Konflikt w niewielkim mazurskim mieście Korsze przybiera na sile, staje się coraz bardziej dramatyczny. Od trzech lat duża grupa mieszkańców stara się o zamknięcie działającego tam Zakładu Recyklingu Akumulatorów. Przedsiębiorstwo, które miało zajmować się bezpieczną i ekologiczną rozbiórką zużytych akumulatorów najwyraźniej zatruwa środowisko i szkodzi zdrowiu ludzi.

Przypomnijmy, że w 2010 r. w leżącym koło Kętrzyna 5-tysięcznym miasteczku Korsze pojawił się Zakład Recyklingu Akumulatorów, należący do ogólnopolskiej firmy ZAP Sznajder Batterien S.A. W zakładzie miała się odbywać rozbiórka zużytych akumulatorów połączona z odzyskiwaniem przydatnych elementów. Przedsiębiorstwo miało być bardzo nowoczesne i spełniać wszystkie ekologiczne wymogi krajowe i unijne. Po załatwieniu formalności prawnych i przygotowaniach w wyremontowanych halach przy ul. Wojska Polskiego ruszyła produkcja. Zatrudnienie w ZRA znalazło kilkudziesięciu mieszkańców Korsz i okolic. Wydawać by się mogło, że wszyscy są zadowoleni – borykające się ze sporym bezrobociem miasto zyskało nowego pracodawcę, gmina podatki, a ludzie pracę.

Stop ołowicy!

Rychło okazało się jednak, że coś jest nie tak. Oto jeden z mieszkańców miasta, którego dom stał blisko zakładu, źle się poczuł i zgłosił się do miejscowej przychodni. Tam zrobiono mu badania krwi, które wykazały znacznie podwyższoną zawartość ołowiu. Na kłopoty ze zdrowiem zaczęli się skarżyć także niektórzy pracownicy Zakładu Recyklingu, u nich również wykryto zwiększony poziom ołowiu we krwi. Co gorsza wykryto go nawet u kilkorga dzieci. Tylko skąd ołów na Mazurach? Przecież nie ma tu przemysłu ciężkiego, a w zasadzie nie ma żadnego przemysłu… Podejrzenia mieszkańców w sposób oczywisty zaczęły kierować się w stronę Zakładu Recyklingu. To tam przecież demontuje się akumulatory kwasowo-ołowiowe. Zaniepokojeni korszenianie nie chcieli biernie przyglądać się sytuacji. Założyli Komitet na rzecz Ochrony Środowiska i Zdrowia Mieszkańców miasta Korsze i zaczęli domagać się skontrolowania działalności Zakładu Recyklingu. Pod apelem Komitetu zatytułowanym „Stop ołowicy w gminie Korsze” w ciągu trzech dni podpisało się ponad siedemset osób. Zawiadomione przez Komitet instytucje przeprowadziły kontrolę w ZRA i wykryły rozmaite nieprawidłowości. Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Kętrzynie złożyła w miejscowej prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez ZRA w postaci stworzenia zagrożenia epidemiologicznego. Prokuratura postępowanie wszczęła, a 9 stycznia 2014 r. powiatowy sanepid w Kętrzynie wstrzymał pracę w zakładzie.

Kierownictwo firmy Sznajder nie zgadzało się z tymi decyzjami i zdecydowanie odrzucało twierdzenia protestujących, że zakład truje. Przedstawiciele Sznajdera (w tym ci najwyżsi rangą – właściciele i prezesi) podkreślali, że zakład jest bardzo nowoczesny, ma wysokiej klasy wyposażenie i technologię, a jakiekolwiek podejrzenia o nieprawidłowości są wręcz absurdalne. Nie ograniczali się jednak do tłumaczeń: zakład złożył odwołanie od decyzji sanepidu o wstrzymaniu pracy, a właściciel oświadczył w mediach, że na osoby szkalujące jego firmę złożone zostanie doniesienie do prokuratury. Odwołanie przyniosło skutek: w maju 2014 r. decyzję kętrzyńskiego sanepidu o wstrzymaniu pracy w ZRA uchyliła Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Olsztynie. 8 maja 2014 r. przedsiębiorstwo wznowiło pracę.

Zakład przeczekał krytykę medialną i przeszedł do ataku: posłał najaktywniejszych protestujących do sądu! Pierwsza rozprawa już się odbyła. Przy drzwiach zamkniętych – na żądanie Sznajdera nie dopuszczono nikogo z mediów.

