Żeby Polska była Polską, medialni lokaje muszą przestać trząść gaciami przed zmianą władzy

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

O ile wyłapywanie manipulacji, kłamstw i propagandy w mainstreamowych mediach w warunkach standardowych przypomina łowienie siecią, to już w okresie przedwyborczym kojarzyć się musi z połowem ryb latających, których w kilku miejscach na świecie jest tak dużo, że same dziesiątkami wskakują rybakom do łódek.

Poważnie – widziałem na Discovery. Najśmieszniejsze, że nic się niby nie zmienia – te same metody, ta same triki i siupy z przewrotki, tyle że bardziej, mocniej, szybciej, ostrzej.

Materiał „Faktów” sprzed kilku dni, autor, uwaga, nie Jakub Sobieniowski, bo ten robi teraz w in vitro (czy, jak mówią młode dziennikarki TVN – w „inwitrze”).

Motywem przewodnim jest zestawienie postulatów Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudy. Zestawienie, do którego pretekst daje sytuacja z dnia poprzedniego, gdy w jednym z kanałów TVN odbyć się miał wywiad z Dudą, a następnego dnia z Komorowskim. Tak się jednak jakoś porobiło i namieszało, że wywiad z prezydentem nastąpił wkrótce po wywiadzie z Dudą, jeszcze tego samego dnia - by mógł się Przywódca Narodu spokojnie odnieść do stawianych mu przez konkurenta zarzutów. Ha ha,, nabrałem państwa – o żadnych zarzutów mowy nie było, ot, po prostu miła pogawędka starych przyjaciół: pani Monisi i pana Bronka.

Wracamy do materiału „Faktów” - dzień po numerze z „ustawką” wywiadów. Pierwsza kwestia: sprawy obronności i armii - Komorowski na zdjęciu poważny i zadumany, Duda - „uhahany” jak głupi do sera. Seria podobnych zagrywek, wreszcie koniec materiału: Komorowski przy okrągłym stole czeka na wywiad w blasku prezydenckich lamp. A na drugiej połowie ekranu: Duda zupełnie prywatnie przed programem, kręcony ukrytą kamerą z ręki, więc obraz trzęsie się jak szalony i w żadnym, powtórzę: żadnym innym przypadku nie zostałby w „Faktach” puszczony, bo jest tak zły technicznie. Ale tu właśnie o to chodziło, by był kiepski. Czy to już atakowanie „podprogowe”, czy po prostu normalna, bolszewicka procedura – pozostawiam Państwu do oceny.

Nie chce mi się nawet rzucać garścią epitetów wobec takiego dziennikarstwa. Gdyby media, którym bliżej do opozycji, stosowały takie numery, trzeba by mówić o skandalu. A jak nazwać takie metody, gdy służą one władzy na froncie walki z opozycją? Kim jesteście, panie i panowie z mainstreamu? Za kogo się uważacie – za dziennikarzy? Reporterów? A może służących? Może żigolaków pani Władziuni, która sypie groszem za wszystko, więc się jej powtarza, jak bardzo jest piękna i zaciskając zęby robi swoje? To znaczy – jej?

A może to nas, zjadaczy chleba i mimowolnych przeżuwaczy podśmierdującej papki, jaką wypełniacie ekrany własnych twarzy, macie za idiotów? Jakież musicie mieć o sobie wysokie mniemanie, że wam się wydaje, iż nikt nie widzi tych ordynarnych pląsów i mordowania przez was resztek etosu dziennikarstwa? Czy pan, panie Sobieniowski, naprawdę sądzi, że kiedy złapie Dudę na zmianie zdania w jakiejś sprawie, to wymaże pan jednocześnie z pamięci widzów to, że obecna władza zdanie zmieniała co chwilę, choćby w sprawie stosunków z Rosją? A i dla pana kiedyś urząd prezydenta nie uosabiał żadnego majestatu, choć dziś aż pan głowę schyla, gdy trzeba już samo słowo „prezydent” powiedzieć?

Pamiętam PRL i słabo, i całkiem dobrze. Słabo, bo miałem raptem 18 lat, gdy według Joanny Szczepkowskiej „skończył się komunizm”. Całkiem dobrze, bo w wyborach 1989 roku pracowałem już dla opolskiego OKP. Starszym więc tłumaczyć niczego nie będę, ale młodszym z Państwa muszę to napisać – klimat, jaki dziś panuje w mediach prorządowych jako żywo przypomina atmosferę mediów państwowych (innych prawie nie było) z koszmarnych lat 80. XX wieku. Duszna atmosfera, od czasu do czasu próba mrugnięcia okiem do widza (choć często był to tylko „wentyl” władzy, przez który miało ujść nieco zepsutego społecznym gniewem powietrza), ale na co dzień tępa jak milion gwoździ normalna propagandowa robota – kłamstwo, manipulacja, nagonka, brud, smród i ubóstwo wartości.

Więc niech się któregoś dnia koleżanki i koledzy nie zdziwią, kiedy ci, którzy wtedy krzyczeli „Precz z komuną”, dziś wspólnie ze swymi dziećmi zakrzykną „Precz z wami, medialni lokaje”. Bo może już zapomnieliście, ale wolność słowa bardziej obejmuje takie właśnie okrzyki niż wasze pierdoły i gierki z trzęsącymi się, jak wasze z przeproszeniem gacie, obrazkami kandydatów.

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...