Prezydent Bronisław Komorowski 3 maja w radio milczał o swym projekcie zmiany Konstytucji na potrzeby Unii Europejskiej z 2010 r. Bo niby pytanie o zmiany Konstytucji to taka „debata zastępcza”. Wykierował więc problem konstytucji na sprawę „praktycznego doskonalenia” relacji między prezydentem a rządem, prezydentem a Sejmem, i to, jego zdaniem, miałaby być „bezpieczna dla Polski droga”.

Więc dobrze, przyjrzyjmy się jakie propozycje „doskonalenia relacji” prezydent – rząd  i prezydent – parlament proponowała PO w 2010 roku, gdy Prezydentem RP był jeszcze śp. Lech Kaczyński.

PO na ręce swojego ówczesnego Marszałka Sejmu B. Komorowskiego złożyła w lutym 2010 projekt zmiany Konstytucji (druk 2989).

Głównym celem tego projektu PO, popieranego również przez ówczesnego Marszałka B. Komorowskiego (jako członka PO) była taka zmiana („udoskonalenie”) relacji między prezydentem a parlamentem i prezydentem a rządem, by maksymalnie osłabić Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, obniżyć jego autorytet, prestiż jego urzędu i ograniczyć jego kompetencje. Niechęć, by nie powiedzieć nienawiść do Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, widoczna była choćby w proponowanym przez PO określeniu statusu prezydenta państwa. Wg projektu PO Prezydent RP przestałby być nazywany „najwyższym przedstawicielem Rzeczpospolitej Polskiej”, tak jak jest to obecnie (art.126 ust. 1 Konstytucji), a zostałby tylko jakimś „reprezentantem Państwa”. Jak nie przymierzając reprezentanci sportowi w hokeju na trawie lub w kręgle. Mimo, iż prezydent państwa posiada najsilniejszy, kilkumilionowy mandat społeczny, pochodzący z bezpośrednich, powszechnych i demokratycznych wyborów.

PO, w tym jej członek Bronisław Komorowski, proponowała nie tak dawno liczne szczegółowe zmiany Konstytucji „doskonalące” relacje prezydenta z innymi naczelnymi organami państwa mające na celu poważną, szokująco małostkową, aby nie powiedzieć ośmieszającą degradację pozycji Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. PO nigdy się z tych propozycji nie wycofała.

PO (i B. Komorowski) chcieli sprowadzić status Prezydenta RP do roli niepoważnej „narodowej” pacynki.

PO i Bronisław Komorowski proponowali:

— znaczne ułatwienia w obaleniu weta prezydenta już bezwzględną większością głosów, w obecności co najmniej połowy liczby posłów. Obecny wymóg to 3/5 głosów,

— sprowadzenie Prezydenta RP do niejasnego konstytucyjnie statusu „reprezentanta państwa”, już bez określenia „najwyższego” reprezentanta Rzeczypospolitej Polskiej,

— wprowadzenie dla Prezydenta całkiem niepoważnego terminu 7 dni (w tym święta) na podpisanie ustawy ratyfikacyjnej i umów międzynarodowych, którymi Polska przekazuje organizacji międzynarodowej (np. Unii Europejskiej) kompetencje organów polskiej władzy państwowej. Termin 7 dni w żaden sposób nie umożliwia nikomu merytorycznej, choćby pobieżnej oceny umów liczących niekiedy po kilkaset stron, rodzących poważne dla Polski konsekwencje.

— Projekt PO zmieniał Prezydenta RP L. Kaczyńskiego w notariusza poświadczającego powagą swego urzędu pomysły układu rządzącego. Jest to jeden z przejawów lekceważenia urzędu Prezydenta RP, choć za podpis taki Głowa Państwa ponosiłaby współodpowiedzialność przed Trybunałem Stanu,

— projekt definitywnie podporządkowuje Prezydenta RP w sprawach polityki zagranicznej premierowi zezwalając prezydentowi na przedstawianie swych stanowisk w tym obszarze tylko „za zgodą lub na wniosek prezesa Rady Ministrów”. Była to odpowiedź PO na próby aktywnego reprezentowania przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego interesów Polski za granicą.

— w projekcie ograniczono poważnie rolę Prezydenta RP w sprawach obronności. Nominacje generalskie dla dowódców Sił Zbrojnych i Szefa Sztabu Generalnego prezydent – chociaż ciągle określany jako „najwyższy zwierzchnik Sił Zbrojnych RP”- mógłby wręczać tylko „na wniosek” premiera rządu,

— projekt pozbawia prezydenta wpływu na skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz mediów,

— projekt zmusza Prezydenta RP do powoływania nowych sędziów tylko „zgodnie z wnioskiem KRS”. Wcześniej Prezydent Lech Kaczyński odmawiał automatycznego wykonywania sugestii Krajowej Rady Sądownictwa ze względu na niechlubną przeszłość niektórych zgłaszanych przez Radę sędziów.

O ile w sposób małostkowy projekt PO i Bronisława Komorowskiego ograniczał, by nie powiedzieć demolował status ustrojowy Prezydenta RP, to również nieproporcjonalnie wzmacniał rolę premiera i ministrów (PO i PSL). Poza przesunięciami szczegółowych kompetencji z zakresu działania prezydenta do właściwości premiera „uniezależniono” w większym niż dotychczas stopniu rząd i ministrów od Sejmu i Senatu, czym ograniczono demokratyczną nad nimi kontrolę parlamentu (w tym opozycji). Np. projekt w ogóle znosił indywidualną odpowiedzialność ministrów za powierzone im sprawy, uzasadniając to niedemokratycznym argumentem, iż wnioski w takich sprawach mają „jedynie charakter demonstracji politycznych opozycji sejmowej”.

PO i Bronisław Komorowski zgłaszali swe projekty zmian w Konstytucji kierując się osobistymi niechęciami, indywidualnymi, doraźnymi, politycznymi, a nawet prywatnymi interesami jej liderów. Projekt PO zmiany Konstytucji w sprawach dotyczących relacji między najwyższymi organami państwa wymierzony był osobiście w znienawidzonego przez to środowisko polityczne Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Projekt PO zmiany Konstytucji będący mściwą reakcją na fakt piastowania urzędu Prezydenta RP przez osobę z opozycji politycznej wskutek zakończenia VI kadencji Sejmu nie został (szczęśliwie) doprowadzony do końca.

Prezydent Komorowski, zgodnie z nakazami swego sztabu, nie chce dziś wspominać swego skrajnie antypolskiego projektu zmiany Konstytucji w interesie Unii Europejskiej.

Po objęciu urzędu Prezydenta RP Bronisław Komorowski nie wspomina też projektu swej partii – PO konstytucyjnego „udoskonalenia” relacji między prezydentem państwa a Sejmem i Radą Ministrów. Mówi coś niejasno o jakiejś praktyce w tym obszarze, bo w jego dzisiejszej radiowej opinii „nie trzeba nam ciągłych zmian ustrojowych”.

Nie dziwię się tej opinii. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Być może Prezydent Bronisław Komorowski nie chciałby ubierać się dziś w „mundurek” prezydenckiego popychadła, który on i jego partia chcieli uszyć dla jego poprzednika, śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.