Niemożliwe stało się faktem. O tym, jak do tego doszło, powstały i zapewne powstaną setki tekstów i analiz. To banał, ale trzeba to podkreślać, bo to niemal biblijna historia z Dawidem i Goliatem. Oto Andrzej Duda - nieznany szerszej opinii publicznej krakowski polityk - rzucił w listopadzie ubiegłego roku wyzwanie Bronisławowi Komorowskiemu. Rzucił wyzwanie prezydentowi, który miał za sobą gigantyczne poparcie społeczne, prywatne i publiczne media, państwowe instytucje i szereg wiernych celebrytów, aktorów i sportowców.

I co? Andrzej Duda pokazał, że ten cały Mordor III RP można rozbić - dziś upadł jego bardzo ważny bastion. Okazało się, że wystarczy ciężka, momentami tytaniczna praca i profesjonalizm w kampanii. Tylko tyle i aż tyle. Duda przejechał przez te kilka miesięcy niemal 40 tysięcy kilometrów, demonstrując na koniec pokaz siły w 24-godzinnym maratonie po Polsce.

Skoro jesteśmy przy ciężkiej i mozolnej pracy, to należy wyróżnić Beatę Szydło, szefową sztabu. Przyglądałem się uważnie jej pracy w tej kampanii - przyjdzie jeszcze czas, by na chłodno usiąść, porozmawiać i przeanalizować. Dziś mogę krótko stwierdzić, mówiąc językiem kibiców piłkarskich, że Szydło była w tej kampanii niczym Claude Makelele w Realu Madryt. Dla sportowych laików - był to defensywny piłkarz, który nie był widoczny na boisku, nie strzelał wielu bramek, ale wykonywał mrówczą pracę, był człowiekiem od czarnej roboty. Kimś takim była Beata Szydło. Prowadziła kampanię Dudy, korygowała codzienne potknięcia i niedociągnięcia, podpowiadała (jak choćby w tym zabawnym przypadku pocałowania żony po wieczorze wyborczym w I turze). Zasłużyła na pochwały jak mało kto.

Ciężka praca to jedna strona medalu. Drugą było otwarcie się na środowiska i kanały dotarcia zupełnie niedostępne dotąd dla okołopisowskiej prawicy. PiS zainwestowało w profesjonalną technicznie kampanię. Fachowo zrealizowane konwencje i spoty, mrugnięcie okiem do internautów, zabawa z filmikami na YouTube i Tweetupami. Komorowski na tle Dudy stał się synonimem przaśności, obciachu i epoki, która dawno i zasłużenie minęła. Tu z kolei należy podkreślić zasługi Pawła Szefernakera. Szef pisowskiej młodzieżówki działał zupełnie na zapleczu sztabu, skąd kierował pracami internetowego ramienia otoczenia Dudy. Opłaciło się. Wyraźne zwycięstwo wśród młodych ludzi, przejęcie sporej części wyborców Pawła Kukiza to również jego zasługa.

Ale nie wyszłaby nawet najlepsza kampania, gdyby nie kandydat. Ze śmiechem opowiadano mi o uldze, jaką w sztabie PiS odczuto, gdy zauważono, że jest elastyczny ws. nawet najbardziej szalonych pomysłów. Z wielkim uznaniem patrzyłem na jego zaciętość - nie narzekał na media, tylko zakasał rękawy. Na ostatniej prostej dosłownie słaniał się na nogach - odsyłam do mojego przedwyborczego komentarza-relacji z pokładu Dudabusa.

CZYTAJ WIĘCEJ: Te wybory są o tym, czy w zabetonowanym układzie III RP uda się zrobić wyrwę. A Andrzej Duda już dokonał w tej kampanii niemożliwego

Najważniejszym wnioskiem z tych wyborów jest to, że przestała działać polityczna i medialna agresja obozu władzy. Skala ataków, manipulacji i kłamstw, jakie można było obserwować w tej kampanii przekraczała wszelkie dopuszczalne normy. Już nie tylko straszyli Kaczyńskim i Macierewiczem w mało ambitnych spotach, ale wprost krzyczeli na wiecach i wymachiwali pięściami.

Andrzej Duda to wytrzymał. Nie dał sprowokować się podczas pierwszej debaty (choć wielu miało o to do niego pretensje), nie zareagował nerwami, nie miał poważnych wpadek. Mało tego, na agresję rządzących odpowiedział wyciągnięciem ręki. Słusznie zauważył to Ludwik Dorn, przekonując, że wybór Dudy jest szansą na odbudowanie polskiej wspólnoty. Nie zasypiemy wszystkich podziałów, nie odbudujemy mostów, które zostały bardzo mocno nadpalone zwłaszcza po 10/04. Ale wybór Dudy daje nadzieję na choćby zmniejszenie w naszym kraju fali złych emocji. Choć nie ma co kryć - przemysł pogardy w nowej wersji ruszy już niebawem. W jakiej formie? Zobaczymy.

Niedzielny wieczór to wielka wiktoria Andrzeja Dudy, ale i duże zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego. Mocno ubawił mnie wpis Pawła Zalewskiego - polityka przeze mnie cenionego - który przekonywał, że wynik tych wyborów to… porażka szefa PiS.

Prawda jest zupełnie inna - Kaczyński, mówiąc językiem Rafała Ziemkiewicza, znów konsekwentnie stawiał zero na ruletce. Czekał na sukces kolejne dziesięć lat, gdy równolegle obwieszczano „koniec PiS”, wysyłano go do Sulejówka i stawiano na nim krzyżyk. Jarosław Kaczyński okazał się w tych wyborach wybitnym strategiem i taktykiem. Można to sprowadzać do prostackiej myśli, że wystawił plastikowego kandydata, samemu usuwając się w cień, choć to o wiele bardziej złożona kwestia.

Złożona tym bardziej, że prawica po kilkudniowej, zasłużonej radości wróci do pytania o jesienną przyszłość. Przyszłość, która niespodziewanie szeroko otworzyła swoje bramy przed Prawem i Sprawiedliwością. Rację ma Piotr Zaremba, który pisze, że ze zwycięstwem Dudy powinny skończyć się na raz na zawsze marudzenie i jojczenie, a zacząć ciężka praca i nowa jakość w sprawowaniu władzy przed Polską. Będziemy patrzeć na ręce prezydentowi Dudzie. Pochwały przy kampanii nie mogą przesłonić najważniejszego - uczciwej i dobrej zmiany, którą obiecał.

W niedzielę padł wielki i bardzo ważny bastion Mordoru III RP. Kilka dni szampańskich bąbelków, a potem do roboty. Jesień tuż-tuż, gra o prawdziwą zmianę w Polsce dopiero się zaczęła.

PS. To kiedy odbędzie się przełożona gala przyznania tytułu Człowieka Roku „Gazety Wyborczej”? :-)