Reguły debat są po to, aby je umiejętnie łamać. Eryk Mistewicz na zaproszenie wPolityce.pl

opublikowano: 29 czerwca 2010 roku, 9:53 | ostatnia zmiana: 3 sierpnia 2011 roku, 16:43

Debaty wygrywa się zanim zabrzmi pierwszy gong, a ich organizacja jest dziś przemysłem. Sposobów na wygranie debat zanim się rozpoczną są setki, z każdej debaty, w kolejnym kraju, dochodzą kolejne.

Niektóre, jeśli się sprawdzają, stosowane są w kolejnych krajach, aż do znudzenia. Tak jak zapowiedź nieprzyjścia na debatę a potem pojawienie się na niej. Tak jak przywitanie się absolutnie ze wszystkimi uczestnikami telewizyjnego plateau, kamerzystami, operatorami dźwięku, za wyjątkiem konkurenta, wyprowadzając z równowagi. Tak jak wygrywanie debaty na poziomie realizacji transmisji. W różnych krajach, w kolejnych kampaniach, dochodzą kolejne sposoby wygrywania debat zanim się zaczną.

Jedna i druga strona gra w tę grę. Nie ma ani w kampanii ani w trakcie negocjacji warunków prowadzenia debaty strony lepszej, bardziej etycznej, moralnej i czystej, przekonującej wyłącznie merytorycznymi argumentami i prawdą, samą prawdą i tylko prawda. I strony sztucznej, plastikowej, złej, nieetycznej, niemoralnej, obrażającej naszą inteligencję chwytami, sztuczkami, tanimi gierkami pod publiczkę.

Obie strony są równe, choć jedna ta lepiej przygotowana, biorąca pod uwagę więcej czynników, bardziej profesjonalna w swoich działaniach - będzie zwykle lepsza.

W niedzielny wieczór mieliśmy do czynienia z próbą generalną przed najważniejszą debatą tej kampanii: środową debatą o wszystko. Debatą, która ma szansę zaważyć na wyniku prezydenckiej elekcji. Próba generalna obnażyła słabe punkty, luki w obronie obydwu stron. To ważny materiał analityczny dla sztabów i chyba najważniejszy zysk z tej debaty. Zysk dla widzów był niewielki, poza przekonanymi wcześniej zwolennikami jednej lub drugiej strony.

To nie była debata, jakie znamy z Europy (właśnie europejskie debaty są nam bliższe, niż amerykańskie, z wielu, bardzo wielu względów). To nie była debata zrealizowana tak, aby porwać niezadeklarowanych, niezdecydowanych. W Hiszpanii czy we Francji partnerzy siedzą naprzeciwko, wpatrzeni w siebie, a kamery śledzą ich ruchy. Polska debata mogłaby się de facto odbywać w dwóch różnych studiach telewizyjnych i niewiele różni się od innych spotkań telewizyjnych gadających głów. To, co przykuwało uwagę to mnogość prowadzących dziennikarek, w fantastycznych strojach. Może, jeśli debata to sprawdzony w Europie format telewizyjny, z realizatorami mającymi osiągnięcia w ich organizowaniu, warto po prostu zakupić format debaty, zamiast udoskonalać kolejny polski wynalazek, z nad wyraz siermiężnym efektem?

W środowej debacie mury, które - jak często powtarzam - grają na rzecz jednej ze stron, zagrały na rzecz Jarosława Kaczyńskiego. Lider PIS mówił do kamery nawiązując "kontakt z odbiorcą". Wyjątkiem były odpowiedzi na pytania red. Joanny Lichockiej, kiedy starał się odpowiadać patrząc na zadającą pytania. Wypowiedzi Bronisława Komorowskiego kierowane były "w społeczną pustkę". Efekt osiągnięto w studio TVP stosunkowo prostą zmianą osi ustawienia kamer. Punkt dla Jarosława Kaczyńskiego.