Normy przekroczone o tysiące procent

Komitet domagał się kolejnych kontroli w ZRA, twierdząc że nieprawidłowości nie ustały. Z kolei przedsiębiorstwo (wspierane przez część radnych gminy i część mieszkańców) odrzucało te zarzuty i prezentowało własne wyniki badań środowiska, z których rzecz jasna wynikało wyraźnie, że żadne normy emisji czy zanieczyszczeń nie zostały przekroczone. Niedawno jednak protestujący otrzymali poważny argument wspierający ich stanowisko.

Oto Prokuratura Okręgowa w Olsztynie udostępniła Komitetowi opinię sporządzoną przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy (IOŚ-PIB) z Warszawy dotyczącą oddziaływania korszeńskiego zakładu na środowisko w okresie od stycznia 2011 do połowy września 2015 r. Opinia została sporządzona dla Prokuratora Okręgowego. Badania przeprowadzone przez Instytut objęły główne elementy środowiska – glebę, rośliny, wody powierzchniowe, osady denne, powietrze atmosferyczne – i pokazały, że zakład emituje duże ilości zanieczyszczeń i że ewidentnie przekraczają one dopuszczalne wartości.

I tak w ciągu pięcioletniej działalności produkcyjnej ZRA spowodował nawet siedmiokrotne zwiększenie zawartości ołowiu w glebach w swoim sąsiedztwie. Z kolei zawartość ołowiu w wodzie rowu oddalonego od zakładu o ok. 30 m, do którego odprowadzane są ścieki opadowe z dachów i terenów ZRA, sześciokrotnie przekroczyła dopuszczalne wartości. W osadach dennych tego rowu stwierdzono bardzo wysoką zawartość ołowiu metalicznego i siarczków. Podobnie było z wodami opadowymi pobranymi z okolic zakładu – średnia zawartość ołowiu ponad sześciokrotnie przekroczyła w nich dopuszczalny poziom.

Pracownicy Instytutu zbadali też rośliny z okolic zakładu. Okazało się, że w porostach na topoli stwierdzono bardzo wysoką zawartość ołowiu – 1500 mg/kg s.m. (suchej masy). Również w owocach i liściach winogron pobranych z działek sąsiadujących z zakładem badania wykazały bardzo dużą zawartość ołowiu – 10,7 mg/kg s.m., tj. 53,5 (!) razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom. Badania laboratoryjne wykazały też dużą obecność zanieczyszczeń metalicznych w pyle opadającym w sąsiedztwie zakładu (np. 2604 ng/m sześc. arsenu, 1530 ng/ml ołowiu).

Pan Henryk podkreśla, że badania IOŚ zostały wykonane bez informowania o nich zakładu. Natomiast o innych kontrolach i pomiarach (wykonywanych np. przez WIOŚ czy sanepid) ZRA był – zgodnie z przepisami – wcześniej zawiadamiany. Istnieje podejrzenie, że pozwoliło to za każdym razem odpowiednio przygotować urządzenia i proces produkcyjny. Tymczasem niezapowiedziane badanie dało zatrważające wyniki: 43 400 proc. przekroczenia wartości arsenu w pyle emitowanym przez zakład, 2 980 proc. przekroczenia norm ołowiu, 408 proc. przekroczenia poziomu kadmu! Takie wartości pokazują wyniki badań IOŚ zestawione z normami zapisanymi w Rozporządzeniu Ministra Środowiska z dnia 24 sierpnia 2012 r. w sprawie poziomów niektórych substancji w powietrzu.

Ogarnia smutek i przerażenie, gdy zdamy sobie sprawę, że wszystko to wchłonęliśmy w siebie, my – mieszkańcy Korsz. Osoby mieszkające blisko zakładu spały w lecie przy otwartych oknach, a zakład pracował pełną parą… – wzdycha pan Henryk.

Posłowie pytają: na co poszły 4 miliony?

Inny zarzut kierowany przez Komitet wobec zakładu to samowolna zmiana technologii produkcji. Z przeprowadzonej przez Henryka Rechinbacha analizy dokumentów wynika, że w zakładzie w Korszach nie zamontowano wymienionej w początkowym wniosku instalacji w technologii włoskiej, obejmującej instalacje odsiarczania pasty ołowiowej i produkcji siarczanu sodu. W rzeczywistości tych dwóch instalacji tam nie ma, a technologia została uproszczona.

