Wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej w dłuższej, a nawet tylko średniej perspektywie oznacza potężne kłopoty dla Platformy. Jest to bowiem w tej chwili – skądinąd w sporej mierze na skutek działań samego Tuska – partia wyjałowiona.

Obecny premier jest jedynym jej politykiem, mającym przywódczą charyzmę, a także wyczucie społecznych nastrojów, umożliwiające wyjście z przeróżnych, mówiąc po sienkiewiczowsku, obieży. Wszyscy wyrastający poza przeciętność liderzy PO albo zostali zniszczeni przez samego Tuska, albo zniszczyli się sami różnego rodzaju aferami czy ekscesami. Oczywiste jest więc, że bez „PDT” obronienie władzy będzie zadaniem niezwykle trudnym.

Ale to w dłuższej perspektywie, natomiast w perspektywie krótkiej efekt brukselskiego awansu Tuska będzie inny. Szalone kompleksy wielkiej części Polaków, ich łasość na wszelkie przejawy uznania i akceptacji ze strony Zachodu, ich prowincjonalizm przejawiający się w przykładaniu ogromnej wagi do płynących z tej strony świata komplementów i pochwał spowoduje bowiem najpewniej krótkoterminowy wzrost popularności partii rządzącej, która zafundowała nam wszystkim „tak ogromny sukces”. Ten efekt będzie oczywiście jedynie czasowy. W jaki sposób można by go zdyskontować, utrwalić, zanim się wypali?

Wydaje mi się, że z punktu widzenia PO logicznym rozwiązaniem byłyby przedwczesne wybory. Wybory, odbywające się jeszcze pod wrażeniem tego sukcesu. Wybory, poprzedzane kampanią, której część zdążyłby jeszcze poprowadzić sam Tusk (przecież odejdzie on do Brukseli dopiero w grudniu).

To się nie musi udać, bo poza samą Platformą trudno w obecnym Sejmie o ugrupowanie jednoznacznie zainteresowane skróceniem kadencji. Ale zdziwiłbym się, gdyby stratedzy PO nie próbowali takiego rozwiązania.