Nie brak żurnalistów oraz pisarzy, którzy uprawiają twórczość nazywaną potocznie grafomanią. Z publicystami jest pół biedy, ich dzieła są nietrwałe i znikają wraz z upływem czasu, nierzadko już na drugi dzień. Gorzej jest z pisarzami, a dziś pisarzem może być każdy i jest, bo takie mamy tryndy. Taki czy taka twórczyni robi wszystko, żeby zaistnieć i produkuje dzieło z gatunku „o sobie samym dla potomności”. O takich dziełach mówi się, że zostały wzięte z głowy czyli z niczego. Okazuje się, że również politycy uprawiają grafomanię koncypując ustawy i inne dokumenty nie nadające się do realizacji, za to brzmiące wzniośle. Jakiś program „Śląsk 2.0” czy coś w tym guście.

Jest to grafomania polityczna. Ona jest skierowana do ludu, a lud ten zamieszkuje terytorium między Odrą i Bugiem i jest tak głupi, że kupi każdy wyciek grafomanii z głowy prominencji, która tym ludem rządzi. Grafoman polityczny uważa, że jest nad wyraz atrakcyjny i każdy zaczepiony przez niego człowiek popadnie w zachwyt, bo został potraktowany jak „ludź” przez wysoko postawioną osobistość. Na przykład pasażer Pendolino, który właśnie spożywał kotleta, a dobra pani Ewa Kopacz raczyła zapytać, czy ten kotlet „ładnie pachnie”. Cóż za zaszczyt! Albo rozmowa z turystami z Kanady przy pomocy Michała Kamińskiego, który przetłumaczył tym Kanadyjczykom pytanie szefowej rządu: czy podoba się im Polska. A oni odpowiedzieli, że bardzo. A co mieli odpowiedzieć, przecież to ludzie dobrze wychowani…

W tym stylu kręciła się Ewa Kopacz po warszawskim dworcu i po pociągu, tu pogłaskała psa, tam pogłaskała dziecko, plotła banały, co nie powinno dziwić, wszak mówiła z głowy, a nie z kartki. O Ślązakach, że są narodem i o tym kraju, który jak wynika z tonacji, jest jej własnością. Nieuprawniona jest opinia, że Ewa Kopacz utraciła kontakt z rzeczywistością. Ona utraciła kontakt z samą sobą, nie jest już kobitką po pięćdziesiątce, raczej mało atrakcyjną lekarką z prowincji, ona jest premierem tego kraju, czyli Polski. Można zgłupieć jak się zostało wywindowaną na tak wysokie stanowisko bez większego wysiłku. Wystarczyło tylko słuchać przywódcy i wykonywać jego polecenia. I w tempie kilkuletnim zostać ministrem zdrowia, marszałkinią Sejmu i premierem. Bez kwalifikacji na polityka tej rangi. Bez umiejętności przemawiania z głowy do dużych zgromadzeń i bez umiejętności prowadzenia rozmowy z tzw. zwykłymi obywatelami. Lecz trudno się dziwić, wszak politykowi partii kłamstwa i obłudy brakuje asertywności, umiejętności wyrażania w sposób nie agresywny swoich poglądów, z jednoczesnym szacunkiem dla poglądów innych i postępowanie zgodne z własnym systemem wartości. System wartości nie tylko Ewy Kopacz, ale całej wierchuszki PO to czysta grafomania, jak więc może mówić zgodnie z jakimiś przekonaniami. Ona ich nie ma, jedynym przekonaniem jest trwanie przy władzy, a do tego nie jest potrzebne samodzielne myślenie.

Ewa Kopacz nie jest jakimś wyjątkiem w tym teamie. Oni wszyscy cierpią na brak systemu wartości, brak urzędniczych kompetencji, niedostatek wizerunku, zewnętrznego oraz wewnętrznego i gadają w mediach z głowy czyli z niczego. To się zaczęło Okrągłym Stołem i trwa do dziś. Moralna i intelektualna lipa, na którą dali się nabrać politycznie niewyrobieni obywatele Polski postkomunistycznej. Dali, ale już się nie dają, bo choć to może dziwić speca od pijaru, byłego Europejczyka Michała Kamińskiego, nastąpił przyspieszony kurs wiedzy o Platformie Obywatelskiej, ludzie ruszyli głową, w odróżnieniu od władzy, która nie ma głowy, tylko jakiś nadęty pychą balon. A balony mają to do siebie, że pękają z hukiem, wypuszczając z sykiem powietrze, całkiem nieświeże.