MEN bardzo się stara o to, by szkoła stała się fabryką produkującą "klocki" spod sztancy

Fot. Sxc.hu
Fot. Sxc.hu

Kolejna wtopa reformatorów edukacji - zapomnieli o uzdolnionych dzieciach. A może to świadome działania?

Na wrzesień 2014 roku, resort edukacji zaplanował posłanie do szkół pierwszej tury sześciolatków. W związku z tym  do pierwszej klasy ma trafić standardowo pełen rocznik siedmiolatków, powiększony o ok. 150 tys. sześciolatków. Rok później szkoły czeka następna kumulacja, gdyż obowiązkowo pomaszeruje  do nich pozostała część rocznika 2008 oraz dzieci urodzone w 2009 roku. Resort zapewnia, że reforma jest dopięta na ostatni guzik. Tymczasem, wyszło na jaw kolejne, delikatnie mówiąc, brakoróbstwo.

W każdym kolejnym roczniku zdarzają się dzieci uzdolnione muzycznie, które zazwyczaj trafiały do specjalnych placówek. Zazwyczaj, bo w dobie reformy szkolnictwa, zabraknie dla nich miejsc. Zarówno Ministerstwo Edukacji jak Ministerstwo Kultury, które nadzoruje takie placówki,  nie przewidziało, że kumulacja roczników zwiększy jednocześnie liczbę dzieci zdolnych, z pasją i chętnych do rozwijania talentów. „Rzeczpospolita” sprawdziła sytuację w szkołach muzycznych na terenie całego kraju. Okazuje się, że kolejne szefowe resortu oświaty, przeoczyły problem dostępności miejsc w takich placówkach, zapominając zapewnić im środki i nie zainteresowały się ich warunkami lokalowymi. Dyrektorzy zgodnie potwierdzają, że nie są wstanie przyjąć wszystkich utalentowanych uczniów. Impas szkół muzycznych znacznie się pogłębi po zmianach w prawie oświatowym, które zakładają, że liczebność klasy nie będzie mogła przekroczyć 25 uczniów. W praktyce oznacza to tyle, że niektóre z tych placówek przyjmą jeszcze mniej dzieci niż w latach poprzednich. Jak informuje „Rzeczpospolita” , resort Bogdana Zdrojewskiego nie przejął się uzdolnionymi dziećmi. Centrum MKiDN wyszło z założenia, że nauka w szkołach muzycznych jest nieobowiązkowa i zwykle było tak, że nie starczało miejsc dla wszystkich kandydatów. Oczywiście nikt nie dopatrzył się własnych zaniedbań wobec placówek. Innego zdania, niż obecny szef resortu, jest były minister kultury Kazimierz Michał Ujazdowski z PiS.

Pozyskanie środków na wsparcie tych szkół w obliczu nadchodzącego wyżu kandydatów było jego obowiązkiem, szczególnie że tych szkół nie jest dużo, nie mówimy tu o gigantycznych nakładach, jak w przypadku klasycznych podstawówek –

mówił Ujazdowski o Zdrojewskim na łamach „Rzeczpospolitej” .

Zdrojewskiego nie oszczędza też była minister edukacji Krystyna Łybacka, posłanka SLD:

Nie ma wątpliwości, że odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi przede wszystkim minister kultury –

czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Była minister edukacji wskazuje również na bierność kolejnych szefowych MEN: Hall i Szumilas, które odpowiadają za reformę szkolnictwa.

Powinny przypomnieć ministrowi Zdrojewskiemu, że on także nadzoruje szkoły, jeżeli sam o tym zapomniał-

podsumowała Łybacka.

Reforma obniżająca wiek szkolny wprowadzana jest od 2009 roku. Premier Tusk i jego świta odpowiedzialna za edukację, na kolejnych konferencjach prasowych, przekonują społeczeństwo, że świetnie wiedzą co robią, panują nad wszystkim a reforma jest wynikiem ich troski o rozwój polskich dzieci. Mało tego, wciąż, patrząc prosto w kamery, mówią o wyrównywaniu szans edukacyjnych i potrzebie indywidualnego podejścia do każdego ucznia. Natomiast, rzeczywistość wygląda dość ponuro. Przyglądając się ruchom reformatorów, można nabrać przeświadczenia, że nowy system szkolnictwa  ma zminimalizować u uczniów kreatywność, samodzielne myślenie i wszelkie talenty. MEN bardzo się stara  o to, by szkoła stała się fabryką produkującą „klocki” od sztancy. W konsekwencji, wszystkie dzieci, pewnie w imię coolowej polityki równości, będą równe. A może równie zwyczajne? Czy taki jest cel reformy rządu Tuska?

Katarzyna Kawlewska/Rzeczpospolita

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...