Najtragiczniejsze jest natomiast to, że na instalacje te Sznajder otrzymał dotację z… Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w kwocie ponad 4 milionów złotych – mówi Rechinbach (dodajmy, że dotacja była dwukrotnością kapitału wniesionego firmy, wynoszącego nieco ponad 2 mln zł). Niedawno Komitet ujawnił na swojej stronie facebookowej kolejny interesujący fakt: tzw. geomembrana (czyli specjalna folia mająca uszczelniać teren zakładu) została położona już po zakończeniu robót budowlanych. Komitet jest w posiadaniu dokumentów, w których ZRA zgłasza zakończenie robót budowlanych 18 maja 2010 r., a geomembrana została zamówiona, zakupiona i dostarczona na budowę 9 lipca 2010 r. Ale to jeszcze nic; powierzchnia, jaką powinna uszczelnić geomembrana wynosiła ponad 10 000 m kw., i to w dwóch warstwach, a zakupiono jej… 500 m kw. Żeby wszystko było jasne, dodajmy, że zakład mieści się w pobliżu zbiornika wód podziemnych nr 205 „Warmia”, z którego mieszkańcy Korsz czerpią wodę pitną.

Komitet od samego początku swojej działalności starał się o zainteresowanie i wsparcie organów władzy na wszystkich szczeblach. Niestety, okazało się, że zarówno rady miasta, powiatu, jak i województwa, a także burmistrz, starosta i marszałek nie są zainteresowani wchodzeniem w konflikt z przedsiębiorstwem. Wprawdzie nowo wybrana rada miasta Korsz wsparła protest, ale zdystansowany wobec niego był burmistrz, a rządząca w województwie koalicja PO-PSL blokowała przedstawienie sprawy na forum sejmiku. Jednak protestujący nie dawali za wygraną: pisali listy i wnioski, apelowali, składali wizyty, organizowali pikiety. Sprawą udało się zainteresować dwóch posłów Prawa i Sprawiedliwości: Wojciecha Kossakowskiego i Adama Ołdakowskiego. Na posiedzeniu Sejmu 17 marca zwrócili się oni do ministra środowiska z pytaniem o jego stanowisko wobec zakładu w Korszach.

„Zakład rozpoczął swoją działalność od 1 stycznia 2011 r. – jest to jedyna huta ołowiu na Warmii i Mazurach. Została ona wybudowana i funkcjonuje z rażącym pogwałceniem prawa, 60 m od domów mieszkalnych, na zbiorniku wód podziemnych, bez właściwego uszczelnienia geomembraną i w bezpośrednim sąsiedztwie jedynego ujęcia wody pitnej dla miasta. Kontrole zakładu ujawniły liczne przypadki przekroczenia najwyższych dopuszczalnych poziomów ołowiu w warzywach, owocach, w wodach i powietrzu atmosferycznym. To stwarza realne zagrożenie dla środowiska i ludzi. Najbardziej urodzajne gleby na Warmii i Mazurach w gminie Korsze mogą nie nadawać się do produkcji rolniczej, pozbawiając liczną grupę rolników środków utrzymania” – mówił poseł Kossakowski.

„Zakładowi została przyznana dotacja na budowę instalacji do recyklingu zużytych akumulatorów i produkcji ołowiu oraz jego stopów w Korszach w ramach programu operacyjnego POIS.04.06.00 (nr umowy POIS.04.06.00-00-013/08 ) w kwocie 4 061 352,28 zł ze środków Unii Europejskiej. Proszę odpowiedzieć jak została ona rozliczona i jakie przyniosła efekty gospodarcze i ekologiczne, które zakładał Program Operacyjny Infrastruktura i Środowisko” – apelował poseł Ołdakowski. Pytał też dlaczego ZAR nie został zaliczony do Zakładów Zwiększonego Ryzyka lub Zakładów Dużego Ryzyka wystąpienia poważnej awarii przemysłowej. Wszak zajmuje się recyklingiem akumulatorów kwasowo-ołowiowych, które są urządzeniami zagrażającymi wybuchem i mogą spowodować groźny pożar. A przecież ZRA ma powierzchnie magazynowe, na których może jednocześnie zmagazynować aż kilkaset ton zużytych akumulatorów.

Do poselskich pytań odniósł się wiceminister środowiska Sławomir Mazurek, swego czasu przewodniczący Rady Nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska w Olsztynie. „Wydano potężne środki europejskie na instalację, która budzi wątpliwości. Jeśli się potwierdzą te nieprawidłowości, które są przez stronę społeczną i przez niektóre organy wskazywane, nastąpi weryfikacja tych środków, które ta instalacja otrzymała” – powiedział. Wiceminister zaznaczył też, że „wszystko wskazuje na to”, iż w postępowaniu prokuratorskim potwierdzą się zarzuty wobec firmy, a wówczas nastąpi procedura odebrania środków przyznanych kiedyś przez Fundusz. Dodał też, że bez czekania na opinię prokuratora można powiedzieć, że zakład nie dochował warunków nałożonych na instalację. Doprowadziło to do „narażenia na negatywne oddziaływanie zarówno mieszkańców Korsz, jak poszczególnych obszarów środowiska”.

