Szanowny Panie Wałęsa, Piszę do Pana bez większej nadziei na Pana uwagę i przemyślenie moich słów, ale dłużej już nie mogę milczeć. Piszę ten list jako otwarty, bo przypuszczam, że inaczej mógłby albo do Pana nie dotrzeć albo wyrzuciłby go Pan do kosza, nawet gdyby przeczytał Pan kilka pierwszych zdań. A tak przynajmniej jest nadzieja, że ujrzy światło dzienne.

Pochodzę z rodziny patriotycznej, bardzo dla Polski zasłużonej, nasze gniazdo rodzinne to Skotniki koło Sandomierza. Ze strony mojej Matki nie było inaczej, więc patriotyzm miałam we krwi od dziecka. Dla moich rodziców, mojej siostry i mnie Sierpień 1980 to było objawienie, to było spełnienie naszych marzeń i jakoś tak się złożyło, że bardziej niż prawdziwą Bohaterkę tych wydarzeń – Annę Walentynowicz – zobaczyliśmy Pana i wszyscy byliśmy w Pana wpatrzeni zarówno w sierpniu 80, jak i w następnych latach.

Był Pan dla nas Objawieniem, tak można to w skrócie określić, choć treścią to sformułowanie można byłoby wypełnić bogatą. Ale nie o to tu chodzi. Więc byliśmy, jak wspomniałam, w Pana wpatrzeni. Do czasu. W naszym domu, jeśli ktokolwiek powiedział coś złego na Pana, był naszym wrogiem. Nie słuchaliśmy żadnych argumentów przeciwnych. Tak było, dokąd został Pan prezydentem, no może jeszcze „przez chwilę”. A potem, choć było to trudne, „klapki opadły” i pokazał się człowiek mały, zadufany w sobie bez pamięci i kompletnie wobec siebie bezkrytyczny, zwalczający bezpardonowo tych, którzy widzą szerzej i mądrzej. I dodatkowo z niejasną przeszłością z trudnych czasów. Żałosne było widzieć, jak ludzie, którzy na Pana plecach porobili swoje polityczne kariery, szybko z Pana popleczników i admiratorów stali się Pana prześmiewcami, traktującymi Pana co najmniej z pobłażaniem i ogromną wyższością, nabijającymi się z każdego Pana słowa, gestu, zachowania. „Taki totalny obciach ten Wałęsa…”. Pan tego nie widział?

Po latach Ci sami prześmiewcy nagle poczuli, że znów mogą coś na Panu ugrać, bo świat jakoś dziwnie Pana cały czas pamiętał jako bohatera naszych czasów, o nich nie bardzo, więc przy Panu będzie jakoś łatwiej. Te wszystkie zdjęcia z Panem przed czerwcem 1989, jako gwarantem dobrych zmian. Daliśmy się porwać, to prawda. I wtedy też Pan tego nie widział, łasy na pochlebstwa i pochwały, jak każdy, kto nie chce zejść ze świecznika, bo za bardzo przyzwyczaił się do blasku. Potem trochę o Panu zapomnieli, bo już usadzili się na swoich stołkach. Ale nie minęło parę lat i znów Pana wyciągnęli, do czegoś był im Pan znów potrzebny. Nawet zaangażowali się w promowanie Pana i trwa to do dziś (choć pewnie po kątach się śmieją). A Pan dumny jak paw, bo o Panu film (kłamliwy), bo do Pana opinii się odwołują itd. itd. A Pan od czasu do czasu się odzywał, właściwie zawsze niefortunnie i wrogo wobec tych, których uznał Pan za swoich wrogów politycznych, ale na szczęście nie przytłaczał Pan swoją obecnością przestrzeni publicznej. I niby dalej Pan tego nie robi, na szczęście. Niemniej jednak każda Pana wypowiedź jest godna absolutnego potępienia i właściwie wszystko, co Pan mówi o swoich przeciwnikach politycznych (to Pan ich tak traktuje) można by spokojnie odnieść do Pana. Choćby to, że wstydzi się Pan za Pana Prezydenta Dudę, że uważa go Pan za człowieka chorego. Niesamowite jest też to, że to Pan, w swoim niezbadanym umyśle, uważa się za lekarza dla niego i, jak sądzę, ratunek dla Polski, skoro rozpatruje Pan powrót „do boju”. Błagam, niech Pan tego nie robi! Naprawdę świat nie wstrzymał oddechu po tych słowach i naprawdę na większą kompromitację, która mogłaby wiązać się z Pana próbą powrotu do polityki, nie można się narazić.

Apeluję więc do Pana: trochę zatrzymania przed lustrem, trochę pokory (w razie czego definicja w słowniku języka polskiego), trochę spuszczenia powietrza z nadętych policzków.

Marta Skotnicka-Karska

Warszawa, dnia 23 grudnia 2015