Od zarania III RP establishment stara się wmówić opinii publicznej, że współczesna formuła państwowości polskiej stanowi tą „najlepszą Polskę w dziejach”, o której marzyli nasi przodkowie. Narracja ta wskazuje, iż podobno jako bezpieczny na wieki kraj NATO i stale bogacące się państwo Unii nie mamy potrzeby wyznaczania i realizacji jakichkolwiek celów narodowych. Zdaniem samozwańczych elit jedyne co nam pozostaje to z uśmiechem na ustach rozpuścić cudem wywalczoną niepodległość w coraz głębiej integrującej się Europie.

Codziennością naszego kontynentu są wydarzenia, poprzez które z łatwością możemy przekonać się jak dalece błędne jest takie postrzeganie Unii Europejskiej. Bezkrytycznie gloryfikowana integracja, mająca wedle pierwotnego zamysłu powstrzymać dominację niemiecką, stała się narzędziem Berlina do osiągnięcia hegemonii na kontynencie.

Wbrew temu co usiłuje się nam wmówić, litera traktatów europejskich tworzy bardzo niejednoznaczne mechanizmy, stosowane bądź zawieszane w zależności od konkretnych celów politycznych. Tak było przy okazji skupu obligacji pozostających w permanentnym kryzysie południowych państw strefy euro przez Europejski Bank Centralny, co jest bezpośrednio zakazane art. 123 TFUE, czy też przy pomocy publicznej jakiej udzielał rząd niemiecki, m. in. koncernowi Opel i stoczniom, niedopuszczalnej według art. 107 TFUE. Pojęcia takie jak „interes europejski” czy „tożsamość europejska” tworzy i wykorzystuje się w celu przykrycia faktycznej realizacji racji stanu najsilniejszych krajów rzekomym działaniem dla dobra abstrakcyjnej tożsamościowo wspólnoty politycznej. Unia Europejska oraz jej prawo i praktyka funkcjonowania to maszyneria podwójnych standardów, która będzie trwać tak długo, jak długo jest to na rękę rosnącemu w siłę kontynentalnemu hegemonowi, którym na powrót staje się Republika Federalna Niemiec.

W tym kontekście niezwykle łatwo jest o analogie historyczne. Obserwując politykę niemiecką na przestrzeni dekad można dojść do wniosku, jakobyśmy mieli nieustająco do czynienia z realizacją tych samych celów w zmieniających się warunkach. Niezmienną aspiracją Niemiec jest dążenie do osiągnięcia dominacji w Europie, do której wielokrotnie Berlin zmierzał zarówno metodami zbrojnymi jak i ekonomicznymi. Zważywszy na geopolityczne położenie Polski, nasz kraj od zawsze był jedną z pierwszych przeszkód stojących na drodze niemieckich ambicji. Wydaje się, iż współczesna polityka niemiecka jest powtórzeniem wywodzącej się z czasów I Wojny Światowej koncepcji „Mitteleuropa”, odnoszącej się do m. in. Polski. Zgodnie z tym zamysłem, nasz region ma stać się obszarem spenetrowanym gospodarczo i podporządkowanym gospodarce niemieckiej, stanowiąc dla niej zaplecze oraz gospodarkę peryferyjną. Taka sytuacja wyklucza istnienie silnego polskiego przemysłu, polskiej bankowości czy polskiego wielkiego handlu. Mamy jedynie stanowić rynek zbytu dla obcej produkcji a także źródło taniej siły roboczej, bez jakichkolwiek ambicji gospodarczych.

Nietrudno dostrzec, że w pewnej mierze zrewidowana koncepcja „Mitteleuropa” jest od dawna realizowana. Niemcy, umiejętnie wykorzystując swobodę przepływu towarów i kapitału w Unii, doprowadziły do zwasalizowania wobec siebie gospodarek słabszych krajów, m. in. państw śródziemnomorskich. Poprzez walutę euro Berlin wzmocnił się jako eksporter, w znacznej mierze wypierając swoją produkcją produkty rodzime innych państw członkowskich. Polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego prowadzona jest pod gospodarkę niemiecką, przy ignorowaniu interesów mniej wpływowych partnerów politycznych. W tym wszystkim tkwi Polska, która na skutek polityki lat 90 nie ma dość silnej gospodarki by w warunkach unijnych przeciwstawić się zalewowi obcego kapitału. Rząd Donalda Tuska, aspirując o jak najszybsze wejście do strefy euro, przybija wespół z Berlinem ostatni gwóźdź do trumny polskiej gospodarki. Finałem ma być pełna federalizacja Unii Europejskiej, która w istocie będzie takim samym przedłużeniem Niemiec, jak przedłużeniem Rosji był Związek Sowiecki.

Sergiusz Muszyński