Powie ktoś, że mam obsesję i że zajmuję się bzdurami, pisząc kolejny tekst o losie polskich kierowców po wprowadzeniu drakońskich przepisów. Owszem, mam obsesję, ale na punkcie tego, jak polskie państwo traktuje swoich obywateli, jak ogranicza naszą wolność, jak pozycjonuje nas jako wrogów. Szczególne w tej mierze zasługi ma Platforma – ha ha ha! – Obywatelska, która w swoich deklaracjach z 2007 roku zapowiadała coś dokładnie przeciwnego.

Tym, którzy nie rozumieją wagi sytuacji takich jak ta z drakońskim zaostrzeniem kar dla kierowców, wyjaśniam: choć pozornie mówimy o jednej z mniej istotnych dziedzin codziennego życia, w istocie ma to bardzo głębokie skutki w warstwie metapolitycznej, bo relacja państwo-obywatel działa w obie strony. Relacja naturalnej lojalności została w ogromnej mierze zniszczona podczas zaborów, potem z wielkim trudem odbudowana w czasach II RP, a następnie kompletnie pogrzebana w czasach PRL, gdy państwo było wrogiem całkiem oficjalnie, a jako wroga oszukiwało się je na wszelkie możliwe sposoby i nie czuło się wobec niego najmniejszej lojalności. III RP tej lojalności nie umiała odbudować, a im dłużej trwała, tym bardziej utwierdzała obywateli w przekonaniu, że nie warto być wobec swojego państwa lojalnym.

Mechanizm jest w tej mierze prosty i oczywisty: im bardziej państwo obywateli dociska bez sensu, dla fikcji i pozoru, zarazem nie dając niemal nic w zamian, na tym mniejszą lojalność z ich strony może liczyć. Państwo polskie, a w szczególności państwo pod rządami PO, robi wszystko, aby znaczna część obywateli uznała je za obcy, wrogi twór.

Wracam teraz do mojego przykładu – najnowszego drakońskiego prawa o odbieraniu kierowcom prawa jazdy za przekroczenie prędkości o 50 km/h i więcej w obszarze zabudowanym. O tym, dlaczego to prawo jest absurdalną fikcją i nic nie da, już na portalu wPolityce pisałem. Bezmyślna lub złośliwa radość niektórych z wejścia takiego prawa w życie jest osobnym tematem i wymaga osobnego tekstu, który z pewnością powstanie.

Zobaczmy teraz, w jaki sposób nowe prawo zostało zainaugurowane. W pierwszej dobie jego obowiązywania policja urządziła prawdziwą łapankę w całym kraju. Inaczej niż dotąd w przypadkach wchodzenia w życie nowych przepisów (np. o obowiązku jazdy na światłach przez całą dobę przez cały rok), nie dawała pouczeń i nie przypominała. Od razu karała. Pierwsze prawa jazdy zatrzymywano już kilkanaście minut po północy. Serwisy informacyjne pokazywały, w jakich okolicznościach: zatrzymani jechali w środku nocy dwujezdniowymi, pustymi ulicami. Może stwarzali jakieś zagrożenie, ale z całą pewnością (przynajmniej ci, których pokazały media) nie takie, które uzasadniałoby radykalną karę.

Ta chamska policyjna łapanka dała efekt: zatrzymano 63 prawa jazdy. Gdyby ta średnia się utrzymała, to – jak zwrócił uwagę ktoś na Twitterze – uprawnienia w ciągu roku straciłoby ponad 20 tys. kierowców. Złośliwe polowanie rozpoczęte w nocy z niedzieli na poniedziałek nie było oczywiście przypadkiem. Sygnał poszedł zapewne wprost z MSW, które było też pomysłodawcą nowych przepisów.

Napiszę to jeszcze raz, wyraźnie: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nakazało policji przeprowadzić chamską pokazową łapankę w całej Polsce. To nie jest „jak w Peerelu”. To jest Peerel. Zadziwiające, że żadne medium nie podchwyciło tego tematu i nie sprawdziło, dlaczego tym razem zrobiono kierowcom taki „sajgon”. Uznano, że wszystko jest OK., bo przecież chodzi o „nasze bezpieczeństwo”.

Warto zwrócić uwagę, że MSW, projektując nowe przepisy, z jakiegoś powodu postawiło na ich najbardziej drastyczną postać. Można sobie przecież wyobrazić, że prawo jazdy byłoby zatrzymywane na miesiąc, nie na trzy. Albo że byłoby zatrzymywane po dwóch lub choćby jednym ostrzeżeniu. Dodanie takich ostrzeżeń do systemu ewidencji punktów karnych nie byłoby problemem. Zamiast tego postanowiono przykręcić śrubę maksymalnie.

Jeżeli ktoś się zastanawia, dlaczego młodzi Polacy wyjeżdżają na Zachód, to odpowiadam: wcale nie głównie z powodu pieniędzy czy pracy, ale właśnie dlatego, że polskie państwo traktuje ich jak wrogów. Jak śmieci. Powie ktoś: w Wielkiej Brytanii kary są nawet surowsze niż w Polsce. Polecam zapoznanie się z pragmatyką pracy brytyjskiej drogówki. Tam nawet karany kierowca ma poczucie, że policjant chce mu przede wszystkim pomóc. I wie, że jego głównym zadaniem nie jest dociśnięcie go i wyrwanie mu z ręki kasy. A funkcjonariusz ma ogromną swobodę decyzji co do tego, czy karać w ogóle i jak surowo. Nie dzwoni mu w uszach powrzaskiwanie szefa WRD, żeby przynieść tyle i tyle mandatów, bo inaczej nie będzie premii.

W Polsce jest dokładnie odwrotnie. I dlatego Polacy chcą żyć tam, gdzie państwo ich szanuje, a nie traktuje jak łowną zwierzynę. Polska Platformy „Obywatelskiej” się nie zmieni, bo platformijna mafia polityczna nie jest w stanie – nawet gdyby z jakiegoś powodu chciała – potraktować Polaków inaczej. Ludzie PO mają w genach pogardę dla zwykłych obywateli – to znać zwłaszcza wówczas, gdy myślą, że nikt ich nie słyszy, jak w przypadku nagrań z restauracji „Sowa i Przyjaciele”. To mój kraj, ale nie chcę takiego państwa. Nie chcę państwa, gdzie policja w imię realizacji jakiejś absurdalnej fikcji urządza ogólnokrajową łapankę, byle nabić statystykę. Oczekuję od opozycji, w tym od jej kandydata na prezydenta, że weźmie pod uwagę ten niezwykle ważny wątek. Żadne państwo, a już szczególnie będące w tak trudnym położeniu jak Polska, nie jest w stanie istnieć w dłuższym okresie bez przywiązania i wzajemnego zaufania ze swoimi obywatelami.