Niemiecki dziennikarz Boris Reitschuster, który 16 lat spędził w Rosji i obserwował rozwój Putina od przebranego demokraty do autokraty nie może nadziwić się postępowaniu swoich rodaków.

CZYTAJ WIĘCEJ: Niemiecki dziennikarz radzi: W godle Niemiec powinien być struś zamiast orła

Dlaczego Berlin prowadzi taką a nie inną politykę wobec Moskwy i czy wynika to z historii relacji obu stolic rozmawiamy z prof. Bogdan Musiał, historykiem mieszkającym w Niemczech.

wPolityce.pl: Czy Niemcy w stosunku do Rosji odczuwają coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego?

Prof. Bogdan Musiał: Tak, jest coś takiego. To pewien kompleks rosyjski. Jest on spowodowany rzecz jasna drugą wojną światową. Niemcy stracili niemal połowę terytorium dzięki swojej bardzo nierozsądnej polityce sowieckiej. Przecież oni de facto zbudowali Sowiety, uzbroili ich, a następnie Sowieci doszli aż do Łaby. Trzeba podkreślać pewną istotną rzecz. Sowiecka polityka niemiecka lat 20. i 30. XX wieku miała ostrze antypolskie. Dziś Niemcy wypierają to ze swojej pamięci historycznej, że ten ich antypolonizm, ta pogarda dla nas doprowadziła do tego, że uzbroili zbrodniarzy, którzy później zgwałcili im parę milionów kobiet i odebrali sporą część ziemi. Dziś w Niemcach panuje bardzo silny strach. Boją się tego rosyjskiego niedźwiedzia, który – za przeproszeniem – bąka puści, a oni już wpadają w panikę. Gdy przyszli do nich Sowieci, to nie traktowali ich jak Amerykanie, którzy wprowadzili amerykańską kulturę i rozdawali gumę do żucia. Sowieci Niemców obrabowali, zdemontowali połowę kraju, spustoszyli ją i pozbawili godności miliony Niemek. Czy wiem pan jak to mocno w nich siedzi? Pan sobie tego nie wyobraża nawet. Ja mam tu znajomych lekarzy, którzy do dzisiaj przyjmują pacjentki, które żyją z tą straszną traumą. To jest mocniejsze, niż się wydaje. Kolejną sprawą na jaką trzeba zwrócić uwagę to fakt działania w RFN wielu rosyjskich agentów wpływu i zwykłych pożytecznych idiotów. Jednak to też jest efektem rosyjskiego kompleksu.

Czy Niemcy tęsknią za relacjami z Rosją typu XIX-wiecznego, z epoki słynnego traktatu reasekuracyjnego?

Warto sobie kolejny raz uświadomić, że także te dobre relacje niemiecko-rosyjskie w XIX wieku miały antypolskie podłoże. Ten fakt w rozważaniach się pomija, ale ta antypolskość w tle rosyjskiej polityki niemieckiej jest kluczowy. To zawsze było zwornikiem między Rosją a Niemcami: Polska zawsze przeszkadzała i – jestem pewny – będzie przeszkadzać. Obecnie trochę mniej doraźnie przeszkadza, bo jest Donald Tusk, ale z punktu widzenia geopolityki w interesie obu tych krajów byłoby posiadanie wspólnej granicy. Ale nie chcą wchodzić w najmniejsze konflikty i stąd bierze się to ciągłe ustępowanie Kremlowi. Do tego dochodzi silny i coraz silniejszy antyamerykanizm.

Dlatego zapytałem na początku o ten kompleks sztokholmski. Niemcy darzą wielkim uczuciem kraj, który ich zmasakrował, a gardzą tym, który pomógł im się odbudować.

Owszem, ale jest pewna różnica. Syndrom sztokholmski jest wtedy, gdy wpadają jacyś bandyci czy terroryści. W przypadku Niemców to jest tak, że oni sami tych bandytów i terrorystów uzbroili. Najpierw razem z nimi napadali i rabowali innych, a potem sami padli ofiarą swej głupoty politycznej. Oni wypierają ze świadomości, że prowadzili nieracjonalną politykę wschodnią. Miałem kiedyś dyskusję z dyplomatą niemieckim w Waszyngtonie, który próbował mnie przekonać o racjonalności niemieckiej polityki wschodniej na tle nieracjonalnej polityki polskiej. Zapytałem go: czy uzbrojenie bandziora i napaść na cały świat to element tej racjonalnej polityki? Zamilkł. Racjonalności w polityce wschodniej nie było też później – za kanclerza Helmuta Schmidta, który w latach 70. zbroił Sowietów i wspierał ich także, gdy w Polsce Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Blokował silnie reakcje sprzeciwu świata zachodniego wobec reżimu itd. Czy z dzisiejszej perspektywy można ocenić to jako racjonalne?

Rozmawiał Sławomir Sieradzki