Felieton ukazał się na portalu SDP

Co jest gwarancją niezależności publicznej telewizji i radia w Polsce? Zdaniem europejskich instytucji oraz międzynarodowych organizacji dziennikarskich jest nią Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. A zmiany dokonane przez polski parlament 31 grudnia pozbawiają nas tych gwarancji. Mamy więc zamach na niezależne od partii rządzącej media?

Rzecz można ująć w jednym zdaniu: jakie gwarancje, taki zamach. Gdyby były to gwarancje solidne, faktycznie, po ich naruszeniu należałoby się oflagować i krzyczeć pod parlamentem: non possumus! Ale bądźmy poważni: KRRiT była i jest niezależnym organem tylko de jure. De facto świeci światłem odbitym aktualnej (w chwili wyboru) większości parlamentarnej. Członkowie KRRiT to zazwyczaj aktywni politycy na czasowym urlopie. Przypadek niezależności tu raczej nie zachodzi.

Oczywiście obecne zmiany zaproponowane w ustawie to leczenie dżumy cholerą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że wskazywanie szefów TVPPR przez ministra skarbu to lepszy pomysł. Ale też nie mówią tego nawet posłowie, którzy przegłosowany projekt firmują. I nie warto w tej sprawie wyprowadzać pancerników na nasze wody terytorialne, bo nim Komisja Europejska zakończy badanie stanu demokratycznych norm w Polsce, mała ustawa medialna przejdzie do historii. Licznik mechanizmu, który wystrzeli ją w powietrze już bije. Trzeba więc rozmawiać o tym, jaki będzie nowy ustrój mediów, a nie bronić jak niepodległości ancien regime’u. Nie był tego wart.

Czy uchylone w specustawie paragrafy rzeczywiście gwarantowały TVPPR niezależność od politycznych nacisków? Nie. Było raczej tak: „Partie najpierw wybierają swych reprezentantów do Krajowej Rady, ci następnie wybierają partyjne Rady Nadzorcze, które z kolei dbają, by w podziale telewizyjnych stanowisk uczestniczyły wyłącznie osoby z partyjnym poparciem”. To diagnoza autorstwa „Obywateli Kultury”, postawiona latem 2015 roku, po kolejnej farsie z wyborem członków zarządu TVP. Jeszcze pół roku temu nikt z sygnatariuszy tamtego protestu nie miał wątpliwości, że telewizja publiczna została zawłaszczona przez trzy partie. Dziś większość z „Obywateli” mówi o zamachu na niezależne media. W którym momencie i jakim cudem nagle (od)zyskały one ten certyfikat?

Historia III RP uczy, że jedynie w momencie obrotu politycznego koła fortuny pojawia się szansa na naprawę mediów publicznych. Wiedzą coś o tym twórcy, których PO wyprowadziła w pole zwodząc przez 8 lat i obiecując odpartyjnienie TVPPR. Czy PiS zachowa się inaczej? Zobaczymy za kilka miesięcy, gdy pojawi się zapowiadana duża ustawa, z instytucjami użyteczności publicznej i opłatą audiowizualną. Czy nie byłoby sensowniej domagać się udziału partnerów społecznych w pracach nad ostatecznym kształtem nowego prawa, niż wołać na pomoc europejską kawalerię? Albo wzywać do bojkotu i ostracyzmu wobec reformatorów?

Chyba, że media publiczne są po prostu jeszcze jedną sztachetą w płocie do totalnej politycznej nawalanki…