Niedzielne wybory parlamentarne na Ukrainie przyniosły sukces formacjom, które zaistniały podczas Rewolucji na Majdanie. Wszystkim – oprócz jednej: nacjonalistów.

Czytając niektóre komentarze dotyczące wydarzeń na Majdanie, można było odnieść wrażenie, że sytuację kontrolowali tam zwolennicy ukraińskiej wersji faszyzmu, odwołujący się do tradycji banderowskiej. W rzeczywistości stanowili oni margines wolnościowego zrywu i ostatnie wybory do Rady Najwyższej całkowicie to potwierdziły.

Spójrzmy, gdzie są dziś główne postaci Majdanu. Petro Poroszenko został wybrany w wyborach powszechnych prezydentem kraju. Witalij Kliczko został przez mieszkańców Kijowa wybrany merem stolicy. Arsenij Jaceniuk jako największy wygrany niedzielnych wyborów parlamentarnych najprawdopodobniej pozostanie nadal premierem.

A Ołeh Tiahnybok, lider nacjonalistycznej Swobody? Najpierw w majowych wyborach prezydenckich uzyskał zaledwie 1,2 proc. głosów, a teraz w wyborach parlamentarnych jego partia nie przekroczyła 5-procentowego progu wyborczego, uzyskując 4,72 proc. głosów. Jeszcze gorsze wyniki zanotował Prawy Sektor (1,8 proc.), którego lider Dmytro Jarosz poniósł wcześniej w wyborach prezydenckich spektakularną klęskę (0,7 proc.).

Jak wytłumaczyć klęskę ugrupowania, które jeszcze trzy lata temu uzyskało w wyborach parlamentarnych 10,44 proc. głosów? Przyczyn jest kilka.

Otóżw 2012 roku media mainstreamowe, podporządkowane niemal w całości ukraińskiej partii władzy, wyraźnie faworyzowały nacjonalistyczną Swobodę kosztem innych opozycyjnych formacji. Była ona bowiem wymarzonym przeciwnikiem dla rządzącej Partii Regionów Wiktora Janukowycza. Według politologa Walentyna Buszańskiego, sukces Swobody w 2012 roku nie byłby możliwy bez potężnego wsparcia największych stacji telewizyjnych na Ukrainie, które nagłaśniały wszystkie akcje tej partii, a przemilczały działania konkurentów.

Walentyn Buszański pisał:

Narzuca się zasadne pytanie: kto wypuścił tego dżina z telewizyjnej butelki? Przez dwadzieścia lat działacze Swobody prowadzili swoje szkolenia na górskich połoninach i dalej by się tam ‘szkolili’, gdyby nie jakaś wpływowa ręka wyciągnęła ‘zatyczkę’ i nagle Ołeh Tiahnybok wylądował jako bohater politycznych talk show w stacjach telewizyjnych”.

Inny ukraiński politolog Wasyl Kedaj pisał, że po uwięzieniu Julii Tymoszenko socjotechnicy z obozu władzy dążyli do wykreowania Tiahnyboka jako głównego lidera opozycji, tak aby w kolejnych wyborach prezydenckich stał się głównym konkurentem, a właściwie łatwym sparingpartnerem dla Janukowycza. Byłby to idealny scenariusz dla Partii Regionów, która chciała doprowadzić do polaryzacji sceny politycznej, dzieląc ją na „faszystów” i „antyfaszystów”.

Sukces Rewolucji na Majdanie zatrzymał jednak realizację tego planu. Okazało się, że w nowej sytuacji politycznej i medialnej Tiahnybok nagle przestał pełnić rolę trybuna niepodległościowej rewolty. Gdy wszystkie inne siły opozycyjne nabrały wiatru w żagle, on coraz bardziej zaczął dryfować na mieliznę.

Jak pisze ukraiński politolog Ostap Krywdyk, o porażce Swobody zadecydowała jej nacjonalistyczna ideologia:

Etniczny nacjonalizm nie wytrzymał sprawdzianu przez Majdan. Pierwszymi ofiarami, które zginęły na ul. Hruszewskiego, byli: Ormianin Nigojan i Białorusin Żyzniewski. Rosyjski język brzmiał na Majdanie nie rzadziej od ukraińskiego.

Sami Ukraińcy wydarzenia na Majdanie nazywają Rewolucją Godności. Okazuje się, że dla większości z nich bliskie są wartości, które nie mają wiele wspólnego z agresywnym nacjonalizmem banderowskim.

Podczas kampanii wyborczej działacze Swobody nie kryli zadowolenia, że w wyborach nie będzie mogło uczestniczyć aż 4,6 miliona obywateli Ukrainy, zamieszkujących półwysep Krym oraz obwody doniecki i ługański. Tereny te były bowiem bastionami ugrupowań prorosyjskich i nacjonaliści mogli tam liczyć na mikroskopijne poparcie. Nic więc dziwnego, że aktywiści Swobody spodziewali się, iż będą mieli znacznie większe szanse na lepszy wynik wyborczy w kraju bez Donbasu i Krymu.

Tymczasem okazało się, że ponieśli klęskę nie tylko w skali całego państwa, lecz nawet w swoim mateczniku, czyli w Galicji. Jeszcze w 2012 roku w obwodzie lwowskim zdobyli 38 proc. głosów, dziś zaledwie – 6,2 proc. Politycy mający być lokomotywami wyborczymi partii, jak np. Irina Farion czy Andrij Tiahnybok, zajęli w swoich okręgach jednomandatowych zaledwie trzecie miejsca.

Dotychczasowi wyborcy Swobody przerzucili swe głosy na inne ugrupowania. Ci o poglądach populistycznych poparli Partię Radykalną ludowego trybuna Ołeha Liaszki, zaś ci o poglądach konserwatywno-narodowych formację Samopomoc założoną przez lwowskiego mera Andrija Sadowego.

Czy ten wynik nauczy czegoś nacjonalistów? Patrząc na ich reakcję po porażce, można mieć wątpliwości. Już nazajutrz po wyborach jedna z liderek Swobody Irina Faron napisała:

Dziękuję, że niewolnicy nie wybrali nacjonalistycznej drogi. Bo nie do niewolników należy głosowanie na jej wysokość narodową ideę.

Trudno przypuszczać, by naród traktowany jako niewolnicy odwzajemnił się poparciem dla tych, którzy odnoszą się do niego z taką pogardą.