Ale też ponieważ reguły debaty są po to, aby je umiejętnie (podkreślam słowo: umiejętnie) łamać, Bronisław Komorowski złamał ustalenia dotyczące nieprzerywania konkurentowi i nie wchodzenia z nim w interakcję. Jeśli widzowie przyszli na debatę, na dobry show, bez interakcji nie mogło się obyć. Komorowski przerywając nie poszedł jawnie pod prąd ich oczekiwań a jego decyzja o wejściu w konfrontację z Kaczyńskim wydawać się mogła naturalna. Wejście w konfrontację wykorzystał do nadania dynamiki swojej wypowiedzi, dynamiki której brakowało często w jego kampanii. Punkt dla Bronisława Komorowskiego.

To końcówka debaty, poza ewidentnymi faux pas, ma największy wpływ na ocenę widzów. To znów elementarz, nie poddający się ocenom etycznym czy moralnym, nie zły lub dobry, merytoryczny lub plastikowy, lecz stanowiący fragment przemysłu wygrywania (i przegrywania) debat. Więcej w http://www.anatomiawladzy.pl

Jarosław Kaczyński był pierwszym politykiem w ostatnich kilkudziesięciu latach w debatach europejskich, który przyjął cokolwiek podczas tak ważnego spotkania. Polityk przyjmując jakikolwiek przedmiot w trakcie debaty - tu kartkę papieru - dowartościowuje wręczającego; wręcz komunikuje, że zgadza się z argumentami konkurenta. Świadczy to o dobrym wychowaniu Jarosława Kaczyńskiego, na pewno jednak nie świadczy o profesjonalizmie przygotowujących go do debaty. Było błędem podobnym jak bawienie się przez Bronisława Komorowskiego różowym przedmiotem wrzuconym mu na stół w Londynie. Błędy bowiem popełnia obydwu uczestników rywalizacji, choć prezydentem zostaje jeden.

Najważniejsza debata, w środę, jeszcze przed nami.

Zainteresował Cię artykuł?

Komentarzy: 6

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Tekst w miarę ciekawy, natomiast autor od wielu miesięcy lansuje się w sposób przekraczający granice przyzwoitości. Tutaj oczywiście nie mogło zabraknąć odpowiedniego linka. Nie wyobrażam sobie, żeby jakiś pisarz czy naukowiec założył konto na Twitterze po to, żeby 10 razy na dzień wypuszczać autopromocyjne twitty.

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Mistewicz to jeden z najbardziej łebskich gości w polskiej polityce czy analizie politycznej. Zawsze jest o krok przed innymi, tak jeśli chodzi o nowinki marketingowe (spopularyzował Twittera wśród elit polskich, teraz jakieś niesamowite fotokody w książce itd) jak i realną insiderską wiedzę. Tutaj w tym tekście, jeśli się głębiej w niego wczytać, też insiderską wiedzę widać. Co wyróżnia analize Mistewicza na tle ogólnego pleplania podebackiego.

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Słyszałem Mistewicza w TVN24. On sprowadza politykę do marketingu i chwytów, może i jest w tym najlepszy, ale to zabija jakość polityki. No passaran Panie Mistewicz!

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Mocny tekst. Ale prawdziwy.

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Ciekawy tekst! Jest Pan świetnym fachowcem, wielkie uznanie dla Pana, Panie Eryku!

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Ja natomiast odniosę się do kandydatów i dodam komentarz, który umieściłem pod poprzednim tekstem: Czym się różnią Komorowski z Kaczyńskim? Tym, że Komorowski to kandydat typu Andrzej Olechowski, który gdy startował z PO uzyskał bardzo dobry wynik, a kiedy startował, jako kandydat obywatelski nie zdobył nawet dwóch procent. Tak samo byłoby z Komorowskim, bo ludzie nie głosują na niego, tylko na Platformę i Tuska. To ma być prezydent wszystkich Polaków? Czy może partyjny figurant? Natomiast Kaczyński czy byłby kandydatem jakieś partii czy kandydatem obywatelskim zawsze mógłby liczyć na poparcie, co najmniej 20-30 %. Bo Kaczyński to osobowość z trwałymi poglądami, polityczny wirtuoz.

Najnowsze