Wojna hybrydowa niejedno ma imię. Jakiś dziennikarz zgłosił się do redakcji na Czerskiej, żeby uzyskać odpowiedź na kilka prostych pytań. Amerykanin zresztą, z oryginalnym amerykańskim akcentem i nazwiskiem Hedges, w dodatku laureat Pulitzera, zatem nie można było odmówić. Akurat Kurski i Stasiński mieli chwilę wytchnienia od nawału antypisowskiej krucjaty, co się rzadko zdarza, więc czemu nie? Odpowiedzieli, a jakże.

Traf chciał, że dziennikarz z Ameryki był współpracownikiem putinowskiej telewizji Russia Today, ale skąd prosty redaktor może takie rzeczy wiedzieć? No, nie mogli. Amerykanin solidnie opluł Polskę i Polaków, chociaż nie był oryginalny, w czym specjalnie nie różnił się od swoich rozmówców – ot, takie tam…faszyzm, nacjonalizm, łamanie demokracji. Rutyna.

Kurski i Stasiński zresztą wyparli się faszyzmu, bo przecież oni nigdy by nie użyli takich epitetów. Oni tylko „zgodzili się odpowiedzieć na pytania”. Przecież Gazeta Wyborcza nigdy nie pisała ani nie udzieliła łamów osobnikom twierdzącym, że rząd PiS jest faszystowski. Nigdy nie nazwała Kaczyńskiego dyktatorem. Nigdy nie promowała pojednania z putinowską Rosją. Żaden dziennikarz Wyborczej nigdy nie odwoływał się do określenia „bracia Moskale” w odniesieniu do Rosjan, z których coś 90 procent popiera, a nawet uwielbia Putina.

Redakcja Gazety Wyborczej nigdy nie sprawdza, komu jej redaktorzy udzielają informacji, gdyż nade wszystko ceni zaufanie do rozmówcy. Gdyby Kurski i Stasiński wiedzieli, że mają do czynienia z Russia Today, to nigdy przenigdy nie pisnęli by słowa takiemu łobuzowi. W ogóle nigdy by nie użyli tego obrzydliwego słowa faszyzm.

Redaktorzy z Czerskiej zapewniają, że nie zgodziliby się na żadną rozmowę, ale ów Hedges nie zdradził im tego faktu, że współpracuje z z putinowskimi mediami. Taki podstępny był, a trafił na Kurskiego i Stasińskiego – redaktorów poczciwych jak wigilijne anioły. Dziennikarze Gazety Wyborczej chcieli jak najlepiej, ale wyszło jak zawsze. Skąd my znamy to powiedzenie?