gier. Większość z nich do uruchomienia wymaga, aby płyta była w napędzie komputera. Mogę więc legalnie kupić grę, ale nie będę mógł w nią grać w domu równocześnie z kimś innym. Zdarzają się także płyty, których nie da się skopiować nawet na własny użytek.
Sensowne granice ograniczenia możliwości do dysponowania utworem widziałbym w dwóch miejscach. Po pierwsze – w przypadku, gdyby ktoś chciał na cudzej pracy zarobić. Czyli gdyby np. wrzucił na serwer moją książkę i za jej ściągnięcie pobierał opłatę, nie odprowadzając żadnych tantiemów dla posiadacza praw autorskich. Z tego punktu widzenia jest jasne, że zawodowe, masowe piractwo powinno być nielegalne. Druga granica to masowość udostępniania. Pojęcie masowości oczywiście trudno zdefiniować. Czy jeśli ktoś przekaże treść utworu bezpłatnie wszystkim swoim 500 znajomym na Facebooku to jest to już masowe udostępnianie czy nie? Lecz i tutaj można by z pewnością znaleźć sensowne rozwiązanie. Być może należałoby definiować masowość bezpłatnego udostępniania w odniesieniu do udostępniania płatnego. Dla przykładu – jeżeli książka sprzedała się w 5 tys. egzemplarzy, to udostępnienie jej 500 osobom przynosi realną szkodę. Ale jeśli film obejrzało na świecie 50 milionów ludzi w ramach płatnego rozpowszechniania, to 500 osób nie robi żadnej różnicy. To oczywiście tylko jedna z możliwości. Ale takie rozwiązanie ma swoje uzasadnienie w ogólnej doktrynie prawa – to nic innego jak rozwinięcie pojęcia znikomej szkodliwości społecznej czynu.
Piotrze, wydajesz się absolutyzować pojęcie praw autorskich, nie zauważając, że aby rynek właściwie funkcjonował, trzeba przyjąć założenie, że każdy jego uczestnik przyjmuje także pewne etyczne podstawy działania. Wolny rynek nie będzie dobrze funkcjonował, jeśli wolność oznacza swobodę nadużyć, kradzieży czy wymuszeń. Kradzież własności na pewno nic wspólnego z etyką nie ma, ale też nie ma z nią wiele wspólnego nękanie pojedynczych użytkowników sieci groźbami wielotysięcznych kar za podzielenie się kupionym wcześniej utworem z ograniczoną liczbą osób. ACTA – podobnie jak prawo, obowiązujące już w wielu krajach – nie robi tu żadnej różnicy, ponadto – czego, Piotrze, także nie dostrzegasz – nakładając obowiązki i zakazy jedynie na użytkowników. To skrajnie jednostronny akt prawny.
Powtarzam też, że nie da się oddzielić kwestii praw autorskich od kwestii polityki patentowej, która już dawno stoczyła się w otchłanie absurdu. Potrzebne jest zupełnie nowe spojrzenie na te wszystkie powiązane ze sobą kwestie, uwzględniające nie tylko – jak to się dzieje do tej pory – interesy producentów i twórców, ale także kupujących i użytkowników oraz konieczność innowacji. ACTA jest krokiem w przeciwną stronę i dlatego sprzeciw wobec tej umowy jest uzasadniony.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/126208-polemiki-wokol-acta-ciag-dalszy-lukasz-warzecha-odpowiada-piotrowi-zarembie
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.