Przezorność i prewencja

Być może pod wpływem sejmowych dociekań rada miejska w Korszach postanowiła ponownie zabrać głos. Już bowiem w styczniu 2015 r., zaraz na początku swojej kadencji, radni podjęli uchwałę apelującą do odpowiednich instytucji państwowych o natychmiastowe zamknięcie ZRA w oparciu o wyniki licznych kontroli. Apel nie odniósł skutku. Teraz radni z klubu „Nasza Gmina” złożyli wniosek o podjęcie ponownej uchwały o zamknięciu zakładu. Wniosek został poddany pod głosowanie na posiedzeniu 31 marca. Za uchwałą głosowało dziewięcioro radnych, wstrzymało się czworo z koalicji burmistrza, przeciwko była jedna radna. Teraz Komitet będzie starał się przekonać do swoich racji radę powiatu w Kętrzynie oraz sejmik wojewódzki.

Ubolewamy nad tym, że niektórzy próbują na tym uprawiać politykę. Sprawa nie jest przecież polityczna, tylko ogólnoludzka, bo nie można wystawiać mieszkańców na takie niebezpieczeństwo, jak to zrobiono w Korszach. Powiem wprost: konstytucja mówi wyraźnie, że nie ma nic ponad bezpieczeństwo, życie i zdrowie ludzi. Obowiązkiem państwa jest przede wszystkim zapewnienie tego obywatelom. Obowiązuje zasada przezorności i prewencji. Mówi ona, że jeżeli jest jakaś wątpliwość w sprawie zagrożenia środowiska czy też życia lub zdrowia ludzi, to przyjmuje się jako pewnik, że takie zagrożenie występuje – mówi Henryk Rechinbach. A o tym, że zagrożenie takie rzeczywiście jest niech zaświadczy obserwacja poczyniona przez dr Krystynę Badowską-Rechinbach, lekarkę od wielu lat pracującą w Korszach – w mieście widocznie rośne liczba przypadków zachorowań na raka…

27 kwietnia 2016 r. odbyła się XXV sesja Rady Powiatu w Kętrzynie. Na samym początku obrad pojawił się wniosek o zmianę porządku i przyjęcie przez Radę stanowiska w sprawie zakładu przerabiającego złom akumulatorowy ZAP Sznajder Batterien S.A. w Korszach. Wniosek taki złożyła radna z Korsz Alina Janiszewska, postulując, by Rada poparła protest mieszkańców miasta i wezwała w swoim stanowisku do zamknięcia tego zagrażającego ludziom i środowisku przedsiębiorstwa. Zgłoszony wniosek poparło dziewięcioro radnych. Przeciw wprowadzeniu do porządku obrad takiego punktu zagłosował natomiast starosta kętrzyński Henryk Niedziółka oraz dziewięciu pozostałych radnych (a wśród nich dwaj radni Prawa i Sprawiedliwości). Tym samym wniosek radnej Janiszewskiej nie uzyskał większości i został odrzucony. Rada nie poparła protestu.

Dziwi, że przedstawiciele społeczeństwa, którymi wszak są radni, ignorują społeczny interes i przymykają oczy na zagrożenie, jakie wywołuje szkodliwy zakład. Mieszkańcy Korsz od sześciu lat prowadzą walkę z ołowianym przedsiębiorstwem i mają prawo spodziewać się poparcia ze strony swoich przedstawicieli – radnych miejskich, powiatowych i wojewódzkich. Tymczasem radni wyżej stawiają własne poglądy, niejasne powiązania i dziwne zależności. Protestującym nie chodzi o politykę, stanowiska czy wpływy. Chodzi im o zdrowie i życie swoje i swoich dzieci, o czyste środowisko i dobrą przyszłość miasta.

Rada Powiatu Kętrzyńskiego liczy dziewiętnaście osób. Dziesięciu radnych reprezentuje Polskie Stronnictwo Ludowe, trzech Platformę Obywatelską, po dwóch Prawo i Sprawiedliwość i Komitet Międzygminne Forum Samorządowe, a po jednym SLD Lewicę Razem i Komitet Porozumienie dla Powiatu Kętrzyńskiego.

Paweł Stachnik Autor jest publicystą miesięcznika „Wpis”. Cały artykuł ukazał się w najnowszym, kwietniowym, numerze miesięcznika „Wpis”.

fot. WPIS
fot. WPIS