Paweł Pawlikowski na oczach setek milionów widzów mówił o Polakach jako wesołych i dzielnych pijakach, i tylko to pójdzie w świat, bo jego „Idy” te setki milionów na pewno nie obejrzą.

Ceremonia wręczania Oskarów pokazała, jak można świetnie zrobić użytek z kilkuminutowego wystąpienia, a jak taki sobie, żeby nie powiedzieć kiepski. Zwróciłem uwagę na mowę największego wygranego tegorocznych Oskarów - Meksykanina Alejandro Gonzaleza Inarritu oraz polskiego laureata - Pawła Pawlikowskiego. Polak bez dwóch zdań odniósł wielki sukces. Oczywiście artyści mogą mówić różne rzeczy, tym bardziej że podlegają wielkim emocjom, ale różnica między Inarritu i Pawlikowskim jest zasadnicza i bardzo znamienna. Skądinąd duży wpływ na to, że Inarritu zajął się filmem miał znany w Meksyku, a urodzony w Warszawie i zawsze podkreślający swoje polskie pochodzenie reżyser teatralny, operowy i filmowy oraz nauczyciel w tych dyscyplinach - Ludwik Margules.

Pawlikowski podkreślił, że ci, którzy w Polsce mu najbardziej pomagali (nazwał ich „towarzyszami z okopów”, jakby produkcja „Idy” wymagała jakichś okopów, czyli pewnie i walki, choć bez trudu dostała dofinansowanie z PISF) zapewne „są kompletnie pijani”. Powiedział, że Polacy są „dzielni, odważni i zabawni”, ale najważniejsze było to, że skoro jest sukces, to mogą już sięgnąć po „kolejnego drinka”. Pomijam stosowność kojarzenia Polaków wyłącznie z alkoholem, a więc także poalkoholową odwagą i dzielnością, czyli pewnego rodzaju szaleństwem, ale czas wystąpienia można było wykorzystać znacznie mądrzej. Bo Polacy to nie tylko odważni po wypiciu zawadiacy, co jest tak utartym stereotypem, w dodatku nieprawdziwym, że zęby bolą. I jeśli w komentarzach, także prezydenta Bronisława Komorowskiego i premier Ewy Kopacz, pojawiają się głosy o talentach Polaków i sławieniu Polski poprzez oskarową galę, to przemówienie Pawlikowskiego ma się do tego jak pięść do nosa. Ot, pokpił sobie z rodaków w duchu, w jakim w Ameryce już się nie żartuje, choćby z powodu politycznej poprawności.

Oczywiście laureat może mówić, co chce, ale jeśli decyduje się na jakieś uogólnienia, a Pawlikowski się zdecydował, mógłby się wznieść poza banał i szkodliwe stereotypy. Tym bardziej, gdy jego wystąpienie oglądały setki milionów widzów na świecie. Jasne, że Pawlikowski nie musiał podczas gali promować Polski i Polaków, choć mógłby, zważywszy na korzystanie z publicznych pieniędzy podczas produkcji „Idy”. Z jego wystąpienia wyłażą jednak jakieś dziwne kompleksy i urazy. Zupełnie inaczej było z Alejandro Inarritu, którego Sean Penn, ogłaszający werdykt akademii, powitał słowami: „Kto temu sk… dał zieloną kartę?”. Inarritu jest kumplem Penna, więc raczej nie przyjął tego żarciku jako obelgi. Wykorzystał jednak słowa Penna do powiedzenia czegoś ważnego o swoich meksykańskich rodakach. I powiedział, że ludzie wywodzący się z Meksyku , a wnoszący taki wkład w amerykańską kulturę, jak on sam czy ubiegłoroczny laureat Alfonso Cuaron (twórca „Grawitacji”) powinni zasługiwać na traktowanie z taką godnością i szacunkiem, jak ci, którzy przybyli do USA wcześniej i stworzyli wielki naród złożony z imigrantów. Inarritu upomniał się o godne traktowanie swoich rodaków, którzy nie mieli tyle szczęścia jak on czy Alfonso Cuaron, a których na amerykańsko-meksykańskiej granicy często się poniża, prześladuje i upokarza. Po prostu człowiek sukcesu uznał, że wystąpi w imieniu tych, którzy sami nie mają siły przebicia, a stereotypowo traktuje się ich jak szarańczę, która chce zalać Stany Zjednoczone.

Paweł Pawlikowski nie musiał robić czegoś w stylu Inarritu, ale nie musiał też na oczach setek milionów widzów tylko się wygłupiać i utrwalać stereotypy o Polakach jako pijakach i brawurowych wariatach. A ci, którzy podłączają się teraz pod sukces reżysera, z prezydentem Komorowskim i premier Kopacz na czele, mogliby pamiętać, że w tej beczce miodu jest też duża łyżka dziegciu. Nie przesądzam, czy wynika to z niefrasobliwości, kompleksów czy jakichś urazów, ale jest faktem, że setki milionów przed telewizorami akurat to zobaczyły i zapamiętają, a „Idy” Pawlikowskiego raczej na pewno nigdy nie obejrzą.